JAKI PAN TAKI KRAM

https://web.facebook.com/Matkahrabiny/

Reklamy

William McGregor Paxton, The Breakfast, 1911

Jest takie miejsce w moim domu gdzie wrzucam rzeczy, których nie jestem w danej chwili ogarnąć – to miejsce nazywam pieszczotliwie „za-chwile-to-zrobię” . Na początku system wydawał się idealny bo rzeczy niedoogarnięcia mieściły się w koszu na pranie. Teraz moje tajne miejsce zgromadziło już dwa takie kosze i dwie niebieskie torby z Ikei… tak właśnie rzeczy niedoogarnięcia u mnie w domu to czyste pranie, które czeka na swoją kolejkę do żelazka. Mam luksus… no mam luksus i jestem osiedlowym Carringtonem bo w bloku mam pralko-suszarkę i nie muszę biegać z galotami na strych, ani kombinować ze sznurkiem na balkonie w zimie a potem łamać galoty bo zamarzły, tylko na cwanie jak na szlachtę przystało „robi się samo”, jedyna wada to miliard do potęgi entej zagnieceń, więc fajnie mieć takiego lexusa wśród pralek ale trzeba dokupić ferrari wśród żelazek – i ja myślałam, że też takie mam – bo tyle kosztowało – ale po miesiącu użytkowania ( kompulsywnego) moje ferrari wśród żelazek umarło, zostawiając nas na święta z dwoma torbami z Ikea pełnymi prania. Na szczęście los był łaskaw i serwis po-sprzedażowy nie trwał tyle żeby osiwieć. Dziękujemy.

Jako przykładny kierownik do spraw organizacji wszystkiego, zwany potocznie Matką, postanowiłam nauczyć się zarządzania tym całym majątkiem, wszelkimi aktywami – czytaj: skarpety, rajtuzy, lalki, rozpruty fotel z biedronki itd. W tym celu zainwestowałam w lekturę specjalistyczną.

Kupiłam podręcznik do sprzątania – tak są takie podręczniki i ja go mam tzn mam go fizycznie i nawet przejrzałam bo miałam taki zapał do roboty i już oczami wyobraźni widziałam siebie jak segreguję ubrania w szafie według kolorów i jak czyszczę piekarnik magiczną pastą z TVN style, ale moja ekscytacja opadła gdy zaczęłam sprzątać i się okazało, że ja tego wszystkiego jeszcze potrzebuję i nic nie mogę wyrzucić bo przecież to nie są jakieś tam szmaty – to są moje wspomnienia, to chwile spędzone razem np. mam taki za ciasny dres , który trzymam bo daje mi nadzieję , że schudnę i go ubiorę np. żeby wyskoczyć na pilates… tak zbieram wiem, mąż mi tłumaczył, że to choroba psychiczna ale ja tam nigdy nie wzbraniałam się przed chorobami psychicznymi. Z resztą mam napady gdy wyrzucam. Przy ostatnim takim napadzie wyrzuciliśmy 16 worków śmieci z kuchni…

Jak masz dzieci rok po roku to nagle się okazuje, że twoja sześciometrowa szafa pod zabudowę , którą budowałaś zainspirowana seksem w wielkim mieście w wersji bieda na osiedlu – zamiast pękać od butów Manolo Blahnic pęka w szwach od ciuchów z Pepco w rozmiarach od 68 – 116 bo część się jeszcze przyda a reszta zaraz będzie na kogoś dobra, do tego dzwoni do ciebie koleżanka, że jest w ciąży i będzie miała córkę i nagle zaczynasz chomikować wszystko, łącznie z opaską na głowę dla niemowlaka i się okazuje, że ty i twój małżonek mieścicie się w komodzie w 4 szufladach bo i tak reszta waszych ubrań jest za ciasna…. a szafa zostaje kompletnie opanowana przez odzież dziecięcą.

