Z DZIENNIKA WSPÓŁSPACZA

Podbite oko, stopa między żebrami, palce w nosie i powieki podnoszone wbrew woli właściciela. To nie kadr z filmu Wzgórza mają oczy, a jedynie kadr z życia matki współśpiącej.

 Gdy na początku przygody ze współspaniem, wyobrażałam sobie naszą wspólną drogę, miałam przed oczami sceny z bajek Disneya – ja przeciągająca się beztrosko o poranku (czytaj o 09.00), obok latorośl z zaróżowionymi policzkami pochrumkująca na swojej połowie łóżka. Słodki zapach dziecka, ciepło i malutkie rączki, które okalają moją twarz przed zaśnięciem.

Ta złudna wizja macierzyństwa nie raz już zostawiła mi posmak goryczy w ustach. Moja przygoda ze współspaniem ewaluowała razem z wiekiem moich dzieci. Zaraz po przyjściu ze szpitala ssaki spały blisko… tak blisko, że czasami sklejałyśmy się spoconą  skórą, a odklejenie sprawiało ból.

Gdy zaczęły raczkować, moje umiejętności przetrwania we wspólnym łóżku rozwinęły się jak skrzydła albatrosa.

MATKO PAMIĘTAJ, DZIECKO TWÓJ SKARB

Przerabiałam już kilka opcji. Spanie na gąbce zakupionej w Jysk ( nie polecam), spanie na podłodze sauté, czyli bez niczego – również nie polecam, kolejno spanie na łóżku z jedną ścianą wspomagającą – wszystko zależy od giętkości ciała, jeżeli jesteś w stanie zwinąć się w dużego precla, blokując drogę ucieczki z trzech stron, to znaczy, że sobie poradzisz. Ze względu na moją figurę i umiejętności zwijania się w precla, rzeczona pozycja nie wychodziła mi najlepiej, i porzuciłam spanie na kanapie na rzecz spania w łóżku typu kingsize.

Niestety owe łóżko, ze względu na wielkość pokoju, stało w nietypowej odległości od ścian. W dziurze mieściła się głowa dziecka, a nawet cały tułów, o dziwo moja noga za cholerę tam wejść nie chciała. Drogą dedukcji udało mi się dość do tego jak zablokować nieprzyjemne i niewygodne otchłanie po bokach.  Przypieczętowało to naszą wspólną przygodę ze współspaniem na dobre.

Żadne dziecko nigdy mi nie spadło z łóżka. Zawdzięczam to swoim kocim ruchom, albowiem śpię na tzn. wysokiej czujności niczym lampart, kilka razy udało mi się złapać dziecko w ostatnim momencie, co o 2.00 w nocy nie jest takie oczywiste. Niemniej żadna z latorośli nie opuściła gniazda w trakcie współspania.

W tej chwili gdy dzieci chodzą, a młodsza latorośl prawie opanowała schodzenie z łóżka, bardzo trudno jest je powstrzymać od przemieszczania się. Zauważyłam, że po wspólnych nocach budzę się poobijana jak zawodnik MMA po walce o pas. Zweryfikowałam wypracowane metody blokowania miejsc zrzutu na łóżku, i doszłam do wniosków, że nowa sytuacja wymaga nowej techniki.

MATKO BROŃ SIĘ

Wprowadziłam pozycje obronne, dzięki którym mogę spać  lub odpoczywać w obecności latorośli, bez obaw o własne życie i zdrowie.

Zasady:

  1. Należy spiąć włosy mało atrakcyjną gumką, najlepiej recepturką albo kawałkiem pończochy w kolorze skóry,  która nie przykuje uwagi latorośli. Brak rozwichrzonych włosów zniechęci  potomka do wyrywania ich z głowy współspacza, szczególności z okolic skroni, gdzie boli najbardziej.
  2. Ukryj twarz. Jeśli to tylko możliwe zakryj nozdrza, usta oraz oczy w dłoniach lub ramionach, pozwoli ci to uniknąć wciskania małych palców zakończonych ostrymi pazurkami we wszystkie szczeliny. Dodatkowo unikniesz wywijania powiek, w celu sprawdzenia czy śpisz.
  3. Połóż się na brzuchu. Skakanie po plecach oraz pośladkach boli znacznie mniej niż skakanie po pęcherzu i żołądku.
  4. Jeżeli latorośl jest wyjątkowo zawzięta i próbuje dostać się w okolice twarzy ryjąc głową w poduszce, spróbuj ułożyć się w pozycji żółwia. Dobrze sprawdza się w tej sytuacji pozycja dziecka oraz krokodyla zapożyczona z jogi.
  5. Jeśli twoja latorośl śpi pod ścianą pozycja boczna ustalona, powinna zniechęcić potomka do znęcania się nad współspaczem.

 

NIE TRAĆ CZUJNOŚCI


Zdarzyło mi się raz o tym zapomnieć, leżąc ze starszą latoroślą na kanapie odpłynęłam w ramiona Morfeusza, palec wsadzony do nosa obudził mnie na tyle szybko, że uniknęłam utraty oka, jednak tamowanie krwotoku zajęło mi dobre kilka minut.

