Proza życia

Bycie mamą przedszkolaka to nie przelewki. Wskoczyłam na nowy poziom, i się nie boję. Na mojej twarzy codziennie gości uśmiech. 

Tu nie chodzi o to, że już nie muszę nosić na rękach, czy leżeć godzinami w łóżku. To zupełnie nowy wymiar myślenia. Wymiar do, którego wciąż szukam wejścia.

Co ty wiesz o malowaniu

Mama przedszkolaka nigdy się nie nudzi. Na przykład wczoraj, weszłam do pokoju i zobaczyłam moje dziecię, nagusieńkie jak święty turecki, z markerem w ręku, rysujące sobie to i owo na ciele. Ba! Po bliższym zapoznaniu okazało się, że moja zdolniacha pomalowała się nawet w takich miejscach, gdzie promienie słoneczne nigdy nie dochodzą! To już jest talent. Wrzuciłam młodą do wanny, ale nie szło domyć… niestety pewnych miejsc się nie da wyszorować. Tym sposobem moje dziewczę, poszło dzisiaj do przedszkola z narysowanymi majtkami bikini. Może to i ekonomiczniej, podobno są już ubrania w sprayu.

Co dwie głowy, to nie jedna

Jak wiecie mam na pokładzie panie sztuk dwie.  Życie z takimi dwoma jak one, to ciągła karuzela.  Wchodzisz do pokoju i nie wiesz jeszcze czy będzie dobrze, czy nie, czy dzisiejszy dzień zapisze się na kartach historii waszego rodu jako dzień, w którym zamarzło piekło, czy jako TEN dzień, w którym zapragnęliście mieć kolejne potomstwo.

Małpują

Młodsza latorośl naśladuje starszą siostrę we wszystkim. Ostatnio złapałam dziewczyny jak budowały konstrukcje z plastikowych pudeł w celu wspięcia się na parapet. Żeby było śmiesznie starsza trzymała pudło, młodsza się wspinała – nowicjusz, jeszcze nie wie, że lepiej trzymać pudła. Na szczęście mój pomysłowy małżonek wymienił klamki w oknach na takie z kluczykiem, więc spokojnie, nie wylecimy.

Złudzenie optyczne

Dziewczęta lubią sztuczki. Wczoraj młodsza latorośl biegała po mieszkaniu z rzekomym pokarmem. Kojarzycie żółte, kukurydziane chrupki? Ponieważ ostatnio ma etap krzyku, uznałam, że jeśli paszcza jest zapchana flipsem, a dzieć milczy, to ja sobie zmopuję podłogę, bo przy takiej ekipie mopowanie to moje drugie hobby zaraz po zamiataniu. Patrzę jak ten mój dzieć radośnie mieli tego flipsa, ale coś mi nie pasuje… flips jakoś tak powoli znika, i jeszcze nikomu rozmemłany chrupek się do tyłka nie przykleił, podchodzę zatem bliżej, przecieram oczęta, patrzę, a mój dzieć żuje żółtą kredę. Zjadła pół. Nie wiem co taka kreda ma, dzieć żyje i ma się dobrze. Jednak żółta kreda przejdzie do kroniki rodzinnej, bo dobrze udawała chrupka.

Proza życia.

Reklamy

​Czarne dziury w naszym domu

W każdym domu  zniknie czasami skarpetka, laczek lub ulubiona czapka z pomponem, i  choć przetrząśniemy całe mieszkanie, to nie ma szans na odnalezienie. Dopiero gdy zaopatrzysz się w nowe paputy, zapomnisz o starych, włączysz ulubiony serial i sięgniesz ręką pod kanapę żeby podnieść kubek z herbatą to się okaże, że właśnie tam są – znalazły się, a co najdziwniejsze – chociaż sprawdzałaś tam sto razy one ciągle tam były – w czarnej dziurze.
Czarne dziury w naszym domu, to takie miejsce, które wciągają różne przedmioty na niezidentyfikowaną ilość czasu i choć bardzo się starasz, odsuwasz meble, a nawet odkurzasz regularnie pod kanapą, to i tak nic nie pomoże, bo jak taka czarna dziura zaczai się na twoją jedną skarpetę w paski z Pepco, to zgiń, przepadnij maro nieczysta – nic nie poradzisz, musisz poddać się losowi i odpuścić – czekasz.

