Z DZIENNIKA WSPÓŁSPACZA

Podbite oko, stopa między żebrami, palce w nosie i powieki podnoszone wbrew woli właściciela. To nie kadr z filmu Wzgórza mają oczy, a jedynie kadr z życia matki współśpiącej.

 Gdy na początku przygody ze współspaniem, wyobrażałam sobie naszą wspólną drogę, miałam przed oczami sceny z bajek Disneya – ja przeciągająca się beztrosko o poranku (czytaj o 09.00), obok latorośl z zaróżowionymi policzkami pochrumkująca na swojej połowie łóżka. Słodki zapach dziecka, ciepło i malutkie rączki, które okalają moją twarz przed zaśnięciem.

Ta złudna wizja macierzyństwa nie raz już zostawiła mi posmak goryczy w ustach. Moja przygoda ze współspaniem ewaluowała razem z wiekiem moich dzieci. Zaraz po przyjściu ze szpitala ssaki spały blisko… tak blisko, że czasami sklejałyśmy się spoconą  skórą, a odklejenie sprawiało ból.

Gdy zaczęły raczkować, moje umiejętności przetrwania we wspólnym łóżku rozwinęły się jak skrzydła albatrosa.

MATKO PAMIĘTAJ, DZIECKO TWÓJ SKARB

Przerabiałam już kilka opcji. Spanie na gąbce zakupionej w Jysk ( nie polecam), spanie na podłodze sauté, czyli bez niczego – również nie polecam, kolejno spanie na łóżku z jedną ścianą wspomagającą – wszystko zależy od giętkości ciała, jeżeli jesteś w stanie zwinąć się w dużego precla, blokując drogę ucieczki z trzech stron, to znaczy, że sobie poradzisz. Ze względu na moją figurę i umiejętności zwijania się w precla, rzeczona pozycja nie wychodziła mi najlepiej, i porzuciłam spanie na kanapie na rzecz spania w łóżku typu kingsize.

Niestety owe łóżko, ze względu na wielkość pokoju, stało w nietypowej odległości od ścian. W dziurze mieściła się głowa dziecka, a nawet cały tułów, o dziwo moja noga za cholerę tam wejść nie chciała. Drogą dedukcji udało mi się dość do tego jak zablokować nieprzyjemne i niewygodne otchłanie po bokach.  Przypieczętowało to naszą wspólną przygodę ze współspaniem na dobre.

Żadne dziecko nigdy mi nie spadło z łóżka. Zawdzięczam to swoim kocim ruchom, albowiem śpię na tzn. wysokiej czujności niczym lampart, kilka razy udało mi się złapać dziecko w ostatnim momencie, co o 2.00 w nocy nie jest takie oczywiste. Niemniej żadna z latorośli nie opuściła gniazda w trakcie współspania.

W tej chwili gdy dzieci chodzą, a młodsza latorośl prawie opanowała schodzenie z łóżka, bardzo trudno jest je powstrzymać od przemieszczania się. Zauważyłam, że po wspólnych nocach budzę się poobijana jak zawodnik MMA po walce o pas. Zweryfikowałam wypracowane metody blokowania miejsc zrzutu na łóżku, i doszłam do wniosków, że nowa sytuacja wymaga nowej techniki.

MATKO BROŃ SIĘ

Wprowadziłam pozycje obronne, dzięki którym mogę spać  lub odpoczywać w obecności latorośli, bez obaw o własne życie i zdrowie.

Zasady:

  1. Należy spiąć włosy mało atrakcyjną gumką, najlepiej recepturką albo kawałkiem pończochy w kolorze skóry,  która nie przykuje uwagi latorośli. Brak rozwichrzonych włosów zniechęci  potomka do wyrywania ich z głowy współspacza, szczególności z okolic skroni, gdzie boli najbardziej.
  2. Ukryj twarz. Jeśli to tylko możliwe zakryj nozdrza, usta oraz oczy w dłoniach lub ramionach, pozwoli ci to uniknąć wciskania małych palców zakończonych ostrymi pazurkami we wszystkie szczeliny. Dodatkowo unikniesz wywijania powiek, w celu sprawdzenia czy śpisz.
  3. Połóż się na brzuchu. Skakanie po plecach oraz pośladkach boli znacznie mniej niż skakanie po pęcherzu i żołądku.
  4. Jeżeli latorośl jest wyjątkowo zawzięta i próbuje dostać się w okolice twarzy ryjąc głową w poduszce, spróbuj ułożyć się w pozycji żółwia. Dobrze sprawdza się w tej sytuacji pozycja dziecka oraz krokodyla zapożyczona z jogi.
  5. Jeśli twoja latorośl śpi pod ścianą pozycja boczna ustalona, powinna zniechęcić potomka do znęcania się nad współspaczem.