 

Przede wszystkim czerp garściami z tej rozkoszy, jaką daje współspanie z dzieckiem 😉

 Powodzenia!

 

 

 

 

 

 

Matka, kalafior i grafomania.

Nadeszła wiekopomna chwila

Urlop na finiszu, nie tylko ten wakacyjny. Szykują się wielkie zmiany, albowiem matka wraca do pracy. Ten dzień musiał w końcu nadejść. Dzisiaj starsza latorośl debiutowała w przedszkolu – trzy godziny, niemniej były łzy. Głównie moje, a jednak.

Zastanawiam się jak po takiej trzyletniej absencji przygotować się psychicznie do podjęcia pracy. Czy prosić o okres adaptacyjny? Przydałby się. Czas dla pracownika na integrację z zespołem i własnym mózgiem. No właśnie, jeśli o mózgu mowa. Mój kalafior nie ogarnia listy zakupów, a ogarnąć będzie musiał sporo więcej. Może jakieś witaminki? Co polecacie?

I kolejna zagwozdka, bo ja mości państwo w ogóle nie reaguje na własne imię, i zastanawiam się czy nie napisać sobie na koszulince per „Matka” wtedy szybciej się odwrócę, a po takim okrzyku MAMO! czas reakcji będzie krótszy, a kalafior zaktywowany do myślenia.

Kto śledzi bloga ten wie, że prócz starszej hrabiny mamy na pokładzie jeszcze rok młodszą latorośl, która do przedszkola się jeszcze nie kwalifikuje. Pan M postanowił zaoferować swoje usługi opiekuńcze w systemie full time, co mnie niezmiernie cieszy. Postanowiłam nie pisać tym razem opasłej instrukcji obsługi dziecka, bo w końcu to nie jest debiut i pan M to i owo już potrafi ogarnąć. Nadal ma nawyk zakładania koszuli na twarz przy zmianie pieluchy, ale każdy ma swój styl.

Choć niewiele piszę, nie dajcie się zwieść, zazwyczaj cisza jest przed burzą. Prócz mojego zawodowego zmartwychwstania zahaczyłam się również w portalu www.wrolimamy.pl , gdzie będziecie mogli czytać moje wypociny bardziej regularnie, bo w co trzeci wtorek miesiąca. Wiem jak to brzmi, zaraz się okaże, że to będzie co drugi wtorek miesiąca parzystego z literą R w nazwie, ale ja tu zupełnie serio, serio. Najbliższy wpis planuję na 22 sierpnia, więc śledźcie pilnie, a i ja się pochwalę jak będzie gotowy.  To nie koniec. Jak na grafomana przystało, piszę więcej niż jestem w stanie przeczytać, w związku z czym w zaciszu domowego ogniska powstaje książka. Postanowiłam dla odmiany nie umieszczać w niej żadnego wpisu blogowego – szokers bo z tego co się orientuję, większość ludzi z blogiem po prostu wrzuca do książki wpisy z ostatnich kilku lat i jest petarda. Ja, jako płotka blogosfery nie mam ani tylu czytelników, ani takiej historii wpisów, więc w ofercie szanowni państwo, będzie wolumin nigdzie wcześniej nie opublikowanych tekstów w klimacie literatury kobiecej. Będę zdawać relacje z przebiegu prac, a wy motywujcie, bo jak to samozwańczymi  literatami bywa, miewam zastoje w wenie, że nawet wino mi nie pomaga.

To jak z tymi suplementami, co mi zamieni kalafiora w mózg Magneto z X-men’ów?

Pożoga

​„Porzućcie wszelką nadzieję, ci, którzy [tu] wchodzicie”

                    Dante Alighieri, Boska Komedia

Obdarta z nadziei, brodząc w zgliszczach urlopu, z armią niemowląt u boku, lśniącą od śliny i moczu, niczym miecz rycerza okrągłego stołu, brodzę w zabawkach, karczując przeszkody, niosę dzieci pod prysznic, niosę je do wody…

Jeźdźców Apokalipsy miało być czterech, a tymczasem moja armia dwóch świetnie sobie radzi, pozostawiając za sobą jedynie Armagedon.

Zastanawiałam się, wiele razy, z jakich powodów, po pojawieniu się potomstwa tak wiele związków cierpi na syndrom odstawienia towarzyskiego. Dzisiaj zrozumiałam. Ich poprostu nie stać na wypłaty odszkodowań.

Jesteśmy w „gościach”, w pewnym sensie bo nie u siebie. Mija czwarta doba, poziom zniszczeń jest zatrważający. Począwszy od połamanego łóżka, którego producent nie przewidział ciężaru naszej rodziny szlacheckiej, przez popisane meble, wybrudzone koce, dywany, ściany, porysowane parkiety a skończywszy na odbitych dłoniach gdzie się da. Tej furii nie da się okiełznać. Ręce opadają już na pięć minut przed zdarzeniem, ot tak, na wszelki wypadek. Biegniesz do dziecia, ktory właśnie wyrywa dekoder z półki pod TV a jego skrzydłowy – hrabina puerworodna – już wspina się po stojaku na kwiaty.

