Zrób sobie dobrze

Leżeliśmy  obok siebie, zmęczeni, spoceni, dreszcz przebiegał nasze ciała. Zimni i ciepli zarazem, spragnieni i syci, ja obolała, on zadowolony. Nasze usta spierzchnięte, oczy błyszczące, źrenice jak jednocentówki.

 

clem-onojeghuo-143345

Photo by Clem Onojeghuo on Unsplash

Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej. Próbując osiągnąć szczyt spełnienia w jeden z tych ostatnich ciepłych dni jesieni, wybraliśmy się w plener. Zapakowałam torbę, wszystkie gadżety, koce, napoje,  kremy nawilżające. Były również zabawki – pluszowe, gumowe i kilka świecących. Już nie pamiętam kiedy robiliśmy to w plenerze. Przed wyjazdem musieliśmy się odpowiednio ubrać, jak wiadomo zabawy w plenerze wymagają nieco kreatywności.

Zapowiadało się bardzo ciekawie. Wstałam podekscytowana, a każdą czynność przerywała mi nawracająca myśl – co jeszcze ze sobą zabrać, i czy wszystko się uda.

Podróż do celu nie zabrała nam wiele czasu, upatrzyliśmy sobie zaciszny kącik w miejskim parku. Często chodzimy właśnie w to miejsce, ze względu na miłe otoczenie, zieleń, plac zabaw, a co więcej nie ma tam wielu znajomych.

Rozłożyliśmy koce, wyciągnęliśmy zabawki, gadżety, torba z kremem była w pogotowiu.

– Chyba mam wszystko

– To co, zacznij a ja zaraz do ciebie dojdę, powiedział pan M, po czym zniknął za krzakami.

Zanim wrócił, zdążyłam się już dobrze spocić, hrabiny szalały na pikniku, biegały od kamiennego kota do metalowej konstrukcji przypominającej żyrafę, co chwilę przynosiły nowe znalezisko w postaci robala, kamienia lub kapsla po piwie. Swoim jastrzębim okiem widziałam jak pan M targał z bagażnika wózek bliźniaczy, na wypadek gdyby panie uznały, że bolą je nogi.

– Mamy wszystko?

– Z nimi nigdy nie wiesz co będzie potrzebne, powiedzmy, że mamy wszystko o czym pomyśleliśmy. Musiało nam to wystarczyć. Ulubioną zabawką hrabin w tym czasie była gumowa świecąca kula, która po zderzeniu z ziemią potrafiła wywołać oczopląs u zdrowej dorosłej osoby. Zabawa trwała w najlepsze, zjedliśmy kilka kanapek, popiliśmy sokiem, pobiegaliśmy i spociliśmy się jak szczury. Żadna z pań nie zrobiła nam na szczęście niespodzianki, więc krem się nie przydał, no może poza kremem do twarzy.

Już w drodze do domu czuliśmy zgubne skutki biegania bez kurtek. Zanim zaszło słońce, leżeliśmy skuci gorączką na łóżku – 37,5 może termometr się zepsuł –  termometr za całego Jagiełłę nie może się zepsuć, będziemy chorzy… – wydukałam głośno przy tym przełykając – i tak było warto – wyszeptał pan M i zakrył się kocem z polaru.

Reklamy

Proza życia

Bycie mamą przedszkolaka to nie przelewki. Wskoczyłam na nowy poziom, i się nie boję. Na mojej twarzy codziennie gości uśmiech. 

Tu nie chodzi o to, że już nie muszę nosić na rękach, czy leżeć godzinami w łóżku. To zupełnie nowy wymiar myślenia. Wymiar do, którego wciąż szukam wejścia.

Co ty wiesz o malowaniu

Mama przedszkolaka nigdy się nie nudzi. Na przykład wczoraj, weszłam do pokoju i zobaczyłam moje dziecię, nagusieńkie jak święty turecki, z markerem w ręku, rysujące sobie to i owo na ciele. Ba! Po bliższym zapoznaniu okazało się, że moja zdolniacha pomalowała się nawet w takich miejscach, gdzie promienie słoneczne nigdy nie dochodzą! To już jest talent. Wrzuciłam młodą do wanny, ale nie szło domyć… niestety pewnych miejsc się nie da wyszorować. Tym sposobem moje dziewczę, poszło dzisiaj do przedszkola z narysowanymi majtkami bikini. Może to i ekonomiczniej, podobno są już ubrania w sprayu.

