(Nie)porządki świąteczne

William Hogarth, Modne małżeństwo

Już w listopadzie zaczęłam rozmyślać nad tym, jak ja na Boga dam radę ogarnąć rzeczywistość przed świętami! No i jak chciałam tak mam, bo nie ogarniam tej rzeczywistości. Najgorsze co można zrobić to sobie coś bezczelnie zaplanować na przekór przeznaczeniu. Moje dwa przeznaczenia bawią się w najlepsze i nikt nie powiedział, że dziecko musi mieć jakiekolwiek drzemki w ciągu dnia. Bo przecież nic nie musi, musi to na Rusi jak mawia moja babcia, a w Polsce jak kto chce -a moje latorośla chcą właśnie się bawić z mamą i nie chcą spać bo kochają życie.

Podzieliłam ze ślubnym przedświąteczną rzeczywistość sprzątającą na segmenty, i przez tydzień ogarnęliśmy mieszkanie z wewnątrz. Zachowując całkowity spokój ducha kpimy sobie z ironii losu, bowiem sprzątamy i prasujemy aktywnie od wielu dni a śladu ni ma… no nic nie widać a nawet więcej – jest syf!… ale nie taki syf z brudem i robakami, taki zdrowy syf dziecięcy – tu rajstopki tam kanapka, o proszę banan w szufladzie bo czemu nie. Wyciągam pranie z bębna, a co my tutaj mamy – widzę, że ktoś pomagał… mały skrzat wsadził do bębna Reksia… bardzo, bardzo cieszę się, że to nie jest pilot od telewizora.
Człowiek nie wie ile ma w sobie pokładów cierpliwości i jak cieszą nas drobne rzeczy, dopóty nie przyjdzie mu obcować z aktywnym dwulatkiem. Najdłużej sprzątaliśmy z mężem kuchnię wyrzucając – nie, nie napisze bo wyjdę na brudasa 😉 sporo… młoda hrabina nam pomagała, rzecz jasna po swojemu. Najbardziej lubi wyciągać reklamówki z szafki – każdy Polak ma taka szafkę na reklamówki w swoim domu, takie nasze narodowe hobby – no i ja też mam i w sumie mogę się pochwalić imponującą liczbą reklamówek z kilku krajów świata, a przynajmniej ze wszystkich tych gdzie mają Lidla. Na drugim miejscu w kategorii rozrywka jest półka ze słoikami – standardowo myję i składuję na zapas bo może kiedyś znajdę tunel czasoprzestrzenny i będę mogła dokonać podróży w czasie i zrobić dżemik albo hutney z cebuli…
Wbrew wszystkiemu mamy choinkę, mieszkanie małe więc jest sztuczna, bąbki plastikowe i generalnie sponsorem świąt w tym roku jest u nas firma Pepco. Dziękuję zatem wszystkim kolegom i koleżankom z Azji za zaangażowanie w pracę na rzecz mojego konsumpcyjnego podejścia do Świąt.
Lecę zapeklować karkówkę. Może tym razem jej nie zjemy zanim ostygnie..

Reklamy

A ja leżę i pachnę…

Carl Herpfer – The Love Missive (1875)
Co ty robisz cały dzień…

Na tapczanie leży leń, nic nie robi cały dzień.. O! wypraszam to sobie jak to ja nic nie robie?!

Każdy dzionek Matki zaczyna się podobnie, choć przy moich latoroślach ciężko o stały program dnia akurat pobudki są jak w zegarku. Wraz ze świtem wstaje najmłodsza hrabina, nie można jej odmówić uroku osobistego. Co może być milsze z rana od ciepłego, różowego bobasa, który smaga nas po twarzy. Chciałoby się napisać, że Matka wyskakuje jak sprężyna z łóżka… albo lepiej  – wstaje przed swoimi dziećmi, żeby posprzątać i obiad zrobić – niestety, to nie ta Matka. Ja wstaję po moich dzieciach. Najmłodsza lubi się pobawić w łóżku więc jak już mnie wysmaga po twarzy i otworzę przekrwione oko żeby jej udowodnić, że czuwam wówczas sięgam ręką za głowę i wyciągam awaryjne grzechotki i gryzaki. Młoda przybiera pozycje foki a ja rozkładam jej zabawki odgarniając kołdrę i poduszkę na jedna wielka kupę w nogach.