Nie jestem gotowa psychicznie, ani finansowo na odwiedziny.

Pozostawiając za sobą zgliszcza, uciekliśmy na plac zabaw,  ale i tam trzeba być czujnym. Gdybym tylko była jak Xavier z X-manów. Ulegam jednak ludzkim pokusom, na przykład dzisiaj, zafrasowała mnie wiewióra, i choć walczyłam ze sobą ciekawość wygrała, podniosłam opuchnięte powieki, spoglądając czerwonymi ślepiami w kierunku uciekającej wiewióry i… hrabina młodsza zaryła twarzoczaszką prosto w zjeżdżalnię,  żeby nie było wiewióra uciekła… zdjęcia nie ma.

A gdyby tak… za konia robić.

Mam jednak pomysł jak temu zaradzić, postanowiłam, że na spacery będę zakładać uprząż dla konia, taką z klapkami na oczy, żeby w polu widzenia mieć dziecia i nic więcej, może wtedy zdołam ogarnąć armię.

Trzymajcie kciuki bo mam jeszcze 36 dni urlopu.

Jak często zdarza wam się odwiedzać inne domy?

Trzęsie mi się łza na rzęsie

Taka mała kompilacja, bez zbędnej narracji, czyli 60 powodów…

DLACZEGO HRABINA PŁAKAŁA

1. Bo połknęłam ostatni kawałek banana, który wsadziła mi do buzi…

2. Bo w nocy jest ciemno…

3. Bo mydło sie zmydliło i zniknęło z rąk…

4. bo tato nie pozwolił jej jeść ze śmietnika starego spaghetti…( zjadła garść)

5. Bo śnieg był zimny…

6. Bo ugryzła się w palec i bolało…

7. Bo skończył się klej w sztyfcie…

8. Bo skończyła sie rolka papieru toaletowego…( innej nie chce, chce tamtą)

9. Bo ma czapkę a nie chce –  zdjąć też nie chce…

10. Bo rybka minimini poszła spać….

11. Bo ma jedną skarpetę a drugiej nie chce, (jednej też nie chce)…

12. Bo dzidziaka żuje pięść ( btw dzidziaka to nasza młodsza hrabina)

13. Bo dzidziaka już nie żuje pięści

14. Bo pada śnieg…

15. Bo nie pozwoliłam jej zabrać ze sobą z wanny na przewijak półki na kosmetyki…

16. Bo nie może iść z obcą Panią…

17. Bo na niebie jest tylko kawałek księżyca…

18. Bo nie chce iść, stać ani na ręce…

19. Bo nie może spać w kurtce…

20. Bo klocek nie mieści sie w otwór sortera

21. Bo figurki lego duplo nie trzymają się za ręce

22. Bo misiowi oklapło uszko

23. Bo lala tonie w wannie…

24. Bo kreda nie pisze po białej tablicy

25. Bo magnes nie przyczepia się do ściany

26. Bo naklejka się klei do palca

27. Bo farba brudzi ręce

28. Bo nie może spać nago

29. Bo sito ma dziury…

30. Bo wieje wiatr…

31. Bo Mikołaj nie przychodzi codziennie

32. Bo nie może wejść do telewizora

33. Bo kartonowy pociag nie jedzie

34. Bo postacie z bajki jej nie słuchają…

35. Bo nie zmieściła się do budy z kartonu.

36. Bo mój but spada z jej nogi.

37. Bo nie może złapać pary.

38. Bo bańki mydlane nie są wieczne.

39. Bo nie wolno jej dotykać, ani do niej mówić

40. Bo jest błoto, a ona go nie chce.

41. Bo się obudziła w środku nocy i chce oglądać myszkę Miki…

42. Bo w wannie jest tyle zabawek, że nie może sie ruszać ( zabawek ruszać też nie można).

43. Bo nie może zjeść kostki do zmywarki.

44. Bo gołąb odleciał…

45. Bo nie mogę dać jej konia.

46. Bo nie umie latać, a się stara.

47. Bo nie może wyjść przez okno.

48. Bo nie pozwoliłam jej podnieść psiej kupy z chodnika.

49. Bo biedronka nie współpracowała …

50. Bo nie może skoczyć z mostu do jeziora pełnego kaczek.

51. Bo nie może wsadzić psu palca w oko.

52. Bo dotknęłam klamki przed nią.

53. Bo kaczka zjadła jej chleb.

54. Bo koza nie chce zjeść suchego liścia.

55. Bo nie mieści się do klatki królika.

56. Bo kot nie chce być koniem.

57. Bo koń jest większy niż myślała. 😱

58. Bo samolot zostawił ślad na jej niebie.

59. Bo nie może prowadzić samochodu.

60. Bo nie może iść nago do sklepu.

Integracja sensoryczna

 

Dziś pół żartem, pół serio o zaburzeniach integracji sensorycznej, dodatkowo mam dla was prezent – do ściągnięcia Bajka logopedyczna

Zaburzenia integracji sensorycznej są często przyczyną wielu dziwnych lub niepokojących zachowań wśród dzieci. W przyszłości mogą być powodem niepowodzeń szkolnych, problemów ze skupieniem uwagi i zachowaniem. O ile w sieci znaleźć można tysiące filmików z zabawnymi kotami, setki artykułów o szmince do ust, i drugie tyle na temat gumowych butów, to niestety Internet nie jest już tak łaskawy w kwestii rzetelnych informacji w języku polskim o IS. Dużo ich, a jakoby niczego nie było.

