Chaos

W tym wpisie nie dowiecie się o tym, że jadłam krokodyla ani, że czekolada z popcornem jest naprawdę smaczna, nie będzie nic na temat rodzajów piwa w Belgii ani o tym, jak przez 16 godzin wracałam autem do domu.

Tym razem zacznę od GRY. Nie od recenzji, dajcie spokój, przecież ja się do recenzji zupełnie nie nadaję. Wyobrażacie sobie, że mam zrecenzować np brzoskwiniowy krem do ciała?!

„ Produkt opakowany jest w pogryzioną plastikowa butelkę, widać odbicia ludzkich zębów. Butelka bez substancji szkodliwych. Dziecko lizało ją 30 minut, bez efektów ubocznych. Balsam świetnie spisał się jako krem do pupy podczas nieoczekiwanego wybuchu pieluchy. Świetnie się wchłania i zostawia lekki filtr na pośladkach”

Dlatego my nie testujemy. Gdyby jednak znalazł się chętny cynik, który pragnie znaleźć 101 zastosowań swojego produktu niezgodnych z przeznaczeniem – polecamy się.

Dzisiaj będzie zupełnie nie na temat. Zacznę od GIER PLANSZOWYCH.

Zastanawiałam się czy istnieją gry planszowe o macierzyństwie? Bo ja z chęcią zakupię taką grę. Najlepiej gdyby zamiast pionków były kieliszki do wina. Jeśli czyta mnie jakiś wydawca planszówek to rzecz jasna polecam się do napisania gry, i z chęcią będę ją testować do UPADŁEGO … z ochotnikami. Od razu założymy grupę na FB „Cy Gie” – czyli Czary Gary.

W mojej głowie rysuje się wizja gry idealnej, takiej gdzie w zestawie prócz planszy jest czerwone słodkie i cztery kieliszki. Zaczyna ten, który pierwszy otworzy butelkę bez korkociągu. Zróbmy utrudnienie, niech do wydobycia korka posłuży łyżka, poczujemy się jak w liceum. Plansza musi być spora, bo wiadomo jak taki kielich postawisz, to przecież musi być miejsce i na butelkę jako kluczowy element gry.

Kto by nie zagrał, no kto?!

Zaczynasz od mapy macierzyństwa à start à NIE CZUJĘ DNA, GDZIE JA JESTEM (losujesz kartę z pytaniem „ jak żyć”)

Kolejna kolejka i rzut kostką à ciągniesz kartę życia ( gratulacje urodziłaś trojaczki) w tym momencie dostajesz również plastikowy samochodzik, który zabiera cię do pierwszego przystanku OBŁĘD nie, to nie depresja, to pierwsze oznaki utraty zmysłów.

Karty z pytaniami

Łyk, rzut, łyk, rzut… łyk i lądujesz na zielonym polu, szukasz koniczyny. Zabawa na czas, a jak wiadomo, matka na czas potrafi sikać, myć zęby i bić kotlety, więc z takim zadaniem na czas też sobie poradzi.

Jesteś na polu „Wyzwanie czy pytanie” ( pytanie rzecz jasna z fizyki kwantowej, więc wybierasz zadanie). à Masz 60 sekund na obranie 5 ziemniaków, przebranie pieluchy, zaparzenie i wypicie kawy, ubranie się i przekonanie dwulatka, że w grudniu nie może wyjść w klapkach na zewnątrz.

Kolejny rzut kostką à czekasz jedną kolejkę. Utrudnienie gry polega na tym, że przed każdym rzutem kostka wypijasz wino, a twój kieliszek nigdy nie może zostać pusty. Wygrywa ten kto dotrze do mety z najmniejsza ilością wina w kieliszku. Jednym słowem, dwie pieczenie na jednym ogniu.

Teraz zestaw kart z pytaniami zadawanymi przez dziecko w miejscach publicznych, na które musisz udzielić wyczerpującej odpowiedzi i nie zostać zaatakowana przez przechodniów, pytania  z serii „ Mamo dlaczego”

  • Mamo dlaczego ten pan jest taki gruby
  • Mamo dlaczego ta pani jest taka stara
  • Mamo czy ty umarniesz
  • Mamo czemu słońce jest żółte
  • Mamo co to jest jeans
  • Mamo gdzie lecą te ptaki
  • Mamo czy możemy już oddać dzidziaka?
  • Mamo czy tato też ma mamę?
  • Mamo czy Mikołaj umarnął i nie będzie prezentów?
  • Mamo czy mogę mieć łóżko z czekolady

Przerwa w nadawaniu, teraz pijesz bo chcesz i lubisz, więc nie zważasz na to czy kielich pełny czy pusty do połowy, ważne żeby usta były mokre.

Brzmi jak zwykła rozrywka ale przed nami element karaoke. Stajesz na środku i musisz odśpiewać hymn matki
Czyli mam tę moc!!!!