Przed narodzinami pierworodnej zapierałam się, że dziecko będzie miało wyznaczone strefy w domu, przed narodzinami drugorodnej zrobiliśmy dziewczyną miejsce  w naszej pięknej szafie… zbytecznie, zajęły całą…. Porządek udaje mi się utrzymać jedynie w szafie z butami… buty

Zapraszam na Fb  https://web.facebook.com/Matkahrabiny/

NIEDOCZAS

Obraz:  The Rejuvenation of Time by Dali

Oglądaliście Interstellar? Jest tam motyw tunelu czasoprzestrzennego. Jeden z bohaterów tkwi w innym wymiarze co z boku wygląda dość groteskowo, bowiem w wizji reżysera wymiar ten znajduje się na półce z książkami…
Bardzo przydałby mi się taki tunel czasoprzestrzenny bo moja doba ma ewidentnie zbyt mało godzin. Gdzie powinny być wysyłane kobiety na urlop macierzyński tudzież wychowawczy? Na Merkury – tam dzień trwa tyle ile ja właśnie potrzebuję żeby się ogarnąć –  a mianowicie 58,7 dni ziemskich. Mam matczyny syndrom niedoczasu objawiający się głównie tzn miotaniem i bieganiem za własnym ogonem, noszę talerze, wynoszę ciuchy, taszczę zabawki, wkładam, wyciągam  i znów chowam klocki żeby wyciągnąć „kreatywne pudełko” – naklejam kartki na podłogę – najpierw hrabina pomaga zużywając pół rolki taśmy malarskiej na oklejenie siebie i siostry, następnie z resztek udaje mi się wykleić miejsce do rysowania. Wyciągam gadżety czyli klej, watę, pióra, farby, puzzle, naklejki  i co tam waćpanny sobie zażyczą, kiedy majdan rozłożony zabawa trwa – uwaga – całe 5 ( słownie PIĘĆ) minut – ponieważ właśnie przeleciała jakaś pół żywa mucha i teraz to mucha jest w centrum uwagi . Pytam „ będziesz jeszcze naklejać – NIE! A może za chwilkę NIE!” , czekam jeszcze drugie pięć minut, ale po jakże atrakcyjnej musze uwagę mojego dziecka przykuły okruchy na dywanie więc nie mam już żadnych szans…

Zbieram wszystko co pokryło powierzchnię dawno niewidzianej podłogi w salonie.  Powstałą spod ręki hrabiny płaskorzeźbę przyklejam do „ściany chwały”, zmywam farbę z podłogi – całe to zamieszanie wokół sprzątania po 5 minutowej zabawie trwa przynajmniej 15 minut. W końcu siadam na kanapie i wtedy latorośl podchodzi do mnie robi oczy foki – kto był w zoo we Wrocławiu wie jak wyglądają oczy foki –  nadyma poliki, patrzy tymi szklistymi, wielkimi oczami… „ mamoo choććć” i gdzie mnie ciągnie – no oczywiście, że przecież właśnie tam…. gdzie może mnie ciągnąć jak nie do „kreatywnego pudełka”  – teraz będziemy malować.

Ja nie wiem jak wychodzi to tym wszystkim vlogerom z youtuba, że udaje im się zaangażować małe dziecko do wspólnej zabawy według jakiegoś scenariusza, ale zaczynam podejrzewać, że to nie są prawdziwe dzieci… Moje dziecko na 20 prób raz odbiło rękę na tyle wolno, że odcisnęła wszystkie 5 palców. Laurka – zrobienie zajęło nam pół dnia – wspomnienia bezcenne.
Przy dzieciach czas jest najcenniejszą walutą. Wiecie co robiłam w wolnych chwilach gdy nie miałam dzieci. Mam nadzieję was zaskoczyć –  do moich najdziwniejszych zajęć zaliczam:

klasyfikowanie galaktyk na stronie https://www.galaxyzoo.org/ ( teraz z uwieszoną hrabiną przy nodze i drugorodną przywiązaną do torsu wydaję się to być dość nieprawdopodobne)
kojarzenie usłyszanych dźwięków wielorybów i łączenie ich ze sobą by móc ustalić trasę migracji poszczególnych osobników – projekt już nie istnieje, został zakończony w 2015 roku można przejrzeć archiwum badań https://www.zooniverse.org/ nazwa projektu: https://whale.fm/

A wy macie na koncie szalone hobby lub inne dziwne zainteresowania? Przyznam, że ja naprawdę lubiłam to robić, dźwięki wielorybów są bardzo relaksujące a galaktyki po kilku dniach miałam dobrze obcykane 😉