 

NIE TRAĆ CZUJNOŚCI


Zdarzyło mi się raz o tym zapomnieć, leżąc ze starszą latoroślą na kanapie odpłynęłam w ramiona Morfeusza, palec wsadzony do nosa obudził mnie na tyle szybko, że uniknęłam utraty oka, jednak tamowanie krwotoku zajęło mi dobre kilka minut.

 

Przede wszystkim czerp garściami z tej rozkoszy, jaką daje współspanie z dzieckiem 😉

 Powodzenia!

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Matka, kalafior i grafomania.

Nadeszła wiekopomna chwila

Urlop na finiszu, nie tylko ten wakacyjny. Szykują się wielkie zmiany, albowiem matka wraca do pracy. Ten dzień musiał w końcu nadejść. Dzisiaj starsza latorośl debiutowała w przedszkolu – trzy godziny, niemniej były łzy. Głównie moje, a jednak.

Zastanawiam się jak po takiej trzyletniej absencji przygotować się psychicznie do podjęcia pracy. Czy prosić o okres adaptacyjny? Przydałby się. Czas dla pracownika na integrację z zespołem i własnym mózgiem. No właśnie, jeśli o mózgu mowa. Mój kalafior nie ogarnia listy zakupów, a ogarnąć będzie musiał sporo więcej. Może jakieś witaminki? Co polecacie?

I kolejna zagwozdka, bo ja mości państwo w ogóle nie reaguje na własne imię, i zastanawiam się czy nie napisać sobie na koszulince per „Matka” wtedy szybciej się odwrócę, a po takim okrzyku MAMO! czas reakcji będzie krótszy, a kalafior zaktywowany do myślenia.

Kto śledzi bloga ten wie, że prócz starszej hrabiny mamy na pokładzie jeszcze rok młodszą latorośl, która do przedszkola się jeszcze nie kwalifikuje. Pan M postanowił zaoferować swoje usługi opiekuńcze w systemie full time, co mnie niezmiernie cieszy. Postanowiłam nie pisać tym razem opasłej instrukcji obsługi dziecka, bo w końcu to nie jest debiut i pan M to i owo już potrafi ogarnąć. Nadal ma nawyk zakładania koszuli na twarz przy zmianie pieluchy, ale każdy ma swój styl.

Choć niewiele piszę, nie dajcie się zwieść, zazwyczaj cisza jest przed burzą. Prócz mojego zawodowego zmartwychwstania zahaczyłam się również w portalu www.wrolimamy.pl , gdzie będziecie mogli czytać moje wypociny bardziej regularnie, bo w co trzeci wtorek miesiąca. Wiem jak to brzmi, zaraz się okaże, że to będzie co drugi wtorek miesiąca parzystego z literą R w nazwie, ale ja tu zupełnie serio, serio. Najbliższy wpis planuję na 22 sierpnia, więc śledźcie pilnie, a i ja się pochwalę jak będzie gotowy.  To nie koniec. Jak na grafomana przystało, piszę więcej niż jestem w stanie przeczytać, w związku z czym w zaciszu domowego ogniska powstaje książka. Postanowiłam dla odmiany nie umieszczać w niej żadnego wpisu blogowego – szokers bo z tego co się orientuję, większość ludzi z blogiem po prostu wrzuca do książki wpisy z ostatnich kilku lat i jest petarda. Ja, jako płotka blogosfery nie mam ani tylu czytelników, ani takiej historii wpisów, więc w ofercie szanowni państwo, będzie wolumin nigdzie wcześniej nie opublikowanych tekstów w klimacie literatury kobiecej. Będę zdawać relacje z przebiegu prac, a wy motywujcie, bo jak to samozwańczymi  literatami bywa, miewam zastoje w wenie, że nawet wino mi nie pomaga.

To jak z tymi suplementami, co mi zamieni kalafiora w mózg Magneto z X-men’ów?