Czym jest IS?!

Według niektórych osób zwykłą wymówką, usprawiedliwieniem złego zachowania. Wiem, że wieść gminna niesie, że z integracją sensoryczna będzie tak jak z ADHD –  wysyp dzieci z zaburzeniami, a kilka lat później dowiemy się z Internetu, że to wszystko to bujda na resorach, i że niczego nie będzie.
Kilka informacji.

Integracja sensoryczna i jej założenia mówią o czymś co istnieje od dawna, nie jest to wymyślona choroba, to coś z czym boryka się każdy z nas, niektórym jednak jest nieco trudniej. Bo jak żyć gdy metka w podkoszulku z Primarka wypala ci dziurę na plecach, albo gdy kichnięcie komara siedzącego na ścianie u sąsiada z bramy obok wybudza cię ze snu, i tak się katujesz już 40 lat, a znajomi mówią „ Stach to taki wrażliwiec, nie śpi po nocach bo trzyma kredens” i jest kupa śmiechu, tylko Stach się nie śmieje.
Integracja sensoryczna (IS)   to prawidłowe przetwarzanie bodźców jakie do nas napływają z otoczenia np. dźwięki, światło, zapachy, faktury, smaki itp. W idealnej sytuacji każdy z nas powinien reagować na poszczególne bodźce w sposób adekwatny, jednym słowem nasze mózgi powinny odpowiednio zinterpretować daną sytuacja odnosząc się min.  do naszych doświadczeń,  i zareagować.

Większość z nas ma jakieś zaburzenia IS, z reguły nam one nie przeszkadzają:

  • Krysia nie lubi dotykać styropianu bo ją obrzydza, na szczęście nie musi z nim żyć na co dzień.
  • Edek nienawidzi jak go ktoś lekko dotyka, dla tego został bokserem i nie musi znosić tego głaskania.
  • Hela śpi w skarpetach, bo jak twierdzi bez nich nie zaśnie.
  • Miłek nie miał takiego szczęścia, bez kamizelki obciążeniowej nie potrafi skupić się na więcej niż 10 minut zaraz wstaje, jest zirytowany i zdenerwowany.

Źródło ilustracji

Jak się objawiają zaburzenia IS

Na pewno znacie kogoś kto nie cierpi metek w ubraniach i nagminnie wszystkie wycina – zaburzenia IS, oczywiście jeżeli mam bluzkę z metką jak dywan w IKEA to myślę, że będzie przeszkadzać nawet największemu twardzielowi, ale ja tu mówię o metkach, na które nie zwracamy lub potencjalnie nie powinniśmy zwracać żadnej uwagi. Może być to nietypowa niechęć np. do waty, mokrych owoców, klejących potraw, maczania rąk w farbie, chodzenia gołą stopą po dywanie.

O dziecku, które nie lubiło się przytulać

Znacie takie dzieci? Ja znam i wiem że to zaburzenia, a może macie latorośl, która nie lubi być pętana w pasy np. siedząc w wózku lub foteliku samochodowym? Warto sprawdzić, czy to nie zaburzenia IS. Dziecko, które nie lubi się przytulać to ciężki kaliber, bo jak tu przekonać rodzinę, że takie tulanie na siłę i hasła „pocałuj ciocię Grażynkę” doprowadzają dziecko do konwulsji. Jedno z moich potomnych ma zaburzenia IS, nie lubi się tulić, całować, nie lubi ze mną spać, nie lubi obcisłych ubrań, wielu potraw, nigdy nie ssała smoczka (co o dziwo budzi zawsze największe zainteresowanie – nie ssie smoczka?! To jak żyć?).

Jak widać nie są to zaburzenia, które uniemożliwiają nam funkcjonowanie ale, ale… Nie pisałabym o tym gdybym nie zmierzała do konkretnych wniosków. Mianowicie, większość zaburzenia IS jest niegroźna i nie przeszkadza nam w funkcjonowaniu na co dzień, jednak jeżeli zauważymy, że zaburzenia nas ograniczają, lub uniemożliwiają „normalne” wykonywanie codziennych czynności, warto skonsultować się z terapeutą.