Co dwie głowy, to nie jedna

Jak wiecie mam na pokładzie panie sztuk dwie.  Życie z takimi dwoma jak one, to ciągła karuzela.  Wchodzisz do pokoju i nie wiesz jeszcze czy będzie dobrze, czy nie, czy dzisiejszy dzień zapisze się na kartach historii waszego rodu jako dzień, w którym zamarzło piekło, czy jako TEN dzień, w którym zapragnęliście mieć kolejne potomstwo.

Małpują

Młodsza latorośl naśladuje starszą siostrę we wszystkim. Ostatnio złapałam dziewczyny jak budowały konstrukcje z plastikowych pudeł w celu wspięcia się na parapet. Żeby było śmiesznie starsza trzymała pudło, młodsza się wspinała – nowicjusz, jeszcze nie wie, że lepiej trzymać pudła. Na szczęście mój pomysłowy małżonek wymienił klamki w oknach na takie z kluczykiem, więc spokojnie, nie wylecimy.

Złudzenie optyczne

Dziewczęta lubią sztuczki. Wczoraj młodsza latorośl biegała po mieszkaniu z rzekomym pokarmem. Kojarzycie żółte, kukurydziane chrupki? Ponieważ ostatnio ma etap krzyku, uznałam, że jeśli paszcza jest zapchana flipsem, a dzieć milczy, to ja sobie zmopuję podłogę, bo przy takiej ekipie mopowanie to moje drugie hobby zaraz po zamiataniu. Patrzę jak ten mój dzieć radośnie mieli tego flipsa, ale coś mi nie pasuje… flips jakoś tak powoli znika, i jeszcze nikomu rozmemłany chrupek się do tyłka nie przykleił, podchodzę zatem bliżej, przecieram oczęta, patrzę, a mój dzieć żuje żółtą kredę. Zjadła pół. Nie wiem co taka kreda ma, dzieć żyje i ma się dobrze. Jednak żółta kreda przejdzie do kroniki rodzinnej, bo dobrze udawała chrupka.

Proza życia.

Matka, kalafior i grafomania.

Nadeszła wiekopomna chwila

Urlop na finiszu, nie tylko ten wakacyjny. Szykują się wielkie zmiany, albowiem matka wraca do pracy. Ten dzień musiał w końcu nadejść. Dzisiaj starsza latorośl debiutowała w przedszkolu – trzy godziny, niemniej były łzy. Głównie moje, a jednak.

Zastanawiam się jak po takiej trzyletniej absencji przygotować się psychicznie do podjęcia pracy. Czy prosić o okres adaptacyjny? Przydałby się. Czas dla pracownika na integrację z zespołem i własnym mózgiem. No właśnie, jeśli o mózgu mowa. Mój kalafior nie ogarnia listy zakupów, a ogarnąć będzie musiał sporo więcej. Może jakieś witaminki? Co polecacie?

I kolejna zagwozdka, bo ja mości państwo w ogóle nie reaguje na własne imię, i zastanawiam się czy nie napisać sobie na koszulince per „Matka” wtedy szybciej się odwrócę, a po takim okrzyku MAMO! czas reakcji będzie krótszy, a kalafior zaktywowany do myślenia.

Kto śledzi bloga ten wie, że prócz starszej hrabiny mamy na pokładzie jeszcze rok młodszą latorośl, która do przedszkola się jeszcze nie kwalifikuje. Pan M postanowił zaoferować swoje usługi opiekuńcze w systemie full time, co mnie niezmiernie cieszy. Postanowiłam nie pisać tym razem opasłej instrukcji obsługi dziecka, bo w końcu to nie jest debiut i pan M to i owo już potrafi ogarnąć. Nadal ma nawyk zakładania koszuli na twarz przy zmianie pieluchy, ale każdy ma swój styl.