Od kiedy mamy Hrabiny takich dziur jakby hmm… przybyło w naszym domu 😉 Ostatnio dni upłwają nam sielsko anielsko. Małżonek mój zaczął ferie, więc jesteśmy wszyscy we czwórkę, szalejemy na całego, są spacery, wygłupy, wspólne kąpiele, spanie w gnieździe z kołder i kocy, jedzenie w łóżku, ganianie po mieszkaniu, budowa BAZY pod stołem i jak to mówi mr M cyrkowe sztuczki – czyli taki moment w trakcie dnia kiedy dziewczyny skaczą po tacie, i co rusz któraś zostaje podrzucona do góry (zbyt wysoko żebym mogła brać w tym udział) i patrząc śmierci prosto w oczy opada swobodnie niczym jesienny liść – prosto w ramiona taty.
Wczoraj, po takiej wieczornej burzy, kiedy Hrabiny w końcu zasnęły a Matka,  niczym spychacz wytargała z pokoju górę mokrych ciuchów i ręczników, nieśmiało nadmieniłam małżonkowi, że byłoby miło coś oglądnąć. Wtedy los przejął ponownie kontrolę nad naszym jestestwem, gdyż luby mój powiedział, że nie ma problemu tylko musi znaleźć OKULARY…. Na początku szukaliśmy w miejscach racjonalnych czyli szafki, półki, stół, taboret, pralka w łazience, przewijak w pokoju, łóżko w sypialni – NIC . Jednak, gdy masz dzieci, a  w szczególności gdy masz takiego kreatywnego 2 latka jak nasza Hrabina, nauczony doświadczeniem wiesz, że szukanie w miejscach oczywistych to jedynie ROZGRZEWKA dla stawów. Gdzie dwulatek może ukryć okulary ojca? – no ba! Wszędzie! Szukałam w bębnie pralki bo Hrabina dzisiaj wsadzała głowę do ośrodka w poszukiwaniu drzwi do NARNI – nic. Szukałam w śmietniku, lodówce, pod łóżkiem, pod dywanem, w plecaku Minnie, w skrzyni z czystym praniem, w koszu pod krzesełkiem do karmienia, w szufladzie łóżeczka, w budzie Boogiego, w szafkach na wino, w pudle z zabawkami i w skrzyni z książkami, w śmietniku w toalecie, w koszu na brudne pranie, potem jeszcze trzy razy pod łóżkiem – No i NIGDZIE nie ma N-I-E-M-A… już straciliśmy nadzieję, już oczy nam bielmem zaszły, już uśmiech chylił się ku rozpaczy a dzień następny jawił się w najciemniejszych barwach. W końcu  spocona i zła wysyczałam, że liczyłam na film a pół nocy będę szukać binokli. Mąż spojrzał z politowaniem i orzekł, że zwalnia mnie z odpowiedzialności współszukania, ale przecież w chorobie i zdrowiu, na dobre i złe, i przecież jakby mi szminka zginęła w torebce to on też by mnie z tym nie zostawił, bo trzeba się trzymać razem, bo w kupie cieplej, zatem podążam za nim do pokoju śpiącej latorośli uzbrojona w latarkę i wiem, że pozostaje nam ostateczna ostateczność – „ja podniosę dziecko, a ty sprawdzisz czy nie śpi z okularami”  – jednym słowem zaryzykowaliśmy zarwaną noc…  jak już mieliśmy podnosić latorośl – co skończyłoby się na 98% pobudką i kolejno minimum godzinnym usypianiem i uspokajaniem – mr M  rozświetlił ciemność niczym najjaśniejsza gwiazda mrok a ja z gracją potknęłam się zwinnie o but – o but Hrabin – ,schylam się żeby go podnieść i CO JA WIDZĘ w bucie – OKULARY – są w cholernym bucie, Boże gdzie ja ich nie szukałam, i tak moi kochani gdy macie dziecko ( że o dzieciach w liczbie mnogiej nie wspomnę), to nie ma takiego miejsca gdzie coś nie może zostać schowane.