Złe matki

Wpis z serii #Matkapopółnocy

Co matka to historia. Każda inna, bo każda ma swoje granice, swoje oczekiwania, swoje „mam ku*na dosyć”. Bo każda wie ile zniesie i ile może dać, ile flaków wypruć , i jak długo będzie jej to sprawiało przyjemność. Bo każda matka ma swój punkt G w sercu.

Internety kochają matki… kochają je gnoić, straszyć, oceniać od momentu zajścia w ciążę, do momentu wyprawienia dziecia na studia. Istnieje bowiem kilka rodzajów matek, w które najczęściej rzucają wirtualnymi odchodami, i choć przybywa nam mentorów, autorytetów i omnibusów w tej jakże ważnej dla każdego z nas dziedzinie, jedno się nie zmienia – matka nigdy nie jest wystarczająco dobra.  

Na pierwszym miejscu bezkonkurencyjnie, od kilku lat, laury hejtu i opary jadu zbierają jednogłośnie matki wariatki –  co to złożyły swoje ciała na ołtarzu macierzyństwa, te matki Polki, co za dużo czytały, i w dupie im się poprzewracało, kolejno mamy matki luzary, egoistki-hedonistki, co wszystko zrobią dla chwili spokoju – dają smoczki, butelki, lizaki, puszczają bajki, zabierają dziecia do znajomych na imprezy i podają sklepowe słodycze.

Brązowy medal w kategorii znienawidzonych przypada matkom zorganizowanym, matkom co to depresji nie miały ani baby bluesa, a ich konta na instagramie są pełne tęczy i cukrowej emocjonalnej waty. Perfekcyjne panie domu z włosem bezczelnie błyszczącym, niczym wielka niedźwiedzica. Obnoszą się swoją świeżą skórą  i szerokim uśmiechem, płaskim brzuchem i swieżą hybrydą na paznokciach. Ich mężowie jedzą domowe obiady, a dzieci robią do nocnika przed ukończeniem roku.

Matki wariatki

Poświęcają się do szpiku kości, zedrą własna skórę żeby przykryć nią dziecia, noszą na ręcach 15 kilowe bąki,  razem się kąpią, razem chodzą do toalety, ich dom jest jak pole bitwy, zamiast tłuc schabowe dla męża bawią się kiślem na panelach w salonie. Znajomi do nich nie przychodzą bo przynoszą zarazki, zamiast spać po nocach pieką bezglutenowe babeczki z fasoli, i robią lody z jarmużu. Rodzą w domu przy dźwiękach morskich fal.  Dają z siebie 1000% i tego wymagają od otoczenia. Nie krzyczą, nie unoszą się, są zen, nie oglądają TV, nie jedzą cukru, smarują dzieciom tyłki olejem kokosowym. Są bio, eko, zero waste i wiedzą, że prawda jest jedna, i to jest ich prawda.

Matki egoistki-hedonistki.

Nie palą gumy gdy dzieć zapłacze,  puszczą bajkę,  i dadzą do ręki parówkę. Czasami krzyknął, czasami wyjdą potańczyć. Dzieciak zjadł rolkę papieru toaletowego – spoko jak weszło to wyjdzie, wypił colę z puszki na parapecie – nic mu nie będzie. Nagradzają i chwalą nie bacząc na wyrządzaną dzieciowi „krzywdę”. Dają czekoladę, i uspokajają filmem na jutjubie. Nie mają przysłowiowej spiny, na spacery chodzą stadami, śmieją się i bezczelnie prowadzą życie towarzyskie, a ich dzieci nawet jeśli krzyczą to ćwiczą płuca. Oglądają filmy przy karmieniu, i nie ronią łez dając mieszankę, czy kaszę z torebki, nie wiedzą czym jest wędzidełko, nie czytają, nie panikują, przebijają uszy dzieciom i przyklejają kokardy klejem z Brazylii. Dają słoiki po 4 miesiącu bo tak jest na etykiecie, i nie wiedzą czym jest integracja sensoryczna. Grzeszą ignorancją i pełnoetatowym „wdupiemiejstwem”.