Jak mogą wyglądać zajęcia z terapii SI:

 

Na stronie Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Integracji Sensorycznej wyszczególnione są najbardziej charakterystyczne objawy dysfunkcji IS:

  1. jest niespokojne, płaczliwe, ma kłopoty z zaśnięciem
  2. ma trudności z samodzielnym piciem, żuciem i przełykaniem pokarmów (preferuje dania papkowate),
  3. źle toleruje wykonywanie przy nim czynności pielęgnacyjnych i higienicznych, takich jak: obcinanie włosów, paznokci, mycie twarzy, zębów, smarowanie kremem, czesanie, czyszczenie nosa, uszu itp.
  4. wiele czynności samoobsługowych wykonuje z trudem, powoli, niezdarnie,
  5. ma problemy z samodzielnym myciem się, ubieraniem, zwłaszcza zapinaniem guzików i sznurowaniem butów,
  6. ma słabą równowagę: potyka się i upada częściej niż rówieśnicy, prawie zawsze ma jakiś siniak czy zadrapanie,
  7. podczas dłuższego siedzenia ma trudności z utrzymaniem głowy w pozycji pionowej, podpiera ją ręką, kładzie się na stoliku itp.
  8. jest nadruchliwe, nie może usiedzieć/ustać w jednym miejscu,
  9. trudno się koncentruje, a łatwo rozprasza,
  10. jest impulsywne, nadwrażliwe emocjonalnie, często się obraża,
  11. bywa uparte, negatywistyczne,
  12. w porównaniu do innych dzieci czy wymogów sytuacji porusza się zbyt szybko lub za wolno,
  13. nabywanie nowych umiejętności ruchowych sprawia mu trudność, np. jazda na rowerze, rzucanie i łapanie piłki, pływanie,
  14. wchodząc/schodząc po schodach częściej niż inne dzieci trzyma się poręczy, niepewnie stawia nogi,
  15. nieumyślnie wchodzi lub wpada na meble, ściany, inne dzieci,
  16. niewłaściwie czy wręcz dziwacznie trzyma różne przedmioty codziennego użytku, np. nożyczki, sztućce czy przybory do pisania,
  17. unika dziecięcego baraszkowania z rodzicami lub rodzeństwem,
  18. uwielbia ruch, poszukuje go, dąży do niego. Jest stale w ruchu – biega, podskakuje, często zmienia pozycję ciała
  19. przejawia duży lęk przed upadkiem lub wysokością, okazuje niepokój, gdy musi oderwać nogi od podłoża, np. wejść na wysokie schody, na drabinkę, usiąść na wysokim stołku,
  20. w nowym miejscu czuje się zagubione, potrzebuje sporo czasu by zdobyć orientację w otoczeniu,
  21. często myli stronę prawą i lewą, w obrębie własnego ciała oraz w otaczającej przestrzeni, podczas gier zespołowych zdarza się, że biegnie w innym kierunku niż jego drużyna, w inną stronę niż piłka, którą ma złapać, jest zdezorientowane, ma słabe wyczucie odległości
  22. nie ma dominacji jednej ręki,
  23. ma trudności z czytaniem i pisaniem, częściej niż inne dzieci w jego wieku myli, odwraca znaki graficzne, ma trudności w przepisywaniu, przerysowywaniu z tablicy,
  24. ma kłopoty z cięciem nożyczkami, rysowaniem po śladzie, kalkowaniem itp.
  25. sprawia wrażenie słabego, szybko się męczy,
  26. nie lubi karuzeli, huśtawki, lub przeciwnie – uwielbia to.


Najczęściej spotykanymi dysfunkcjami integracji sensorycznej są: nadwrażliwość (obronność) dotykowa związana z wygórowaną reakcją na bodźce, nadwrażliwość oralna dotycząca okolic buzi, dyspraksja polegająca na trudnościach z zaplanowaniem i wykonaniem czynności ruchowych czy niepewność grawitacyjna, której cechą charakterystyczną jest lęk przed zmianą pozycji ciała.


Dysfunkcje integracji sensorycznej wpływają na uczenie się, zachowanie i rozwój społeczno-emocjonalny dziecka.

Źródło:  http://www.pstis.pl/

 

Ponieważ bardzo często pytacie o przebieg,cenę i przygotowanie do diagnozy SI mam dla was kilka informacji.

Jak wygląda diagnoza IS

Ja trafiłam do gabinetu terapeuty IS z zalecenia neurologopedy, do którego udałam się sama, ( ja z tych nadgorliwych ;-p) prywatnie, mając kilka wątpliwości. Pierwsze spotkanie u neurologopedy trwało 90 minut. Przypominało zabawę – układanie puzzli, wsadzanie klocka do sortera, zabawa na dużej piłce, obserwacja podczas swobodnej zabawy, wywiad z rodzicem. Koszt wizyty u neurologopedy 100 zł, podejrzewam, że cena jest uzależniona od wielu czynników, może wynieść więcej lub mniej. Ja podaję cenę orientacyjną o której wiem. Do logopedy można wybrać się również ze skierowaniem od pediatry.