Cały film

 

A teraz coś zupełnie z innej beczki, tak żeby dzisiejszy wpis był jeszcze bardziej chaotyczny. Otóż mam ci ja taką rozterkę, wróciłam na ojczyzny łono dwa dni temu i nadal się nie rozpakowałam z jednej walizki. Ponieważ za dwa tygodnie znowu wyjeżdżam, zastanawiam się czy JEST SENS w rozpakowywaniu?! bo przecież mogłabym zabrać tą walichę i pozamiatane,  pan M do reklamówki Lidla, i jedziemy.

Miałam napisać opasły wpis w formie relacji z powrotu, ale jest to historia pełna grozy i nijak nie wpisuje się ani w kanony moich sarkastycznych wypowiedzi owianych szaleństwem, ani nawet w bajkę z krańca lasu, więc chyba zachowam ją do wykorzystania w jakimś dark fiction na przyszłość. Zdradzę wam jedynie, że stałam dwa razy w tym samym korku, łącznie 5 godzin bo źle zjechaliśmy z autostrady i zamiast do Polski dojechaliśmy do Holandii. Jest moc.

 

 

Reklamy

Fashion is my passion. Modowe trendy w domu Matki.

Obraz: La Toilette, Boucher, 1742. 

W naszym domu mieszkają trzy kobietki z czego dwie mają niespełna metr wysokości i wyraźnie wyrobiony gust modowy. Jeżeli odzież, nie zawiera nadruku myszki Minnie bezwzględnie nie nadaje się do ubrania, a co więcej zasada ta dotyczy również bielizny. Matki na szczęście zasada ta nie obowiązuje i może nosić się jak chce, lub raczej jak jest w stanie.  Do moich największych anomalii modowych mogę zaliczyć awangardę w stylu „ I don’t care I’m a mother” czyli wyjście na spacer w spodniach od piżamy. Mam akurat z tego dnia kilka zdjęć z dziewczynami i dumnie przyznaję, że spodnie zupełnie nie wyglądają jak piżama a nawet powiem, że wyglądają lepiej niż moje prawdziwe spodnie. Ostatnie miesiące były intensywne w związku z czym mój styl casual został mocno nadszarpnięty i przerobiony na styl „bezdomny dziad”. Gdybym miała brodę i tatuaż mogłabym udawać hipstera, ale w obecnej sytuacji efekt psuje wzrok spłoszonej sarny, dwójka dzieci, siata z zakupami i pusty wózek pchany brzuchem w stronę bramy. Na szczęście z każdym dniem słońce świeci dla nas jaśniej i z dumą donoszę, że wczoraj zafarbowałam odrost (JEAH!), który choć dość długi i tak był za krótki żeby udawać ombre. Z nowym kolorem i bez odrostów ruszam w świat na podbój miasta tzn. wybieram się po ziemniaki na obiad i po szpinak w liściach do koktajlów, którymi raczę się na śniadanie w związku z akcją – free Willie czyli uwolnij wieloryba.

Jest zima i wiadomo, że w zimie musi być zimno. Jestem kobietą oczywiście, że lubię modę. Pod tą warstwą odrostów, polaru i wełny, niedogolonych nóg, krótkich paznokci i męskiego T-shirtu kryje się potencjał. Oglądam katalog jednej z firm wysyłkowych wzdychając pod nosem… zamówiłam kilka sukienek na wyprzedaży. Przybyły. Przywdziałam i elegancko – jak nie ja – wybrałam się z mężem i dziećmi na spacer. No przyznam, że w sukience i butach na obcasie robiłam naprawdę dobre wrażenie na placu zabaw, ba ja wręcz czułam laserowe spojrzenia na plecach, zamrugałam okiem, ubrałam ciemny okular i nonszalancko wkroczyłam w obcasie na żwirek przy zjeżdżalni…. Jak zaczęło wiać i kropić zatęskniłam za moim płaszczem bezdomnego i szalikiem, który wygląda jak koc po starym psie. Przeziębiłam się – ale z klasą… no nie codziennie matka zakłada małą czarną na huśtawki. Teraz kiecka czeka na lepsze dni a ja wracam do polaru z kapturem  – niezawodny, i wielkie chapeau bas dla tych mam, które brylują w baby klubie,  zawsze im zazdraszczam i zastanawiam się jak one to robią bo ja wychodzę z domu z ekipą około 40 minut co często skutkuje tym, że zapominam o własnej głowie, jedyne na co zwracam szczególną uwagę, to buty bo się boję, że wyjdę w kapciach. Przy aktualnych mrozach bunkruję się jeszcze pod wielka czapą i utrudniam sobie odbieranie telefonu rękawicami z jednym palcem. Wiem, że modne są mówki do wózków, ale u nas cała flota wózków i dodatki pod kolor już dawno przerosły nasz budżet. Tym bardziej, że dzieci nasze wolą się nosić niż wozić i tak prócz gondoli, dwóch spacerówek i parasolki dysponujemy jeszcze dwoma chustami, nosidłem, torbą bebelulu i moim hitem przy dwójce na raz czyli onbu na plecy. Wiosno przybywaj!

Wpadnij na FACEBOOK