Matki zorganizowane

Chata błyszczy, obiad pachnie niech ją kurde piorun trachnie. Ich zęby nigdy się nie psują, a odrosty rosną już pofarbowane, ich porody w makijażu i modnej koszuli można oglądać na instastory. Żony ze Stepfort, które miesiąc po porodzie wydają książki o macierzyństwie, i udzielają wywiadów „jak wrócić do formy w łykend po cesarskim cięciu”.  Nie znam szczegółów ich poczucia kontroli nad światem, nie wiem czy są cyborgami i ile psychotropów biorą żeby przetrwać dobę, znam natomiast jedną matkę zorganizowaną. W nocy gotuje obiad na następny dzień, budzi się zawsze pierwsza i sprząta, ma zawsze make up i zrobione paznokcie, w ciąży chodziła na obcasach a jej dziecko nigdy nie płacze na spacerze. W przerwie między organizacją domu, gotowaniem, sprzątaniem i pracą na etat, robi skalpel Chodakowskiej.

Takim matkom zawsze zazdraszczam, bo u mnie jest Sajgon. Takie matki są obiektem nienawiści z wielu powodów, głównym jest zazdrość, i tego nie ma co ukrywać. Ja też zazdroszczę. Zazdroszczę bo to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Ale pójdę dalej. Ja zazdroszczę im wszystkim. Matkom polkom zazdroszczę karmienia piersią, matkom hedonistkom luzu i dystansu do innych, żonom ze Stepford zazdroszczę organizacji.
Wszystkie są najlepsze jakie być potrafią. Czemu więc są „złe”?
Matki, zawsze robią źle. One przecież urodziły po to żeby się teraz „znęcać”, no bo po cóż innego? Mierżą mnie niektóre zachowania, nie lubię kolczyków u noworodków, musztardy na smoczku, cukru w butelce od pierwszej doby, i wisiadeł wpijających się w małe krocze. Ale daleko mi od fanatyzmu. Nie wierzę, że rodzisz dziecko żeby mu zrobić źle, że kupujesz to wisiadło za 300+ piniondzów, w dobrej wierze, reklamowane w piśmie dla mam, żeby dziecku bioderka umyślnie zwichrować, że śpisz z dzieckiem żeby je udusić w nocy własnym cycem, że dałaś cukierki żeby latorośl zachorowała na cukrzycę, a już na pewno żeby miało próchnicę w mleczakach.

Coraz trudniej jest być matką, bo wszystko jest źle. Trzeba się edukować, trzeba czytać o karmieniu, o rodzicielstwie, trzeba świadomie planować rodzinę… a ja widzę mnóstwo zagubionych dziewczyn, które nie wiedzą czy mogą twarz kremem posmarować, bez obawy, że zrobią nienarodzonemu krzywdę . Nie wiedzą czy mogą pachy antyperspirantem popsikać, czy wolno im zjeść w ciąży cebulę, czy mogą paznokcie pomalować. Bo przeczytały w Internecie… przeczytały i już nie śpią drugą dobę, bo co teraz?!

Zbiorowa paranoja.

Słuchasz lekarza- źle bo on już się nie zna, słuchasz położnej – źle ona się też nie zna, słuchasz koleżanki – źle ona nie jest lekarzem, słuchasz matki – źle ona już nic nie pamięta, musisz starać się bardziej.

Bo co byś nie zrobiła i tak zrobisz źle.

Bo zawsze mogłaś się tak nie spinać, albo postarać bardziej.

Bo masz za brudno albo… za czysto – no co ty tak czysto masz, nie bawisz się z dzieckiem?

A co ty taka wyspana? Makijaż masz, jak to? Gdzie pot i łzy?

Ryczysz…no nie mów, że baby blues, to takie wielkomiejskie. Za delikatna jesteś.

Bo depresje mają wariatki a luzują się ignoranci.

Bo pieluchy jednorazowe to brak szacunku dla środowiska, a wielorazowe to kasa w błoto i tymczasowa moda.

Bo dostęp do wiedzy doprowadza nas do szaleństwa, bo trzeba wiedzieć kto ma rację, i czyja racja jest bardziej nasza niż wasza.

Bo gdy jesteś matką, świat to za mało.

Dzisiaj świętujemy!

Od roku jestem podwójną mamą. Dzisiaj dmuchamy razem pierwszą świeczkę na cześć naszej wspólnej przygody.