Choć niewiele piszę, nie dajcie się zwieść, zazwyczaj cisza jest przed burzą. Prócz mojego zawodowego zmartwychwstania zahaczyłam się również w portalu www.wrolimamy.pl , gdzie będziecie mogli czytać moje wypociny bardziej regularnie, bo w co trzeci wtorek miesiąca. Wiem jak to brzmi, zaraz się okaże, że to będzie co drugi wtorek miesiąca parzystego z literą R w nazwie, ale ja tu zupełnie serio, serio. Najbliższy wpis planuję na 22 sierpnia, więc śledźcie pilnie, a i ja się pochwalę jak będzie gotowy.  To nie koniec. Jak na grafomana przystało, piszę więcej niż jestem w stanie przeczytać, w związku z czym w zaciszu domowego ogniska powstaje książka. Postanowiłam dla odmiany nie umieszczać w niej żadnego wpisu blogowego – szokers bo z tego co się orientuję, większość ludzi z blogiem po prostu wrzuca do książki wpisy z ostatnich kilku lat i jest petarda. Ja, jako płotka blogosfery nie mam ani tylu czytelników, ani takiej historii wpisów, więc w ofercie szanowni państwo, będzie wolumin nigdzie wcześniej nie opublikowanych tekstów w klimacie literatury kobiecej. Będę zdawać relacje z przebiegu prac, a wy motywujcie, bo jak to samozwańczymi  literatami bywa, miewam zastoje w wenie, że nawet wino mi nie pomaga.

To jak z tymi suplementami, co mi zamieni kalafiora w mózg Magneto z X-men’ów?

EURO TRIP

To już jest koniec

Skończyły się święta, skończył się długi weekend, grill zasypał śnieg,  i co teraz? Jak nadać życiu tempa, jak złapać rytm. Można iść do pracy, ale co nas będzie trzymało w kupie do piątku… Weekend?  Nie każdy ma weekend. Mój weekend jest we wtorek bo wtedy idę do pracy.

Jakie mamy opcje?

Czas zaplanować URLOP. To światło w tunelu. Wyjeżdżam z hrabinami na miesiąc, do Beneluksu. Będzie ostro bo pan M musi zostać w domu. Ja i one dwie. Taki Euro trip. Mam nadzieję, że nas nie deportują. Mam nadzieję, że dojadę do celu, nie w kaftanie bezpieczeństwa tylko w przygotowanym na tę okazje odświętnym, czystym, wakacyjnym  dresie.

Psycho planner

Jak na psychopatę przystało planuję urlop dużo wcześniej. Gdy jechałam pierwszy raz z pierworodną na wakacje miała wówczas 5 miesięcy – zapobiegawczo zrobiłam spis ważnych rzeczy do zabrania i napisałam … książkę. Nie była długa jak na e-booka bo zaledwie 15 stron. Nie zabrakło w niej informacji o najbliższym szpitalu z mapką dojazdu. Najdłuższy był rozdział leki, choroby i bóle. Z czasem dopisałam do listy mnóstwo drobiazgów łącznie z tym, jak rozrobić kalie w kąpieli. Po co? Ponieważ rok później mąż a zarazem ojciec hrabiny miał w planach spędzić SAM wakacje z pierworodną. A co ja na to – wiadoma sprawa PANIKA, ZIMNE POTY, DRESZCZE I WIZJA ŚMIERCI GŁODOWEJ DZIECKA. W końcu zmusiłam pana M do przeczytania opasłego poradnika, spojrzał na mnie i całkiem poważnie powiedział:

„Ty naprawdę myślisz, że ja jestem debilem”… Ja na to, że „skąd?!”. Przecież to dla dobra waszego i naszego powstał ten „ poradnik matki” a wówczas pan M odparł z Marsową minął, że punkt trzeci rozdziału czwartego mówi o tym, żeby na plażę ubrać jej czapkę z daszkiem i nie wychodzić między 12.00-15.00

No cóż może trochę mnie poniosło . Może zapomniałam, że jedzie z tatą a nie sama. Może gdzieś tam w mojej wizji był obóz przetrwania w dżungli amazońskiej. A jednak historia lubi się powtarzać. W tym roku jadę z pacholętami, dla odmiany SAMA, i również tworzę kolejną listo-książkę dodatkowo pomyślałam, że przecież nie zostawię tak biednego pana M żeby się zatęsknił i zanudził przez ten miesiąc i w prezencie przygotowałam  listę zadań, które może prawie dobrowolnie zrobić gdy nas nie będzie ( jest na niej kilka prac Syzyfowych).