Nasza diagnoza IS składała się z 2 części

Pierwsza była rozmowa na temat dziecka, dość szczegółowa, jeżeli planujecie pójść na taka diagnozę weźcie ze sobą książeczkę zdrowia dziecka, ja nie znalazłam poziomu bilirubiny pierworodnej po urodzeniu, drugorodna miała już wpisany poziom do książeczki. Obydwie panie miały po urodzeniu żółtaczkę a poziom bilirubiny jest istotna kwestią. Podczas wywiadu z rodzicami pytano mnie o przebieg ciąży oraz o okres przed samym zajściem w ciąże ( leki, choroby, warunki etc). Przyznam , że odpowiedzi przygotowałam sobie wcześniej w domu, ponieważ podczas spotkania trudno byłoby mi udzielić na nie prawidłowa odpowiedź z tzn głowy. Drugi etap diagnozy stanowiła obserwacja. Łącznie 3 godziny ( my wybraliśmy opcje dwóch spotkań po 90 minut). Co podczas takiej obserwacji dzieje się z dzieckiem? – nic szczególnego, dziecko bawi się w Sali a pani obserwuje, czasami „zaczepia” np. podając jakąś zabawkę, piłkę z wypustkami czy kulkę z papieru, dotyka stopy dziecka, może chcieć z badań podniebienie ( np. żeby sprawdzić czy nie jest gotyckie), sprawdza wędzidełko, mogę poprosić o podanie dziecku czegoś do picia lub jedzenia żeby sprawdzić czy nie wystawia języka podczas tych czynności itp. Nasza pierworodna była bardzo zadowolona, dla niej była to zwykła zabawa. Wiele osób, które zastanawiają się nad diagnoza pytają o cenę. Ja płaciłam 300 zł, i o ile mi wiadomo nie jest to nic nadzwyczajnego, diagnoza może kosztować nawet nieco więcej w zależności gdzie ją robicie. Moja latorośl miała 13 miesięcy podczas diagnozy, wiem, że niechętnie terapeuci podchodzą do diagnozowania takich małych dzieci, jednak warto poszukać odpowiedniej osoby, która nas pokieruje.

Diagnoza i co dalej

W opinii otrzymałam zalecenia np. spotkania z logopedą, zabawy na placu ( huśtanie, bieganie, dostymulowanie w sposób naturalny), dietę sensoryczną, masaże, w razie potrzeby kołdrę dociążeniową Wiele z tych rzeczy można zrobić samodzielnie  -codzienne wyjścia na spacer, wspólne zabawy fakturami ( choćby sensoplastyka).

Źródła i polecane strony internetowe

http://www.pstis.pl/

http://integracjasensoryczna.info/

http://www.simba-terapia.pl/jakie-zachowania-dziecka-mog-wskazywa-na-zaburzenia-integracji-sensorycznej

http://pomocdziecku.um.warszawa.pl/index.php?k=39

http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/wychowanie/integracja-sensoryczna-zaburzenia-leczenie-cwiczenia_44379.html

 

 

 

„Co powie tata, czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci… on śpi”

Dzisiaj jest dzień taty. Nie wrzucę wam laurki  z odciskiem buta i czterech stóp, ani nie napiszę, o 50 idealnych prezentach na dzień ojca. Nie będzie też zdjęcia ludzkiego toemicznego słupa z dwójka hrabin na ramieniu.

Hola compadres! dzień taty zobowiązuje, dlatego dzisiaj troche mu posłodzę.

Pan M jest naszym domowym bohaterem. Nikt jak on nie wkręca żarówek z taką gracją, ani nikt jak on nie wykazuję się taką fantazją przy sprawdzaniu czy karta do bankomatu się złamie, mając przed sobąjuż  jedną złamaną…  co ja mogę powiedzieć o naszym panu M. Tylko dobre słowa, bo jak tak publicznie brudy wywlekać, że chrapie albo, że talerze zostawia na blacie w kuchni, no nie wypada, więc nie powiem ani słowa. Jestem już 3 pełne tygodnie na urlopie z dziewczynami, i pierworodna bardzo tęskni za tatą, tej pustki nie wypełni ani wujek, ani dziadek, ani dwie ciocie. Codziennie przed zaśnięciem pyta się gdzie jej tato, a ja jej opowiadam co się stanie gdy tato przyjedzie. Nie ukrywam, że najbardziej interesuje ją narracja z wielkim czekoladowym jajem, które to pan M ma w naszej ckliwej historii przytarmosić 1500 km z Polski, i ma to być naprawdę duuuże jajko niespodzianka, biorąc pod uwagę, że jest po sezonie wielkanocnym, pan M ma twardy orzech do zgryzienia.

Ja też tęsknię,  zawsze jest na kim nogę położyć w nocy, że nie wspomnę o funkcji domowego rycerza jaka pełni, w związku z moją fobią przed owadami, i walce na śmierć i życie z gigantyczną ćmą, którą próbowałam wygonić sama z pokoju, a czym zajmuje się pan M, bo jak wiadomo, ja na widok ćmy tracę przytomność.

Ponieważ tworzymy związek partnerski, ja w rewanżu zabijam pająki, których boi się pan M. Widziałam dzisiaj reklamę emolientu do skóry z informacją, że tato nie jest tylko do zabawy. Zgadzam się, tato, choć u nas pełni funkcję rozrywkową, nie jest tylko do zabawy, jest też zmieniaczem pieluch, zajmuje się obcinaniem szponów. Ja nie mam cierpliwości, a co więcej mnie panie hrabiny zupełnie nie słuchają,  zaczyna się taniec węgorza, wyginanki, mostki, tu ała, tam ała, wyrywanie kończyn, szkity w górze, judo, karate, skoki w dal… przy tacie mam dwa anioły.