A czarna dziura może pojawiać się i znikać w dowolnym momencie, na zmianę połykając i wypluwając dobrze znaną wam rzeczywistość.

Zapraszam na facebook

FIT, SZOK, MATKA I SAŁATKA Cz I

 

To jest tak, że jak już masz plan – ten w głowie idealny plan – i masz zapał, i już każdą komórką swojego ciała czujesz, że działasz na pełnych obrotach i już czujesz całą sobą jak tracisz wagę, i jak ci tężeją mięśnie pośladków od przysiadów, to właśnie wtedy gdy idziesz do szafy i wyjmujesz dawno skrywany strój do fitness to przychodzi do ciebie osmarkana latorośl, kicha, kaszle, ma zielonego gluta i właśnie wtedy już wiesz, że ten glut zgasił cały twój zapał. Od teraz jedyne ćwiczenia na jakie cię będzie stać to szybki chód po własnym mieszkaniu w celu wycierania nosa, fridowania nosa, zakrapiania nosa, oklepywania, smarowania, nacierania, mamo nie chce, mamo daj, mamo spadło mi, mamo kocyk osunął się 10 cm niżej i będę krzyczeć tak długo aż nie nasuniesz go z powrotem tam gdzie był… o dziwo po takich 2 tygodniach nic nie ćwiczenia, chodzenia i podawania, stajesz na wagę i się okazuje, że zgubiłaś dwa kilo choć jesteś po tzn. obiedzie.

Ja mam dużo zapału. Najwięcej to mam w nocy i nad ranem w półśnie. Wtedy sobie wyobrażam, że już ćwiczę a czasami jak się budzę to jestem nawet spocona. Najgorzej jest wieczorem bo to jedyny czas kiedy faktycznie wszyscy poszli spać i mogę otrzepać się z wszystkich biednych, potrzebujących, niepotrafiących beze mnie żyć mieszkańców – włączając w to samca, który potrafi skonać z głodu na kanapie tylko dlatego, że skończył się majonez a bez majonezu to nie okłamujmy się, nikt nie je kanapki z szynką i patisonem bez majonezu….

Zastanawiałam się ostatnio, czy są w ogóle jakieś ćwiczenia dla matki, która nie może wyjść z domu, i która generalnie nie ma czasu na ćwiczenia ale ma wielkie chęci i ma już nawet masę zrobioną tylko rzeźby brakuje… Przeanalizowałam poczynania codzienne i doszłam do następujących wniosków.

Budzę się rano.

KARDIO 15 minut:  biegam z kolanami pod brodą z jednego pokoju do drugiego

Po wyciągnięciu wszystkich z łóżek i ochędożeniu podaję śniadanie a sama normuję oddech.

Po śniadaniu KARDIO 15 minut: wyrzuty nogami, przysiady i skoki – jednym słowem sprzątam i znoszę pudła z klockami z szafy po to by za chwile wszystkie pozbierać i znów włożyć na szafę, podając kolejne opakowanie klocków.

Znów normuję oddech – zmywając naczynia, tudzież pakując zmywarkę.

Następnie ćwiczenia siłowe czyli patataj z obciążeniem 27 kg na nogach, potem zamiast sztangi noszenie 27 kg po mieszkaniu do lustra żeby porobić głupie miny, kolejno taniec z obciążeniem minimum 10,6kg w rytm piosenki „siedzi mucha w mucho locie” dodatkowo podczas refrenu przysiad i podskok z wyrzutem ramion.

Powyższy trening należy wykonywać nie częściej niż trzy razy w tygodniu. W pozostałe dni proponuję zajęcia rozciągające i ABT. Ja się czasami nie dostosowuje do tych wytycznych bo zdarza mi się dorzucić jeszcze kardio popołudniu, podczas biegania po schodach z obciążeniem – mam do wyboru 10,6 kg lub 16,4 kg, ewentualnie 10 kg plus wózek ale wtedy zamiast biec staram się szybko maszerować i stawiać całe stopy na każdym stopniu, normując oddech na półpiętrze.