Zamykam oko i prawie wpadam w ramiona Morfeusza, z przyjemnych objęć pół-snu wyrywa mnie radosny okrzyk Hrabiny z pokoju obok. NIEEEE, NIEEE – gdyż właśnie takim radosnym okrzykiem wita dzień mój pierwiosnek. Wstaję, odklejam twarz od poduszki, misia, tetry, gryzaka, fridy, paczki chusteczek  czy czegokolwiek co tym razem przetrwało ze mną noc w symbiozie i ciągnę ciało do pokoju obok, zanim wejdę przywdziewam najpiękniejszy uśmiech jaki nosze w kieszeni. Witaj skarbie! Jak minęła ci nocka? Dobrze, się spało? I tutaj Marsowa mina Hrabiny nie pozostawia złudzeń. Zaczynam dialog wiedząc, że jestem na straconej pozycji. Wyjdziesz? – NIE, Chcesz jeszcze poleżeć? – NIE, A może wody ci przynieść? – NIE… wyciągam szczeble – Hrabina przechodzi etap SAMA, DAJ, JA oraz NIE i ostatnio MOJA MAMA. Po codziennych porannych zabiegach pielęgnacyjnych gromadzimy się na kocu w salonie gdzie radości nie ma końca. Spocona ze zmęczenia, wykończona, spragniona i głodna łypię na zegar w dekoderze… 09.00 a ja czuję się jakby była 29.00… Nie wiem co pić. Kawa… herbata… melisa… bez sensu napije się wody. Woda jest najlepsza bo nie musi być ciepła i nie trzeba jej zmywać z kanapy jak się wyleje. Robię śniadanie, Hrabina mi pomaga bardzo lubi rozbijać jajka i wrzucać różnie rzeczy do miski. Następnie wszystkie jemy – ja jem co kto zostawi. Po śniadaniu i porannej zabawie pokój i kuchnia wyglądają jak po wybuchu bomby. Młoda dużo pomaga taki z niej altruista, najbardziej lubi obierać cebulę. Hrabiny bardzo mnie kochają i lubią siedzieć na mnie, młodsza lubi bardzo ściśle przylegać do torsu jak ongiś jej siostra,  druga najchętniej na stałe wmontowałaby się między moje kolana.

Czekam z niecierpliwością na… drzemkę. Halo drzemka?  tu Matka Hrabiny, nie odkładaj słuchawki, czekamy na ciebie…. W końcu nadchodzi. Zawsze naiwnie mam plan na drzemkę. PLAN PIĘCIOLETNI bo tyle bym potrzebowała żeby to wszystko ogarnąć. Samo planowanie daje nadzieję. Czego ja nie ugotuje, czego ja nie posprzątam – oczami wyobraźni pucuję szybę balkonowa… a jak w szafie poukładam, Boziu to chyba kolorami tym razem hohoho… Matka rakieta.  Niestety najczęściej dziewczyny śpią naprzemiennie przy czym najmłodsza śpi po 20-30 minut w trakcie których biegam z obłędem w oczach i zaczynam sto rzeczy na raz żadnej nie kończąc. Tak, jestem niezorganizowana i dobrze mi z tym, a czasami …patrzę na ten galimatias, wstaję przynoszę sobie kawę i… PIJE KAWKĘ W SZLAFROKU a bałagan sobie usłużnie czeka, tak go wyszkoliłam.

Cały dzień to maraton, ba! to prawdziwy survival! myśle, że takiBear Grylls wymiękłby po jednym dniu. Oglądaliście kiedyś NAGI INSTYNKT PRZETRWANIA – zapraszam do nas na jeden odcinek. Zabawa-jedzenie-przewijanie-sprzątanie-mycie-zabawa-uspokajanie-tulenie-noszenie-pocieszanie-tańce-śpiewy-łzy-smiech-kołysanie-tłumaczenie. Jest też dużo biegania i szukania. Ostatnio znalazłam zakrętkę od thermomixa w pudle z zabawkami dobrze, że nie mam czasu gotować bo gdybym się zorientowała, że ją zgubiłam to zawał pewny.

HARMONOGRAM DNIA MATKI

6.00 Morfeusz weź mnie puść

07.00 Poranny FAT burning z Hrabiną

09.00 Przerwa w nadawaniu (kawa w wiadrze raz)

10.00 „Moja mama” czyli jak się rozmnożyć gdy dwie ręce to stanowczo za mało

11.00 „ Nie chce spać, chcę krzyczeć” – maraton pokojowy

12.00 „Matki nie ma to tylko awatar”

13.00  „Szczęki II” czyli jak nakarmić drapieżnika

14.00 „Dlaczego ja” – dramat połowy dnia

15.00 „To nie” wykład gościnny na temat zastosowania rachunku prawdopodobieństwa w macierzyństwie poprowadzi Matka H.