Teraz robię coś o wiele bardziej skomplikowanego – staram się zabawić dwulatkęi jej siostrę co nie jest takie proste. Wbrew pozorom pluszak i kredki nie załatwiają sprawy. Na każdym blogu parentinowym posty z zabawkami „ co kupić”, „co warto mieć”, „czego nie powinno zabraknąć”…. No i tak patrzę na hrabinę jak obiera kilogram starej cebuli i myślę sobie, że ja jej chyba na urodziny kupię mandarynki do obierania albo ugotuje jej 10 jajek na twardo to przynajmniej będzie się cieszyć dłużej niż z lalki czy kuchenki …

Co było a nie jest nie pisze się w rejestr

co-bylo-a-nie-jest

Obraz: William Adolphe Bouguereau “Charity” (1878)

Nowy rok się zbliża i nie będę oryginalna – to czas podsumowań i noworocznych postanowień. Matka ma takich postanowień wiele bo trochę narozrabiała. Z reguły postanowień nie miałam i świetnie mi wychodziło ich nierealizowanie – czyli bez wyrzutów sumienia i zagryzania smutków. W tym roku plan jest ostry jak brzytwa Ockhama bo Matka ma w planach zostać królową fitnessu i kocicą biznesu. Jak już będę Jane Fondą macierzyństwa z tyłkiem twardym jak diament to kupię sobie taki wysięgnik do komóry żebym mogła robić selfie z odległości i w końcu na zdjęciach będzie widać  gdzie jestem a nie tylko dwa podbródki i czoło.

Rok 2016 był dla mnie bardzo łaskawy, dał mi szanse pełnienia wielu funkcji od kobiety żółwia, hybrydy dziecko-matka przez  człowieka hubę, a skończywszy na drzewie eukaliptusowym . Ostatnią funkcje pełnię nadal przy najmłodszej hrabinie i  latorośl nie zamierza zrezygnować z „koalowania” Matki. Poniżej definicja Koali Mlecznego wg MH:

Koala mleczny – gatunek torbacza rodziny koalowatych. Zwierzę mlekożerne zamieszkujące tereny Wschodnio Europejskie . Koala schodzi z Matki tylko po to, aby przejść na kolejnego osobnika. Żyje w niewielkich grupach złożonych z samca i kilku samic .

ŁOJEZUSMARIA wszystko się zgadza …..to nasza rodzina.

Jednym z moich postanowień jest nauka REGENERACJI. Tak, dokładnie, regeneracja i tutaj pragnę wspomnieć, że w roku 2017 chciałabym zostać KOBIETĄ KASZALOTEM. I nie ma się z czego śmiać wiecie, że taki kaszalot przesypia jedynie  7 proc. swojego życia (!)  słownie siedem procent i to go nie męczy. Stając przed tym wyborem wahałam się jeszcze między kobietę wielorybem i człowiekiem delfinem.  Albowiem, ssaki te mają umiejętność, której mi brakuje, a którą powinna mieć KAŻDA matka – śpią połową mózgu…. Jedna połowa w ramionach Morfeusza a druga połowa reaguje na bodźce i gdyby tak chociaż jedna moja półkula mogła się wyspać to ja bym była bardzo szczęśliwa. Dodatkowo jeśli wierzyłabym w reinkarnację to byłabym pewna , że moja pierworodna hrabina w poprzednim wcieleniu była właśnie DELFINEM albowiem delfin przez pierwszy miesiąc od urodzenia WCALE NIE ŚPI i tutaj wszystko by się zgadzało…

Tajemnej sztuki regeneracji uczę się aktualnie od moich latorośli gdyż dziewczęta są biegłe w temacie – podobnie jak kaszaloty przesypiają nie więcej niż 7% swojego życia… Nie jestem pozostawiona sama sobie w tej decyzji bo hrabiny pomagają mi jak mogą trwać w wyżej wspomnianym postanowieniu np budzą się w nocy na kilkugodzinne animacje. Wczoraj drugorodna wstała zaledwie trzy razy z pobudką o 5.40 –  i generalnie to jest niezły wynik, niezły w porównaniu do poprzednich doświadczeń z tzn „spaniem”, tylko ja liczę te pobudki od momentu gdy zasnęła na dłużej niż 20 minut …. A zasnęła o 1.30 w nocy. Zapewne KTOŚ by rzekł, że za późno i ten KTOŚ miałby całkowita rację, bo za równo ja jak i ojciec hrabin tak uważamy, niestety za cholerę hrabiny tego zdania nie podzielają… Wczoraj usypiałam drugorodną 5h czyli dłużej ją usypiałam niż spała.