Świat w skorupce orzecha

Czy można jechać na wakacje bez stanu przedzawałowego? Bez omdlenia,  gorączki i poczucia, że czegoś zapomniałam? Dwa lata temu mój wyjazd do ROWÓW na 3 tygodnie z jednym dzieckiem wiązał się z zabraniem połowy mieszkania ( piękna miejscowość – gorrrąco polecam, cisza, spokój, szlaki rowerowe. Mogłam bez obaw jeździć z hrabiną po lesie i nikt nie patrzył krzywo, że krzyczy. Wieczorami dziki baraszkowały pod oknami w naszych śmieciach zmuszając nas do chowania kontenera – raz przyszła wielopokoleniowa rodzina, był strach, był.) Jak się spakować z 2 dzieci… Wiem, że są wśród was WYJADACZE, że są i tacy co z noworodkiem do Meksyku mogliby się wybrać. Dla mnie wyjazd tak daleko jest jak podróż na Księżyc. Co zabrać. Jak żyć.

Co znalazłoby się na waszej liście rzeczy niezbędnych?

MOJE WEWNĘTRZNE DZIECKO

Koń jaki jest każdy widzi
Niebywałe jak zmienia się mentalność młodego metrowego człowieka gdy tylko opuści mury obronne domostwa. Po przekroczeniu bram latorośle automatycznie poczynają rozsiewać urok osobisty, powodując tym samym mrowie ochów i achów. Podczas trzeciomajowych obchodów drugorodna podbiła wiele serc uśmiechając się i łapiąc obcych za ręce, przy każdej nadarzającej się w tłumie okazji, a ja zyskałam wielu pomocników, nawet panowie zostali samozwańczo zaangażowani w podawanie kocyków, podnoszenie zagubionych trzewików i  trzymanie uciekających balonów. Pierworodna na sam widok orkiestry zaczęła tańczyć na środku placu, co mnie bardzo cieszy bo zawsze chciałam mieć tancerza w rodzinie.

Długi weekend nie rozpieszczał nas słońcem ale narzekać też nie mogę. Uwielbiam spędzać wspólnie czas niestety ze względu na pracę i obowiązki nie często możemy sobie pozwolić na taką radosną labę. Zaliczyliśmy Mini Euroland w Kłodzku, kilka kilometrów spaceru, park centralny w Świdnicy i Galerię w dżdżysty wtorek. Co prawda galeria nie jest szczytem naszych możliwości wychowawczych ale odpuściliśmy i daliśmy czadu w jupi parku na kulkach. Ponieważ młoda nie ma jeszcze 3 lat musiałam z nią wejść na konstrukcję. Jak wiadomo dzieci lęku nie czują w przeciwieństwie do mnie, w związku z powyższym latorośl ochoczo wyruszyła piankowymi schodami na szczyt konstrukcji, szukając wejścia do żółtej rury. Niestety ja wycykorzyłam i dopiero za trzecim podejściem dałam się namówić na przejście przez mostek szerokości mojej stopy. Pełna trwogi z rozdygotanymi nogami i zimnym potem na plecach przeszłam na drugi koniec konstrukcji dziękując w duchu, że liny nie pękły i obiecując sobie, że jutro już nie zjem pizzy. Nie wiem jak dzieciaki dają radę ogarnąć te kulki, mostki, poduchy i liny bo ja ledwie doszłam do rury, byłam zlana potem, bolały mnie stopy od nadeptywania na zabunkrowane piłki, klocki i inne przeszkody podrzucone przez nieletnich. Do skarpety przykleiła mi się stara guma. Dodatkowo w hopsalniach NIE MA ZASAD. Obowiązują PRAWA DŻUNGLI. Dwa razy zdeptały mnie czterolatki, ba! Przebiegły po mnie jak stado galopujących gazeli, zostałam stratowana przez nieletnich i dostałam reprymendę za „ blokowanie mostku” – tak, blokowałam rozpatrując za i przeciw, właśnie miałam przed oczami całe życie – ABO wejdę i zemdleję ABO wzrok mojego rozczarowanego dziecka mnie zabije…