JAKI PAN TAKI KRAM

https://web.facebook.com/Matkahrabiny/

William McGregor Paxton, The Breakfast, 1911

Jest takie miejsce w moim domu gdzie wrzucam rzeczy, których nie jestem w danej chwili ogarnąć – to miejsce nazywam pieszczotliwie „za-chwile-to-zrobię” . Na początku system wydawał się idealny bo rzeczy niedoogarnięcia mieściły się w koszu na pranie. Teraz moje tajne miejsce zgromadziło już dwa takie kosze i dwie niebieskie torby z Ikei… tak właśnie rzeczy niedoogarnięcia u mnie w domu to czyste pranie, które czeka na swoją kolejkę do żelazka. Mam luksus… no mam luksus i jestem osiedlowym Carringtonem bo w bloku mam pralko-suszarkę i nie muszę biegać z galotami na strych, ani kombinować ze sznurkiem na balkonie w zimie a potem łamać galoty bo zamarzły, tylko na cwanie jak na szlachtę przystało „robi się samo”, jedyna wada to miliard do potęgi entej zagnieceń, więc fajnie mieć takiego lexusa wśród pralek ale trzeba dokupić ferrari wśród żelazek – i ja myślałam, że też takie mam – bo tyle kosztowało – ale po miesiącu użytkowania ( kompulsywnego) moje ferrari wśród żelazek umarło, zostawiając nas na święta z dwoma torbami z Ikea pełnymi prania. Na szczęście los był łaskaw i serwis po-sprzedażowy nie trwał tyle żeby osiwieć. Dziękujemy.

Jako przykładny kierownik do spraw organizacji wszystkiego, zwany potocznie Matką, postanowiłam nauczyć się zarządzania tym całym majątkiem, wszelkimi aktywami – czytaj: skarpety, rajtuzy, lalki, rozpruty fotel z biedronki itd. W tym celu zainwestowałam w lekturę specjalistyczną.

Kupiłam podręcznik do sprzątania – tak są takie podręczniki i ja go mam tzn mam go fizycznie i nawet przejrzałam bo miałam taki zapał do roboty i już oczami wyobraźni widziałam siebie jak segreguję ubrania w szafie według kolorów i jak czyszczę piekarnik magiczną pastą z TVN style, ale moja ekscytacja opadła gdy zaczęłam sprzątać i się okazało, że ja tego wszystkiego jeszcze potrzebuję i nic nie mogę wyrzucić bo przecież to nie są jakieś tam szmaty – to są moje wspomnienia, to chwile spędzone razem np. mam taki za ciasny dres , który trzymam bo daje mi nadzieję , że schudnę i go ubiorę np. żeby wyskoczyć na pilates… tak zbieram wiem, mąż mi tłumaczył, że to choroba psychiczna ale ja tam nigdy nie wzbraniałam się przed chorobami psychicznymi. Z resztą mam napady gdy wyrzucam. Przy ostatnim takim napadzie wyrzuciliśmy 16 worków śmieci z kuchni…

Jak masz dzieci rok po roku to nagle się okazuje, że twoja sześciometrowa szafa pod zabudowę , którą budowałaś zainspirowana seksem w wielkim mieście w wersji bieda na osiedlu – zamiast pękać od butów Manolo Blahnic pęka w szwach od ciuchów z Pepco w rozmiarach od 68 – 116 bo część się jeszcze przyda a reszta zaraz będzie na kogoś dobra, do tego dzwoni do ciebie koleżanka, że jest w ciąży i będzie miała córkę i nagle zaczynasz chomikować wszystko, łącznie z opaską na głowę dla niemowlaka i się okazuje, że ty i twój małżonek mieścicie się w komodzie w 4 szufladach bo i tak reszta waszych ubrań jest za ciasna…. a szafa zostaje kompletnie opanowana przez odzież dziecięcą.

Przed narodzinami pierworodnej zapierałam się, że dziecko będzie miało wyznaczone strefy w domu, przed narodzinami drugorodnej zrobiliśmy dziewczyną miejsce  w naszej pięknej szafie… zbytecznie, zajęły całą…. Porządek udaje mi się utrzymać jedynie w szafie z butami… buty

Zapraszam na Fb  https://web.facebook.com/Matkahrabiny/