Za co dziękuję temu staruchowi 2016 – dziękuję ci za te bezzębne uśmiechy o 3 nad ranem, za wyciągnięte ręce, za drzemki z jedną ręką w górze żeby koala mógł spokojnie wkomponować się pod pachę, za wszystkie „ dzidziaki” i „dzidziomamy” , które mnie budziły, za ciepłe małe dłonie i klejące stopy, za makaron na ścianie, za jedzenie w bucie, za banana na nogawce od spodni i za te wielkie roześmiane oczy. Za to ci  dziękuje – bo to był jeden z najlepszych ROKÓW jakie miałam w życiu…

Grzech obżarstwa

Obraz: Auguste Toulmouche, Idylla Popołudnie, 1874

Tydzień przygotowań minął.  W tym roku podjęłam konkretne kroki żeby zapobiec kompulsywnemu obżarstwu związanemu z oczywistym faktem, że JEST ŻARCIE. Mianowicie zakupiłam sobie za ciasne spodnie. Żeby w ogóle wbić się w za ciasne spodnie, zakupiłam również majtki Bridget Jones– wiecie jakie te po pachy, które maja mi spłaszczyć brzuch tak bardzo, że na plecach wyjdzie mi garb. No to właśnie mam, noszę na wdechu. Święta 1:0 dla Matki… albowiem zaczęło się skromnie prawie dietetycznie bo uszka z barszczem, krokiecik, potem trochę pofolgowałam bo weszła sałatka – taka polska sałatka z toną majonezu mniam … no i dalej nie pamiętam bo wpadłam w amok i jadłam już wszystko co wpadło mi w ręce w pewnym momencie się opamiętałam bo nie wiele brakowało a zjadłabym również ozdoby ze stołu. Święta łącznie 2 dni. 48 godzin bez przerw na trawienie. Wieczorami doprawiam domowym likierem no a keksik, który wciągnęłam nosem do latte to miał tyle bakalii, że zakwalifikowałam go do dziennej porcji owoców. A jak wam mijają dni rozpusty dla żołądka? Tylko, mi nie piszcie, że u was króluje sałatka z jarmużu i muffiny z fasoli ;-p  


(Nie)porządki świąteczne

William Hogarth, Modne małżeństwo

Już w listopadzie zaczęłam rozmyślać nad tym, jak ja na Boga dam radę ogarnąć rzeczywistość przed świętami! No i jak chciałam tak mam, bo nie ogarniam tej rzeczywistości. Najgorsze co można zrobić to sobie coś bezczelnie zaplanować na przekór przeznaczeniu. Moje dwa przeznaczenia bawią się w najlepsze i nikt nie powiedział, że dziecko musi mieć jakiekolwiek drzemki w ciągu dnia. Bo przecież nic nie musi, musi to na Rusi jak mawia moja babcia, a w Polsce jak kto chce -a moje latorośla chcą właśnie się bawić z mamą i nie chcą spać bo kochają życie.