Szczerze? Nie mam pojęcia jak przetrwałam ten rok, za nic w świecie nie chciałabym wrócić do jakiegokolwiek etapu z minionych 12 miesięcy.
Zła matka? – dać jej szansę! – dziękuję wewnętrzny głosie, tak zrobię.  Większość dni mijały mi na zaciskaniu zębów, i skreślaniu kratek w kalendarzu. Drugorodna jest cudowna, ale… mając na podorędziu egocentrycznego dwulatka-antagonistę z silnym charakterem, poczuciem własności i donośnym głosem, i rocznego, niezmordowanego aktywistę ze skokiem rozwojowym, przytwierdzonego do mnie każdą komórką ciała, w formacie ” ludzka huba”, nie mogę bryzgać tęczą. To jeszcze nie ten etap. Trzymam ją w środku i czekam na lepszy moment. Zerkam na zdjęcia i wiele niestety nie pamiętam. Już teraz mylą mi się dzieci na zdjęciach ze szpitala ( noszę się z zamiarem podpisania zdjęć, ale idzie mi jak po gruzie). Zrobiłam antyramę ze zdjęciami i kartką z kalendarza dla każdej z pań, obok zdjęcia udało mi się jeszcze wcisnąć po małej skarpecie na pamiątkę ( szczerze nie wiem która jest czyja ;-D). To moja duma bo na więcej artystycznej twórczości z reguły nie mam już czasu.

Matko wywołuj.

Jestem typem wywoływacza zdjęć, nie lubię oglądać zdjęć na komputerze, może to starość, może wygoda, dla mnie zdjęcia wywołane, w ramce, czy w albumie to coś zupełnie innego niż wersja cyfrowa. Jeśli miałabym mieć jakieś przesłanie dla przyszłych mam to RÓBCIE ZDJĘCIA I WYWOŁUJCIE JE! Nawet te marnej jakości, robione starym telefonem. Wszystkie zdjęcia pierworodnej ze szpitala robione były słabym aparatem w telefonie – ile dają mi radości gdy je teraz przeglądam, mam też foto-książkę ale zdecydowanie wolę zdjęcia. Drugorodna ma mniej zdjęć, to dlatego, że po jej urodzeniu nie miałam czasu pstrykać fotek, nadrabiam teraz bo jeszcze nie jest za późno. Wracając do mojego wywodu na temat rozrzewnionej twarzy na myśl o początkach wspólnej drogi w kombinacji 2+2 = szaleństwo. Nie miałam depresji bo jestem na to zbyt cyniczna, natomiast wypłakałam wiadro łez, to na pewno.

Chaos, widzę chaos!

– Nie mogło być aż tak źle – o super, kolejny wewnętrzny głos, dla równowagi mam dwa, jeden mnie klepie po ramieniu, a drugi szarpie mnie za nogawkę szepcząc ” za mało”, dobrze, że w szaleństwie te wewnętrzne głosy prowadzą polemikę również między sobą. Benefity

Wracając do meritum, podwójne macierzyństwo dało mi w darze dystans do świata, ludzi i siebie, do bałaganu i brudnej buzi, do biegania boso po trawie i legendarnej czapeczki, oraz zamiłowanie do kawy. Co do szaleństwa to mam nadzieję napisać kiedyś książkę więc może uda mi się je przekłuć w literacką kreatywność. Zatem i szaleństwo umieszczam na liście zysków.

O czym marzę

O śnie, ale to chyba oczywiste 😉 Chciałabym też mieszkać w bucie z czekolady, obawiam się jednak, że szanse mam marne.

Wiadro cierpliwości raz! Niestety mój wybuchowy temperament nie jest moim sprzymierzeńcem. Chciałabym też więcej pisać, nie mam na myśli raportów, ani sprawozdań. Szczerze, nie broniłabym się przed chwilą dla siebie, nadal brakuje mi tête-à-tête we własnym towarzystwie. TAK, CHCĘ MIEĆ CHWILĘ SPOKOJU!

P.S. Czy wasze latorośle również śpią zwinięte w kule, jak jeże? Ja mam właśnie dwa takie jeże przy sobie. Bo tak się składa, że czas na pisanie miewam jedynie nocami.  Śpią coraz ładniej, ale czekam na moment gdy w moim dorosłym łóżku będą tylko dorośli. Bardzo lubię miąchanie, ale wiem, że polubię je jeszcze bardziej gdy między jednym miąchaniem, a drugim będzie przerwa. 