16.00 „ Boso prze świat” pogadanka na temat atawistycznej potrzeby zrzucenia odzieży

17.00 „Porozumienie bez przemocy w praktyce – warsztaty”

18.00 Ćwiczenia samokontroli – interwały

19.00 „To był dzień” analiza zysków i strat.

Matka nie jest statystycznym polakiem

 

poczytaj mi mamooo!!!

Uwielbiam czytać, niestety ostatnio każda książka, którą otworzę kończy przeczytana do połowy i zostaje odłożona na specjalna półkę woluminów pt. „czytam / jestem w trakcie”. Półka już się ugina a leżą na niej książki ze wszystkich możliwych dziedzin od psychologii przez thriller i na romansie kończąc. Na pytanie czy czytam zawsze odpowiadam – tak!  No jak ja nie czytam, przecież ja czytam codziennie podręcznik do angielskiego i to nie jakiś tam jeden co przysłowiowy nauczyciel wykuł na pamięć i teraz recytuje z głowy, o nie, nie, ja czytam ich dziesiątki bo inaczej umarłabym z nudów przy jednym. Dzisiaj miałam zajęcia z FC i o halo, halo znów wpadł mi w oko ciekawy artykuł –  a mówią, że szkoła już nie uczy ha! Czytałam artykuł o łzach, tak właśnie o łzach i dowiedziałam, że łzy smutku mają zupełnie inny skład od takich łez płynących z oczu z powodu przysłowiowego zatarcia, i tak czytam, czytam no i tak się wkręciłam, że zapomniałam o wstawianiu czasowników w luki i wiecie co… podobno te łzy smutku i frustracji mają w składzie substancje, które po „wypłakaniu” z organizmu powodują, że się lepiej czujemy w związku z czym nie wolno powstrzymywać się od płaczu szczególnie od takiego płaczu ze złościo-smutku bo wtedy te wszystkie straszne substancje w nas zostaną i będziemy nadal źli. Rozmyślam nad tym bo ja nie wiedziałam, że prowadzę TAKI ZDROWY  tryb życia! Bo akurat wstrzymywanie łez do moich atutów nie należy a powiem nawet, że od kiedy allegro emituje reklamę o dziadku, który jedzie do wnuczki to mój wskaźnik wyrzutu złych łez wzrósł dwukrotnie. Chciałabym też wrzucić na ścianę na FB zdjęcie swoich skarpet z podpisem „ czytam, pije grzane wino, relaks, cud miód , kuzki całuski hasztag to moja 42 z 53 w tym roku” nie dla mnie ta zabawa, nie dla mnie. Wczoraj uczeń zapytał mnie jaką książkę ostatnio czytałam no i myślę, myślę i wychodzi na to, że „kiedy idę spać” była moją ostatnią książką i  bynajmniej po niej nie zasnęłam.

Gdyby tak podsumować wszystkie książki, wliczając serię wierszy Brzechwy, Konopnickiej, 100 zabaw z niemowlakiem, księgę wymagającego dziecka i e-book Juula, który czytam już trzy miesiące to może uzbierałoby się na tyle żebym mogła wrzucić na FB baner z napisem „nie jestem statystycznym polakiem, lubię czytać”.

Zastanawiają mnie te wszystkie książki dla rodziców dzieci wymagających, jak to jest, że żadna nie jest wydana w formie AUDIOBOOKA?! Wstaję rano, ustawiam tryb zombie, przewijam, podmywam, karmię potem zmieniam pokój i robię dokładnie to samo, następnie biorę młodzież do kolejnego pokoju i siup na podłogę wtedy biegnę po kawusie –  nie pije tylko stawiam w zasięgu wzroku i lecę robić śniadanie bo młodzież KONA z głodu już ani sekundy nie wytrzymają. Zjadamy razem – ja co kto zostawi, i zaczynamy dzień. Nosimy, wozimy, tulimy, obkładam się dziećmi i łypię okiem na moja kawusie do której zawsze nie sięgam ręką. Nawet jak młodzież przyśnie to tak, że nie ma jak się ruszyć i zawsze poza zasięgiem ręki jest cały świat. Podczas takiego czasu wolnego, który spędzam na urlopie, mogłabym posłuchać poradnika np. „jak ogarniać gdy nie ogarniam” lub „jak żyć gdy nie masz czasu na nic”, niestety większość tych poradników to grube cegły, na które czas mają rodzice nastolatków i bezdzietni.