Podzieliłam ze ślubnym przedświąteczną rzeczywistość sprzątającą na segmenty, i przez tydzień ogarnęliśmy mieszkanie z wewnątrz. Zachowując całkowity spokój ducha kpimy sobie z ironii losu, bowiem sprzątamy i prasujemy aktywnie od wielu dni a śladu ni ma… no nic nie widać a nawet więcej – jest syf!… ale nie taki syf z brudem i robakami, taki zdrowy syf dziecięcy – tu rajstopki tam kanapka, o proszę banan w szufladzie bo czemu nie. Wyciągam pranie z bębna, a co my tutaj mamy – widzę, że ktoś pomagał… mały skrzat wsadził do bębna Reksia… bardzo, bardzo cieszę się, że to nie jest pilot od telewizora.
Człowiek nie wie ile ma w sobie pokładów cierpliwości i jak cieszą nas drobne rzeczy, dopóty nie przyjdzie mu obcować z aktywnym dwulatkiem. Najdłużej sprzątaliśmy z mężem kuchnię wyrzucając – nie, nie napisze bo wyjdę na brudasa 😉 sporo… młoda hrabina nam pomagała, rzecz jasna po swojemu. Najbardziej lubi wyciągać reklamówki z szafki – każdy Polak ma taka szafkę na reklamówki w swoim domu, takie nasze narodowe hobby – no i ja też mam i w sumie mogę się pochwalić imponującą liczbą reklamówek z kilku krajów świata, a przynajmniej ze wszystkich tych gdzie mają Lidla. Na drugim miejscu w kategorii rozrywka jest półka ze słoikami – standardowo myję i składuję na zapas bo może kiedyś znajdę tunel czasoprzestrzenny i będę mogła dokonać podróży w czasie i zrobić dżemik albo hutney z cebuli…
Wbrew wszystkiemu mamy choinkę, mieszkanie małe więc jest sztuczna, bąbki plastikowe i generalnie sponsorem świąt w tym roku jest u nas firma Pepco. Dziękuję zatem wszystkim kolegom i koleżankom z Azji za zaangażowanie w pracę na rzecz mojego konsumpcyjnego podejścia do Świąt.
Lecę zapeklować karkówkę. Może tym razem jej nie zjemy zanim ostygnie..

A ja leżę i pachnę…

Carl Herpfer – The Love Missive (1875)
Co ty robisz cały dzień…

Na tapczanie leży leń, nic nie robi cały dzień.. O! wypraszam to sobie jak to ja nic nie robie?!

Każdy dzionek Matki zaczyna się podobnie, choć przy moich latoroślach ciężko o stały program dnia akurat pobudki są jak w zegarku. Wraz ze świtem wstaje najmłodsza hrabina, nie można jej odmówić uroku osobistego. Co może być milsze z rana od ciepłego, różowego bobasa, który smaga nas po twarzy. Chciałoby się napisać, że Matka wyskakuje jak sprężyna z łóżka… albo lepiej  – wstaje przed swoimi dziećmi, żeby posprzątać i obiad zrobić – niestety, to nie ta Matka. Ja wstaję po moich dzieciach. Najmłodsza lubi się pobawić w łóżku więc jak już mnie wysmaga po twarzy i otworzę przekrwione oko żeby jej udowodnić, że czuwam wówczas sięgam ręką za głowę i wyciągam awaryjne grzechotki i gryzaki. Młoda przybiera pozycje foki a ja rozkładam jej zabawki odgarniając kołdrę i poduszkę na jedna wielka kupę w nogach.

Zamykam oko i prawie wpadam w ramiona Morfeusza, z przyjemnych objęć pół-snu wyrywa mnie radosny okrzyk Hrabiny z pokoju obok. NIEEEE, NIEEE – gdyż właśnie takim radosnym okrzykiem wita dzień mój pierwiosnek. Wstaję, odklejam twarz od poduszki, misia, tetry, gryzaka, fridy, paczki chusteczek  czy czegokolwiek co tym razem przetrwało ze mną noc w symbiozie i ciągnę ciało do pokoju obok, zanim wejdę przywdziewam najpiękniejszy uśmiech jaki nosze w kieszeni. Witaj skarbie! Jak minęła ci nocka? Dobrze, się spało? I tutaj Marsowa mina Hrabiny nie pozostawia złudzeń. Zaczynam dialog wiedząc, że jestem na straconej pozycji. Wyjdziesz? – NIE, Chcesz jeszcze poleżeć? – NIE, A może wody ci przynieść? – NIE… wyciągam szczeble – Hrabina przechodzi etap SAMA, DAJ, JA oraz NIE i ostatnio MOJA MAMA. Po codziennych porannych zabiegach pielęgnacyjnych gromadzimy się na kocu w salonie gdzie radości nie ma końca. Spocona ze zmęczenia, wykończona, spragniona i głodna łypię na zegar w dekoderze… 09.00 a ja czuję się jakby była 29.00… Nie wiem co pić. Kawa… herbata… melisa… bez sensu napije się wody. Woda jest najlepsza bo nie musi być ciepła i nie trzeba jej zmywać z kanapy jak się wyleje. Robię śniadanie, Hrabina mi pomaga bardzo lubi rozbijać jajka i wrzucać różnie rzeczy do miski. Następnie wszystkie jemy – ja jem co kto zostawi. Po śniadaniu i porannej zabawie pokój i kuchnia wyglądają jak po wybuchu bomby. Młoda dużo pomaga taki z niej altruista, najbardziej lubi obierać cebulę. Hrabiny bardzo mnie kochają i lubią siedzieć na mnie, młodsza lubi bardzo ściśle przylegać do torsu jak ongiś jej siostra,  druga najchętniej na stałe wmontowałaby się między moje kolana.