A przy okazji, jak ładujecie baterie? Podzielcie się 🙂

Znajdziecie nas również tutaj

 

KAŻDY MA W SOBIE COŚ Z MISIA

 

BAJKA NIE TYLKO DLA DZIECI

Niedawno rodzina Milusińskich powiększyła się o nowego członka. Mały Milusinek zasilił szeregi mieszkańców Doliny Przyjaźni. Rodzice nie zawsze ogarniają leśną rzeczywistość, mama miewa potargane futro lub zapuści pazury, a tato w tajemnicy wychodzi na miód do starego wilka gdzie ogląda leśną koszykówkę. Historia rodziny Milusińskich to historia o miłości, przyjaźni tęsknocie i absurdzie codzienności. O tym, że czasami czujemy się bardzo samotni stojąc w tłumie a innym razem jesteśmy tak blisko, że futro się elektryzuje.

Jeżeli lubisz bajki to zapraszam serdecznie.  Może i ty czasami czujesz się jak mama Milusińska. Pamiętaj, że każdy ma w sobie coś z misia.

Co było a nie jest nie pisze się w rejestr

co-bylo-a-nie-jest

Obraz: William Adolphe Bouguereau “Charity” (1878)

Nowy rok się zbliża i nie będę oryginalna – to czas podsumowań i noworocznych postanowień. Matka ma takich postanowień wiele bo trochę narozrabiała. Z reguły postanowień nie miałam i świetnie mi wychodziło ich nierealizowanie – czyli bez wyrzutów sumienia i zagryzania smutków. W tym roku plan jest ostry jak brzytwa Ockhama bo Matka ma w planach zostać królową fitnessu i kocicą biznesu. Jak już będę Jane Fondą macierzyństwa z tyłkiem twardym jak diament to kupię sobie taki wysięgnik do komóry żebym mogła robić selfie z odległości i w końcu na zdjęciach będzie widać  gdzie jestem a nie tylko dwa podbródki i czoło.

Rok 2016 był dla mnie bardzo łaskawy, dał mi szanse pełnienia wielu funkcji od kobiety żółwia, hybrydy dziecko-matka przez  człowieka hubę, a skończywszy na drzewie eukaliptusowym . Ostatnią funkcje pełnię nadal przy najmłodszej hrabinie i  latorośl nie zamierza zrezygnować z „koalowania” Matki. Poniżej definicja Koali Mlecznego wg MH:

Koala mleczny – gatunek torbacza rodziny koalowatych. Zwierzę mlekożerne zamieszkujące tereny Wschodnio Europejskie . Koala schodzi z Matki tylko po to, aby przejść na kolejnego osobnika. Żyje w niewielkich grupach złożonych z samca i kilku samic .

ŁOJEZUSMARIA wszystko się zgadza …..to nasza rodzina.

Jednym z moich postanowień jest nauka REGENERACJI. Tak, dokładnie, regeneracja i tutaj pragnę wspomnieć, że w roku 2017 chciałabym zostać KOBIETĄ KASZALOTEM. I nie ma się z czego śmiać wiecie, że taki kaszalot przesypia jedynie  7 proc. swojego życia (!)  słownie siedem procent i to go nie męczy. Stając przed tym wyborem wahałam się jeszcze między kobietę wielorybem i człowiekiem delfinem.  Albowiem, ssaki te mają umiejętność, której mi brakuje, a którą powinna mieć KAŻDA matka – śpią połową mózgu…. Jedna połowa w ramionach Morfeusza a druga połowa reaguje na bodźce i gdyby tak chociaż jedna moja półkula mogła się wyspać to ja bym była bardzo szczęśliwa. Dodatkowo jeśli wierzyłabym w reinkarnację to byłabym pewna , że moja pierworodna hrabina w poprzednim wcieleniu była właśnie DELFINEM albowiem delfin przez pierwszy miesiąc od urodzenia WCALE NIE ŚPI i tutaj wszystko by się zgadzało…