Powiem wam szczerze, że przy mnie dziewczyny zachowują się zupełnie inaczej niż przy innych, nawet przy tacie nie dają tak do wiwatu, jak wtedy gdy jesteśmy same ze sobą. Na początku strasznie mnie to denerwowało, czułam się zbita z tropu, przecież robię wszystko co w mojej mocy i niemocy, ze skóry wychodzę, jak to możliwe, że moje śniadanie im nie smakuje, chleb w kwadraciki, owoce w trójkąty, jaja na parze, srutto pierdutto i nic, a tato przychodzi daje bułkę z pasztetem i jest szał. Podobnie rzecz się ma z zabawami, ja się dwoje i troję żeby pannę pierworodną czymś zająć, wycinam, maluję kasztanami, stopami, robię sensoryczne pudełka, i zabawa trwa 10 minut, tato wyciąga starą sznurówkę z buta i zabawa trwa godzinę. Dlatego tak bardzo potrzebujemy taty. Dla dystansu do pewnych rzeczy, ludzi, sytuacji, do wspólnego śmiechu, do przeganiania ciem, do naprawy zawiasów, które ciągle wypadają z kuchennej szafki, do robienia najlepszych nadziewanych muszli jakie jadłam w życiu, do wycierania mi z nosa resztek porannej kawy przed wyjściem z auta, do drapania w miejsca gdzie nie sięgam ręką, do wstawania w nocy, do uspokajania, gdy wszystkie wpadamy w panikę, do okrywania kocem gdy zasnę niepostrzeżenie, do walki z potworem z szafy, do tulanek w południe. Razem jest cieplej.

Złe matki

Wpis z serii #Matkapopółnocy

Co matka to historia. Każda inna, bo każda ma swoje granice, swoje oczekiwania, swoje „mam ku*na dosyć”. Bo każda wie ile zniesie i ile może dać, ile flaków wypruć , i jak długo będzie jej to sprawiało przyjemność. Bo każda matka ma swój punkt G w sercu.

Internety kochają matki… kochają je gnoić, straszyć, oceniać od momentu zajścia w ciążę, do momentu wyprawienia dziecia na studia. Istnieje bowiem kilka rodzajów matek, w które najczęściej rzucają wirtualnymi odchodami, i choć przybywa nam mentorów, autorytetów i omnibusów w tej jakże ważnej dla każdego z nas dziedzinie, jedno się nie zmienia – matka nigdy nie jest wystarczająco dobra.  

Na pierwszym miejscu bezkonkurencyjnie, od kilku lat, laury hejtu i opary jadu zbierają jednogłośnie matki wariatki –  co to złożyły swoje ciała na ołtarzu macierzyństwa, te matki Polki, co za dużo czytały, i w dupie im się poprzewracało, kolejno mamy matki luzary, egoistki-hedonistki, co wszystko zrobią dla chwili spokoju – dają smoczki, butelki, lizaki, puszczają bajki, zabierają dziecia do znajomych na imprezy i podają sklepowe słodycze.

Brązowy medal w kategorii znienawidzonych przypada matkom zorganizowanym, matkom co to depresji nie miały ani baby bluesa, a ich konta na instagramie są pełne tęczy i cukrowej emocjonalnej waty. Perfekcyjne panie domu z włosem bezczelnie błyszczącym, niczym wielka niedźwiedzica. Obnoszą się swoją świeżą skórą  i szerokim uśmiechem, płaskim brzuchem i swieżą hybrydą na paznokciach. Ich mężowie jedzą domowe obiady, a dzieci robią do nocnika przed ukończeniem roku.

Matki wariatki

Poświęcają się do szpiku kości, zedrą własna skórę żeby przykryć nią dziecia, noszą na ręcach 15 kilowe bąki,  razem się kąpią, razem chodzą do toalety, ich dom jest jak pole bitwy, zamiast tłuc schabowe dla męża bawią się kiślem na panelach w salonie. Znajomi do nich nie przychodzą bo przynoszą zarazki, zamiast spać po nocach pieką bezglutenowe babeczki z fasoli, i robią lody z jarmużu. Rodzą w domu przy dźwiękach morskich fal.  Dają z siebie 1000% i tego wymagają od otoczenia. Nie krzyczą, nie unoszą się, są zen, nie oglądają TV, nie jedzą cukru, smarują dzieciom tyłki olejem kokosowym. Są bio, eko, zero waste i wiedzą, że prawda jest jedna, i to jest ich prawda.

Matki egoistki-hedonistki.