Czekam z niecierpliwością na… drzemkę. Halo drzemka?  tu Matka Hrabiny, nie odkładaj słuchawki, czekamy na ciebie…. W końcu nadchodzi. Zawsze naiwnie mam plan na drzemkę. PLAN PIĘCIOLETNI bo tyle bym potrzebowała żeby to wszystko ogarnąć. Samo planowanie daje nadzieję. Czego ja nie ugotuje, czego ja nie posprzątam – oczami wyobraźni pucuję szybę balkonowa… a jak w szafie poukładam, Boziu to chyba kolorami tym razem hohoho… Matka rakieta.  Niestety najczęściej dziewczyny śpią naprzemiennie przy czym najmłodsza śpi po 20-30 minut w trakcie których biegam z obłędem w oczach i zaczynam sto rzeczy na raz żadnej nie kończąc. Tak, jestem niezorganizowana i dobrze mi z tym, a czasami …patrzę na ten galimatias, wstaję przynoszę sobie kawę i… PIJE KAWKĘ W SZLAFROKU a bałagan sobie usłużnie czeka, tak go wyszkoliłam.

Cały dzień to maraton, ba! to prawdziwy survival! myśle, że takiBear Grylls wymiękłby po jednym dniu. Oglądaliście kiedyś NAGI INSTYNKT PRZETRWANIA – zapraszam do nas na jeden odcinek. Zabawa-jedzenie-przewijanie-sprzątanie-mycie-zabawa-uspokajanie-tulenie-noszenie-pocieszanie-tańce-śpiewy-łzy-smiech-kołysanie-tłumaczenie. Jest też dużo biegania i szukania. Ostatnio znalazłam zakrętkę od thermomixa w pudle z zabawkami dobrze, że nie mam czasu gotować bo gdybym się zorientowała, że ją zgubiłam to zawał pewny.

HARMONOGRAM DNIA MATKI

6.00 Morfeusz weź mnie puść

07.00 Poranny FAT burning z Hrabiną

09.00 Przerwa w nadawaniu (kawa w wiadrze raz)

10.00 „Moja mama” czyli jak się rozmnożyć gdy dwie ręce to stanowczo za mało

11.00 „ Nie chce spać, chcę krzyczeć” – maraton pokojowy

12.00 „Matki nie ma to tylko awatar”

13.00  „Szczęki II” czyli jak nakarmić drapieżnika

14.00 „Dlaczego ja” – dramat połowy dnia

15.00 „To nie” wykład gościnny na temat zastosowania rachunku prawdopodobieństwa w macierzyństwie poprowadzi Matka H.

16.00 „ Boso prze świat” pogadanka na temat atawistycznej potrzeby zrzucenia odzieży

17.00 „Porozumienie bez przemocy w praktyce – warsztaty”

18.00 Ćwiczenia samokontroli – interwały

19.00 „To był dzień” analiza zysków i strat.

Matka nie jest statystycznym polakiem

 

poczytaj mi mamooo!!!