Tajemnej sztuki regeneracji uczę się aktualnie od moich latorośli gdyż dziewczęta są biegłe w temacie – podobnie jak kaszaloty przesypiają nie więcej niż 7% swojego życia… Nie jestem pozostawiona sama sobie w tej decyzji bo hrabiny pomagają mi jak mogą trwać w wyżej wspomnianym postanowieniu np budzą się w nocy na kilkugodzinne animacje. Wczoraj drugorodna wstała zaledwie trzy razy z pobudką o 5.40 –  i generalnie to jest niezły wynik, niezły w porównaniu do poprzednich doświadczeń z tzn „spaniem”, tylko ja liczę te pobudki od momentu gdy zasnęła na dłużej niż 20 minut …. A zasnęła o 1.30 w nocy. Zapewne KTOŚ by rzekł, że za późno i ten KTOŚ miałby całkowita rację, bo za równo ja jak i ojciec hrabin tak uważamy, niestety za cholerę hrabiny tego zdania nie podzielają… Wczoraj usypiałam drugorodną 5h czyli dłużej ją usypiałam niż spała.

Za co dziękuję temu staruchowi 2016 – dziękuję ci za te bezzębne uśmiechy o 3 nad ranem, za wyciągnięte ręce, za drzemki z jedną ręką w górze żeby koala mógł spokojnie wkomponować się pod pachę, za wszystkie „ dzidziaki” i „dzidziomamy” , które mnie budziły, za ciepłe małe dłonie i klejące stopy, za makaron na ścianie, za jedzenie w bucie, za banana na nogawce od spodni i za te wielkie roześmiane oczy. Za to ci  dziękuje – bo to był jeden z najlepszych ROKÓW jakie miałam w życiu…

(Nie)porządki świąteczne

William Hogarth, Modne małżeństwo

Już w listopadzie zaczęłam rozmyślać nad tym, jak ja na Boga dam radę ogarnąć rzeczywistość przed świętami! No i jak chciałam tak mam, bo nie ogarniam tej rzeczywistości. Najgorsze co można zrobić to sobie coś bezczelnie zaplanować na przekór przeznaczeniu. Moje dwa przeznaczenia bawią się w najlepsze i nikt nie powiedział, że dziecko musi mieć jakiekolwiek drzemki w ciągu dnia. Bo przecież nic nie musi, musi to na Rusi jak mawia moja babcia, a w Polsce jak kto chce -a moje latorośla chcą właśnie się bawić z mamą i nie chcą spać bo kochają życie.

Podzieliłam ze ślubnym przedświąteczną rzeczywistość sprzątającą na segmenty, i przez tydzień ogarnęliśmy mieszkanie z wewnątrz. Zachowując całkowity spokój ducha kpimy sobie z ironii losu, bowiem sprzątamy i prasujemy aktywnie od wielu dni a śladu ni ma… no nic nie widać a nawet więcej – jest syf!… ale nie taki syf z brudem i robakami, taki zdrowy syf dziecięcy – tu rajstopki tam kanapka, o proszę banan w szufladzie bo czemu nie. Wyciągam pranie z bębna, a co my tutaj mamy – widzę, że ktoś pomagał… mały skrzat wsadził do bębna Reksia… bardzo, bardzo cieszę się, że to nie jest pilot od telewizora.
Człowiek nie wie ile ma w sobie pokładów cierpliwości i jak cieszą nas drobne rzeczy, dopóty nie przyjdzie mu obcować z aktywnym dwulatkiem. Najdłużej sprzątaliśmy z mężem kuchnię wyrzucając – nie, nie napisze bo wyjdę na brudasa 😉 sporo… młoda hrabina nam pomagała, rzecz jasna po swojemu. Najbardziej lubi wyciągać reklamówki z szafki – każdy Polak ma taka szafkę na reklamówki w swoim domu, takie nasze narodowe hobby – no i ja też mam i w sumie mogę się pochwalić imponującą liczbą reklamówek z kilku krajów świata, a przynajmniej ze wszystkich tych gdzie mają Lidla. Na drugim miejscu w kategorii rozrywka jest półka ze słoikami – standardowo myję i składuję na zapas bo może kiedyś znajdę tunel czasoprzestrzenny i będę mogła dokonać podróży w czasie i zrobić dżemik albo hutney z cebuli…
Wbrew wszystkiemu mamy choinkę, mieszkanie małe więc jest sztuczna, bąbki plastikowe i generalnie sponsorem świąt w tym roku jest u nas firma Pepco. Dziękuję zatem wszystkim kolegom i koleżankom z Azji za zaangażowanie w pracę na rzecz mojego konsumpcyjnego podejścia do Świąt.
Lecę zapeklować karkówkę. Może tym razem jej nie zjemy zanim ostygnie..