Młoda cieszyła się jak ja podczas nocy wyprzedaży, nawet nie próbowałam jej odwieźć od pomysłu zjazdu rurą, miałam tylko nadzieje, że się nie zatrzymamy w połowie. Na szczęście rura nie pękła i udało mi się dojechać prawie do końca  – zaklinowałam się na zakręcie trzy metry przed miejscem zrzutu. Wyczołgałyśmy się z rury, zauważyłam również, że w tej rurze czas stanął w miejscu bo przez godzinę minęło 15 minut. Młoda jeszcze kilka razy zatarmosiła mnie na górę do rury, z pośród wszystkich użytkowników konstrukcji ja byłam najbardziej przerażona. To jak szkolenie  zielonych beretów. Zaliczyliśmy jeszcze ciuchcię, sklep z zabawkami i małe co nieco.

To się nie da
Próbowaliście ściągnąć dwulatka z ciuchci? Hrabina jeździła pięć razy aż nie skończyły nam się dwuzłotówki. Zdarłam podeszwy od tuptania w miejscu.

  • Idziemy już dosyć się najeździłaś
  • Nie
  • Kochanie, idziemy dalej
  • Nie. Mi tu.
  • Ale…
  • Nie mamo, Mi tu – Mina poważna jak podczas pertraktowania warunków umowy kupna Alaski.

W gratisie był helikopter i koń pony na monety. Podczas wyprawy upolowaliśmy  stragan sklepowy, nie wiem kogo cieszy bardziej mnie czy hrabiny ale zabawa jest przednia. Chyba sentyment bo tez miałam stragan w dzieciństwie.

Za czym kolejka ta stoi

Zabawa z pacholętami pomaga odkryć na nowo i dopieścić nasze wewnętrzne dziecko. Ponieważ rozkręciłam się w jupi parku, dałam się również namówić na zabawę na placu, z reguły jestem jedynym rodzicem, który pcha się na zjeżdżalnie ale tym razem zjeżdżalnia była dość wysoka i nie tylko weszłam bo musiałam ale (!) CHCIAŁAM i powiem wam, że inni rodzice po chwili też się pojawili. Może psychologia tłumu, a może tak naprawdę  każdy z nas ma ochotę wejść na drabinki, zjechać ze zjeżdżalni i bezkarnie pohuśtać się do podbitki. Dziecko to dobra wymówka żeby wejść boso do piaskownicy, poturlać się po mokrej trawie czy porysować kredą po chodniku. Z chęcią również zabieram się w domu do budowania bazy z koców, a że hrabiny mogłyby cały dzień siedzieć pod kocem szukam inspiracji do stworzenia bazy idealnej. Mam namiot plażowy ale wiadomo, ze dzieci nie chcą w nim siedzieć – to nie to samo co koc…

A wy dopieszczacie swoje wewnętrzne dziecko?

Kocham cię życie

Jest dobrze
Ostatnie dni są dla mnie coraz łaskawsze. Dzieci mi dorastają, budzą się coraz rzadziej, pierworodna wciąż tańczy, pochmurne dni spędzamy przy Vivaldim przebrane za baletnice. Drugorodna uskutecznia plan zjedzenia mieszkania. Jest dobrze.
Zbyt cicho