Hrabina ma ulubiona książeczkę, przynosi mi ja tysiąc sześćset dwadzieścia osiem razy dziennie „ mamo, to” i czytamy… w parku na ławeczce pan czyta córeczce…. błękitna książeczka, kiedyś ją uwielbiałam teraz jej nienawidzę, kolejny rok z tą samą lekturą może mnie zniszczyć. Lektura to lektura nie ma co wybrzydzać.

Bigosu szukam, szczęścia szukam #bigosgate #święta

 

Opatrzność czuwa, teściowa uraczyła nas dzisiaj wigilijnym bigosem w opcji na wynos czyli w mojej ulubionej opcji. Przy dwójce dzieci łatwo jednak własne oko zostawić w umywalce a co dopiero pamiętać o jakiejś tam reklamówce z bigosem. Generalnie sama afera Bigos Gate by mnie tak nie poruszyła gdyby nie fakt, że konam na zatoki i tak się złożyło, że reklamówka z bigosem zawierała również moja apteczkę , która ratuje mi życie w ten cudowny przed-przedświąteczny weekend.

Po powrocie do domu uznaliśmy z moim lubym, że skoro w Tesco, Pepco i nawet w centrum stoi choinka to czas nagli i naszą również czas przynieść z piwnicy. Gdy jesteś już rodzicem słowa „ej chodźmy do piwnicy po ozdoby i ubierzmy choinkę” mogą być śmiało przetłumaczone na „ ej choć wykąpiemy, nakarmimy, uśpimy dzieci, ogarniemy mieszkanie, wyrzucimy śmieci, zjemy resztki po dzieciach i pójdziemy do piwnicy po resztki ozdób na choinkę i może jak ją przyniesiemy to będzie jeszcze przed północą i ją ubierzemy”. Tak tez zrobiliśmy, w wieczornym gwarze i kotle obowiązków oddelegowałam ślubnego do osiedlowego kontenera w celu pozbycia się zalegających śmieci, które zakryły podłogę w kuchni. W okolicach resztek doby mąż uznał, że co jak co ale o północy bigos smakuje najlepiej więc ruszył hyżo do kuchnia… niestety ku naszemu zdziwieniu reklamówka z darami od teściowej i moimi prochami zniknęła. Wniosek nasuwał się sam. To wina męża bo przecież nie moja. Wysłałam ślubnego do śmieci a on pokornie wystał swoje pod śmietnikiem i wrócił, bo jak wiadomo mężczyźni maja bardzo wyczulony węch i takie grzebanie w śmieciach to nie dla nich.

Jako, że głowa zaczęła przypominać o swoim istnieniu, ból życia zmusił mnie do wyjścia. Przywdziałam wełnianą czapkę, onuce, spodnie w gwiazdy od pidżamy, zimowy płaszcz i ruszyłam z natarciem na kontener. Jestem, stoję i patrzę, ludzie wyrzucają śmieci przed północą… wstydzą się pewnie, że taki syf mają w domu, no cóż ja też właśnie się zastanawiam jak tu zanurkować i widzę jak ten bezczelny sąsiad z bramy obok idzie sobie z milionem śmieci do mojego kontenera, który musze przeszukać, niech mi tylko spróbuje wrzucić swoje paskudne śmieci ja tu research robię. Zakasałam rękawy, przywdziałam lateksowe rękawiczki, przyświeciłam smartfonem i szukam. Jest jedna nie to nie nasza… jest reklamówka … widzę moje leki lekuszki kochane, widać również bułkę bigos i kawę od teściowej. Pan stoi obok i patrzy co robię a ja grzebię po czym wyciągam zawartość i dzwonie do męża informując jak to bohatersko znalazłam, i że on na pewno nie szukał tylko stał więc nie jest taki super jak ja. Pan obok patrzy i trzyma te śmieci nie wiem na co czeka może myśli, że ja tu recycling robię w czarnym kontenerze.

– Pomóc?

– Nie dziękuję, bigosu szukam

– dobranoc

– dobranoc

Po powrocie do domu wspólnie z mężem debatowaliśmy nad istotą jedzenia bułek ze śmietnika, stanęło na tym, że w sumie tak długo tam nie leżały i nawet nie śmierdzą, a bigos bez bułki to nie bigos więc można śmiało jeść.

Mniam.