Uwielbiam czytać, niestety ostatnio każda książka, którą otworzę kończy przeczytana do połowy i zostaje odłożona na specjalna półkę woluminów pt. „czytam / jestem w trakcie”. Półka już się ugina a leżą na niej książki ze wszystkich możliwych dziedzin od psychologii przez thriller i na romansie kończąc. Na pytanie czy czytam zawsze odpowiadam – tak!  No jak ja nie czytam, przecież ja czytam codziennie podręcznik do angielskiego i to nie jakiś tam jeden co przysłowiowy nauczyciel wykuł na pamięć i teraz recytuje z głowy, o nie, nie, ja czytam ich dziesiątki bo inaczej umarłabym z nudów przy jednym. Dzisiaj miałam zajęcia z FC i o halo, halo znów wpadł mi w oko ciekawy artykuł –  a mówią, że szkoła już nie uczy ha! Czytałam artykuł o łzach, tak właśnie o łzach i dowiedziałam, że łzy smutku mają zupełnie inny skład od takich łez płynących z oczu z powodu przysłowiowego zatarcia, i tak czytam, czytam no i tak się wkręciłam, że zapomniałam o wstawianiu czasowników w luki i wiecie co… podobno te łzy smutku i frustracji mają w składzie substancje, które po „wypłakaniu” z organizmu powodują, że się lepiej czujemy w związku z czym nie wolno powstrzymywać się od płaczu szczególnie od takiego płaczu ze złościo-smutku bo wtedy te wszystkie straszne substancje w nas zostaną i będziemy nadal źli. Rozmyślam nad tym bo ja nie wiedziałam, że prowadzę TAKI ZDROWY  tryb życia! Bo akurat wstrzymywanie łez do moich atutów nie należy a powiem nawet, że od kiedy allegro emituje reklamę o dziadku, który jedzie do wnuczki to mój wskaźnik wyrzutu złych łez wzrósł dwukrotnie. Chciałabym też wrzucić na ścianę na FB zdjęcie swoich skarpet z podpisem „ czytam, pije grzane wino, relaks, cud miód , kuzki całuski hasztag to moja 42 z 53 w tym roku” nie dla mnie ta zabawa, nie dla mnie. Wczoraj uczeń zapytał mnie jaką książkę ostatnio czytałam no i myślę, myślę i wychodzi na to, że „kiedy idę spać” była moją ostatnią książką i  bynajmniej po niej nie zasnęłam.

Gdyby tak podsumować wszystkie książki, wliczając serię wierszy Brzechwy, Konopnickiej, 100 zabaw z niemowlakiem, księgę wymagającego dziecka i e-book Juula, który czytam już trzy miesiące to może uzbierałoby się na tyle żebym mogła wrzucić na FB baner z napisem „nie jestem statystycznym polakiem, lubię czytać”.

Zastanawiają mnie te wszystkie książki dla rodziców dzieci wymagających, jak to jest, że żadna nie jest wydana w formie AUDIOBOOKA?! Wstaję rano, ustawiam tryb zombie, przewijam, podmywam, karmię potem zmieniam pokój i robię dokładnie to samo, następnie biorę młodzież do kolejnego pokoju i siup na podłogę wtedy biegnę po kawusie –  nie pije tylko stawiam w zasięgu wzroku i lecę robić śniadanie bo młodzież KONA z głodu już ani sekundy nie wytrzymają. Zjadamy razem – ja co kto zostawi, i zaczynamy dzień. Nosimy, wozimy, tulimy, obkładam się dziećmi i łypię okiem na moja kawusie do której zawsze nie sięgam ręką. Nawet jak młodzież przyśnie to tak, że nie ma jak się ruszyć i zawsze poza zasięgiem ręki jest cały świat. Podczas takiego czasu wolnego, który spędzam na urlopie, mogłabym posłuchać poradnika np. „jak ogarniać gdy nie ogarniam” lub „jak żyć gdy nie masz czasu na nic”, niestety większość tych poradników to grube cegły, na które czas mają rodzice nastolatków i bezdzietni.

Hrabina ma ulubiona książeczkę, przynosi mi ja tysiąc sześćset dwadzieścia osiem razy dziennie „ mamo, to” i czytamy… w parku na ławeczce pan czyta córeczce…. błękitna książeczka, kiedyś ją uwielbiałam teraz jej nienawidzę, kolejny rok z tą samą lekturą może mnie zniszczyć. Lektura to lektura nie ma co wybrzydzać.