Cisza jest zawsze podejrzana –  wchodzę do pokoju sprawdzić co się dzieje. Najpierw wzrok mój przykuwa góra ubrań, nie jakichś tam szmat czy ręczników do prania, ale czyściutkich, wyprasowanych ubrań dokładnie tych, do wyprasowania których zbierałam się przez ostatni tydzień. Leży sobie i rozsiewa zapach płynu do płukania, pomięta, zhańbiona Hołda ubrań, rzucona z pogardą na zimne panele. Na szczycie hołdy przyklejony i wdeptany flipsik. Ot, taka wisienka na torcie. Jeden dzieć stoi przed szafą i zagląda przez szparę między drzwiami do środka, otwieram szafę i co ja paczę. W szafie, na półce wkomponowany w wolną przestrzeń po wyrzuconych ubraniach – mój drugi dzieć 17 kg zwinięte w kulę niczym jeż. Widzę, że dyszy, że niewygodnie, że twarz już poczerwieniała z wysiłku.

– Wychodzisz z tej szafy?

– Nie

– Kotek, ale przecież ci niewygodnie

– Nie mamo

Wskazuje mi palcem drzwi – mam wyjść. Stoję i patrzę. Młodsza zasuwa drzwi a starsza chowa się na półce. W trakcie dnia chowałam jeszcze z 5 razy ubrania do szafy. Wieczorem poddałam się bo to już nie miało sensu a poziom wygniecenia ubrań prosił się o ponowne wyprasowanie.

Małe radości

Byłyśmy również na spacerze. Dla mnie każde wyjście to wygrana w lotto. Cel jest zawsze ten sam: przetrwać. Pierworodna wyskakuje bez ostrzeżenia z wózka, wypina drugorodną, która nienawidzi butów, w ciepłe dni ubieram jej skarpety ale ostro z nimi walczy, Po 40 minutach jedzie boso, na szczęście biorę zapas onuc ze sobą. Pierworodna już zniknęła z pola widzenia. Czuję zimny pot na plecach i szczypanie na całym ciele, odwracam się i jest. Kazałam jej iść od strony żywopłotu nie od ulicy. Posłuchała, wlazła w żywopłot i stoi. Stoi i je bułkę. Za chwilę znowu znika. Nie ma. Pobiegła zerwać Mleczyk.

Zabawa w „Przetrwanie”

Nadzieja umiera ostatnia.

RUTYNA

Mój dzień wygląda zawsze tak samo. Wstaję rano obdarta ze skóry na twarzy i z włosów w okolicy czoła – robota drugorodnej. Następnie wlokę ciało do kuchni z nadzieją, że mąż idąc do pracy przewinął pierworodną – najczęściej tak jest chyba, że chłopak zaśpi. Do kuchni wchodzę głównie po to żeby się wkurzyć bo tajemnicze skrzaty w  moim domu, które wychodzą z ukrycia pod osłoną nocy robią niemiłosierny syf na blatach w godzinach między 1 a 7 rano. Nikt ich nie widział. Po głośnych westchnieniach szykuję strawę. Ostatnio doszło do zamieszek w kuchni, młodzież czekała cały KWADRANS – można dostać skrętu kiszek w takiej skrajnej sytuacji. W związku z powyższym dziewczyny postanowiły same się obsłużyć, powyciągały gary i talerze, nasypały suchy makaron, mąkę, proszek do prania – zrobiły danie cud. Potem dla równowagi rozniosły posiłek po całym mieszkaniu. Po posiłku pierworodna ma czas na prace manualne 😉 min. malujemy rękoma po sobie ( nie z mojej inicjatywy), potem ulubiona część rutyny artystycznej czyli mycie rąk w misce – ta czynność bije rekordy zainteresowania… W ostatnim czasie furorę robi katalog bon prix. Wycinam z niego obrazki, a młoda przykleja je na kartce robiąc kolarz w stylu pop art, jeżeli pierworodna ma siły to kolejnym zadaniem jest odbijanie wyschniętych pieczątek w ciastolinie. Blok kreatywny zwieńczony jest obieraniem jajka na twardo, które zaraz po myciu rąk jest naszym niezawodnym numerem dwa.