Nie palą gumy gdy dzieć zapłacze,  puszczą bajkę,  i dadzą do ręki parówkę. Czasami krzyknął, czasami wyjdą potańczyć. Dzieciak zjadł rolkę papieru toaletowego – spoko jak weszło to wyjdzie, wypił colę z puszki na parapecie – nic mu nie będzie. Nagradzają i chwalą nie bacząc na wyrządzaną dzieciowi „krzywdę”. Dają czekoladę, i uspokajają filmem na jutjubie. Nie mają przysłowiowej spiny, na spacery chodzą stadami, śmieją się i bezczelnie prowadzą życie towarzyskie, a ich dzieci nawet jeśli krzyczą to ćwiczą płuca. Oglądają filmy przy karmieniu, i nie ronią łez dając mieszankę, czy kaszę z torebki, nie wiedzą czym jest wędzidełko, nie czytają, nie panikują, przebijają uszy dzieciom i przyklejają kokardy klejem z Brazylii. Dają słoiki po 4 miesiącu bo tak jest na etykiecie, i nie wiedzą czym jest integracja sensoryczna. Grzeszą ignorancją i pełnoetatowym „wdupiemiejstwem”.

Matki zorganizowane

Chata błyszczy, obiad pachnie niech ją kurde piorun trachnie. Ich zęby nigdy się nie psują, a odrosty rosną już pofarbowane, ich porody w makijażu i modnej koszuli można oglądać na instastory. Żony ze Stepfort, które miesiąc po porodzie wydają książki o macierzyństwie, i udzielają wywiadów „jak wrócić do formy w łykend po cesarskim cięciu”.  Nie znam szczegółów ich poczucia kontroli nad światem, nie wiem czy są cyborgami i ile psychotropów biorą żeby przetrwać dobę, znam natomiast jedną matkę zorganizowaną. W nocy gotuje obiad na następny dzień, budzi się zawsze pierwsza i sprząta, ma zawsze make up i zrobione paznokcie, w ciąży chodziła na obcasach a jej dziecko nigdy nie płacze na spacerze. W przerwie między organizacją domu, gotowaniem, sprzątaniem i pracą na etat, robi skalpel Chodakowskiej.

Takim matkom zawsze zazdraszczam, bo u mnie jest Sajgon. Takie matki są obiektem nienawiści z wielu powodów, głównym jest zazdrość, i tego nie ma co ukrywać. Ja też zazdroszczę. Zazdroszczę bo to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Ale pójdę dalej. Ja zazdroszczę im wszystkim. Matkom polkom zazdroszczę karmienia piersią, matkom hedonistkom luzu i dystansu do innych, żonom ze Stepford zazdroszczę organizacji.
Wszystkie są najlepsze jakie być potrafią. Czemu więc są „złe”?
Matki, zawsze robią źle. One przecież urodziły po to żeby się teraz „znęcać”, no bo po cóż innego? Mierżą mnie niektóre zachowania, nie lubię kolczyków u noworodków, musztardy na smoczku, cukru w butelce od pierwszej doby, i wisiadeł wpijających się w małe krocze. Ale daleko mi od fanatyzmu. Nie wierzę, że rodzisz dziecko żeby mu zrobić źle, że kupujesz to wisiadło za 300+ piniondzów, w dobrej wierze, reklamowane w piśmie dla mam, żeby dziecku bioderka umyślnie zwichrować, że śpisz z dzieckiem żeby je udusić w nocy własnym cycem, że dałaś cukierki żeby latorośl zachorowała na cukrzycę, a już na pewno żeby miało próchnicę w mleczakach.

Coraz trudniej jest być matką, bo wszystko jest źle. Trzeba się edukować, trzeba czytać o karmieniu, o rodzicielstwie, trzeba świadomie planować rodzinę… a ja widzę mnóstwo zagubionych dziewczyn, które nie wiedzą czy mogą twarz kremem posmarować, bez obawy, że zrobią nienarodzonemu krzywdę . Nie wiedzą czy mogą pachy antyperspirantem popsikać, czy wolno im zjeść w ciąży cebulę, czy mogą paznokcie pomalować. Bo przeczytały w Internecie… przeczytały i już nie śpią drugą dobę, bo co teraz?!

Zbiorowa paranoja.

Słuchasz lekarza- źle bo on już się nie zna, słuchasz położnej – źle ona się też nie zna, słuchasz koleżanki – źle ona nie jest lekarzem, słuchasz matki – źle ona już nic nie pamięta, musisz starać się bardziej.

Bo co byś nie zrobiła i tak zrobisz źle.

Bo zawsze mogłaś się tak nie spinać, albo postarać bardziej.

Bo masz za brudno albo… za czysto – no co ty tak czysto masz, nie bawisz się z dzieckiem?

A co ty taka wyspana? Makijaż masz, jak to? Gdzie pot i łzy?

Ryczysz…no nie mów, że baby blues, to takie wielkomiejskie. Za delikatna jesteś.

Bo depresje mają wariatki a luzują się ignoranci.

Bo pieluchy jednorazowe to brak szacunku dla środowiska, a wielorazowe to kasa w błoto i tymczasowa moda.

Bo dostęp do wiedzy doprowadza nas do szaleństwa, bo trzeba wiedzieć kto ma rację, i czyja racja jest bardziej nasza niż wasza.

Bo gdy jesteś matką, świat to za mało.