ZMIANY

Ostatnio zaczęłam się wysypiać już myślałam, ze to nigdy niej nastąpi. Najwyraźniej organizm się przyzwyczaił. Młodsza śpi coraz lepiej i coraz rzadziej bawi się w nocy. Myślę, że jeszcze miesiąc i sąsiedzi znów zaczną nam mówić dzień dobry. Pomijając fakt, że czoło mam coraz wyższe ( a to za sprawą regularnie ściąganego skalpu o, którym pisałam wyżej) wiele rzeczy jest na plusie. Pierworodna coraz rzadziej próbuje zabić siostrę. Nadal wypycha ją z wózka bliźniaczego na spacerze, ale od kiedy sama wypadła podczas akcji partyzanckiej ( rodzony ojciec, zaaferowany koszykiem wielkanocnym, przejechał po niej wózkiem) pilnuje się i nie wyskakuje tak chętnie, szczególnie gdy tato prowadzi.

MAŁE CELE

Dzielę swój  dzień na małe elementy, dzięki którym mogę zaliczać kolejno etapy aż do wieczornego snu dzieci, czyli do osiągnięcia MOJEGO celu. Nazywam to zabawą dla rodziców pt. „Przetrwanie”. Trzeba uzbierać 10 punktów żeby wygrać.

  1. Wstań i daj im jeść – 1p jeśli uda ci się w ciągu 30 minut od pierwszego okrzyku „ mamooo jeść”, dodatkowo możesz uzbierać punty życia jeżeli przygotowany posiłek będzie pełnoziarnisty.
  2. Przebierz dzieci i posprzątaj Armagedon po śniadaniu – 1p jeśli zrobisz to do lunchu
  3. Zabawy dowolne czyli przetrwaj jak najdłużej bez włączania bajki – 1p jeżeli nie włączysz TV do południa. Opcja punktów życia za planowane zabawy sensoryczne oraz za każdy brak urazów ciała ( przelicznik dotyczy ilości urazów ciała na roboczogodzinę).
  4. Podaj drugie śniadanie – 1p jeżeli to będzie owoc a nie ciastko
  5.  Uśpij drugorodną – 1p jeżeli ci się uda w jakiejkolwiek formie. Punkty życia za ucieczkę z pokoju bez budzenia malucha.
  6. Zabawy kreatywne z drugorodną – wykorzystaj czas drzemki malucha na zabawy rzeczami, których drugorodna nie może zjeść. 1 p jeżeli uda ci się zaangażować 2 latka w jakiekolwiek zabawy przez 30 minut. Punkty życia otrzymasz jeżeli zabawa nie skończy się rwaniem szat i histerią.
  7. Przygotuj obiad i podaj dzieciom – 1p jeżeli to nie będzie słoik
  8. Przebierz dzieci i zabawiaj do 17.30 forma dowolna – 1p jeżeli nikt nie odniesie ran.
  9. Przygotuj kąpiel dla dzieci, wykąp, nakarm, przebierz, połóż spać – 1p jeśli zrobisz to do 19.30 ( w tej konkurencji nie zdobywamy punktów życia ponieważ każde 30 minut snu dzieci to +10p do regeneracji)
  10. Ogarnij rozkładające się jedzeni, zetrzyj wymiociny z kanapy, posprzątaj chociaż jedną izbę – 1p jeżeli zrobisz cokolwiek. Zdobędziesz punkty życia jeżeli się nie rozpłaczesz.

Wyniki:

9-10 punktów – wygrałaś jesteś mistrzem świata

7-8 punktów – to był niezły dzień

5-6 punktów – wszyscy przeżyli i to najważniejsze

3-5 punkty – bywało gorzej

1-2 punkty – każdy ma gorszy dzień

NAGRODY

Nagradzam się. W owczym pędzie zrobiłam zakupy online w Rossmanie i wysłałam niczego nieświadomego męża do sklepu po odbiór zamówienia. Wrócił siny na twarzy z obłędem w oczach. Krople potu błyszczały na siwiejącej skroni.

– Widziałem tłumy na parkingu, jakby za darmo coś rozdawali, i myślę sobie, Boże GDZIE CI WSZYSCY LUDZIE są?! I wiesz oni wszyscy byli w Rossmanie…

– nom…wiem 😈

zakupy w rossmannie