Chaos

W tym wpisie nie dowiecie się o tym, że jadłam krokodyla ani, że czekolada z popcornem jest naprawdę smaczna, nie będzie nic na temat rodzajów piwa w Belgii ani o tym, jak przez 16 godzin wracałam autem do domu.

Tym razem zacznę od GRY. Nie od recenzji, dajcie spokój, przecież ja się do recenzji zupełnie nie nadaję. Wyobrażacie sobie, że mam zrecenzować np brzoskwiniowy krem do ciała?!

„ Produkt opakowany jest w pogryzioną plastikowa butelkę, widać odbicia ludzkich zębów. Butelka bez substancji szkodliwych. Dziecko lizało ją 30 minut, bez efektów ubocznych. Balsam świetnie spisał się jako krem do pupy podczas nieoczekiwanego wybuchu pieluchy. Świetnie się wchłania i zostawia lekki filtr na pośladkach”

Dlatego my nie testujemy. Gdyby jednak znalazł się chętny cynik, który pragnie znaleźć 101 zastosowań swojego produktu niezgodnych z przeznaczeniem – polecamy się.

Dzisiaj będzie zupełnie nie na temat. Zacznę od GIER PLANSZOWYCH.

Zastanawiałam się czy istnieją gry planszowe o macierzyństwie? Bo ja z chęcią zakupię taką grę. Najlepiej gdyby zamiast pionków były kieliszki do wina. Jeśli czyta mnie jakiś wydawca planszówek to rzecz jasna polecam się do napisania gry, i z chęcią będę ją testować do UPADŁEGO … z ochotnikami. Od razu założymy grupę na FB „Cy Gie” – czyli Czary Gary.

W mojej głowie rysuje się wizja gry idealnej, takiej gdzie w zestawie prócz planszy jest czerwone słodkie i cztery kieliszki. Zaczyna ten, który pierwszy otworzy butelkę bez korkociągu. Zróbmy utrudnienie, niech do wydobycia korka posłuży łyżka, poczujemy się jak w liceum. Plansza musi być spora, bo wiadomo jak taki kielich postawisz, to przecież musi być miejsce i na butelkę jako kluczowy element gry.

Kto by nie zagrał, no kto?!

Zaczynasz od mapy macierzyństwa à start à NIE CZUJĘ DNA, GDZIE JA JESTEM (losujesz kartę z pytaniem „ jak żyć”)

Kolejna kolejka i rzut kostką à ciągniesz kartę życia ( gratulacje urodziłaś trojaczki) w tym momencie dostajesz również plastikowy samochodzik, który zabiera cię do pierwszego przystanku OBŁĘD nie, to nie depresja, to pierwsze oznaki utraty zmysłów.

Karty z pytaniami

Łyk, rzut, łyk, rzut… łyk i lądujesz na zielonym polu, szukasz koniczyny. Zabawa na czas, a jak wiadomo, matka na czas potrafi sikać, myć zęby i bić kotlety, więc z takim zadaniem na czas też sobie poradzi.

Jesteś na polu „Wyzwanie czy pytanie” ( pytanie rzecz jasna z fizyki kwantowej, więc wybierasz zadanie). à Masz 60 sekund na obranie 5 ziemniaków, przebranie pieluchy, zaparzenie i wypicie kawy, ubranie się i przekonanie dwulatka, że w grudniu nie może wyjść w klapkach na zewnątrz.

Kolejny rzut kostką à czekasz jedną kolejkę. Utrudnienie gry polega na tym, że przed każdym rzutem kostka wypijasz wino, a twój kieliszek nigdy nie może zostać pusty. Wygrywa ten kto dotrze do mety z najmniejsza ilością wina w kieliszku. Jednym słowem, dwie pieczenie na jednym ogniu.

Teraz zestaw kart z pytaniami zadawanymi przez dziecko w miejscach publicznych, na które musisz udzielić wyczerpującej odpowiedzi i nie zostać zaatakowana przez przechodniów, pytania  z serii „ Mamo dlaczego”

  • Mamo dlaczego ten pan jest taki gruby
  • Mamo dlaczego ta pani jest taka stara
  • Mamo czy ty umarniesz
  • Mamo czemu słońce jest żółte
  • Mamo co to jest jeans
  • Mamo gdzie lecą te ptaki
  • Mamo czy możemy już oddać dzidziaka?
  • Mamo czy tato też ma mamę?
  • Mamo czy Mikołaj umarnął i nie będzie prezentów?
  • Mamo czy mogę mieć łóżko z czekolady

Przerwa w nadawaniu, teraz pijesz bo chcesz i lubisz, więc nie zważasz na to czy kielich pełny czy pusty do połowy, ważne żeby usta były mokre.

Brzmi jak zwykła rozrywka ale przed nami element karaoke. Stajesz na środku i musisz odśpiewać hymn matki
Czyli mam tę moc!!!!

Cały film

 

A teraz coś zupełnie z innej beczki, tak żeby dzisiejszy wpis był jeszcze bardziej chaotyczny. Otóż mam ci ja taką rozterkę, wróciłam na ojczyzny łono dwa dni temu i nadal się nie rozpakowałam z jednej walizki. Ponieważ za dwa tygodnie znowu wyjeżdżam, zastanawiam się czy JEST SENS w rozpakowywaniu?! bo przecież mogłabym zabrać tą walichę i pozamiatane,  pan M do reklamówki Lidla, i jedziemy.

Miałam napisać opasły wpis w formie relacji z powrotu, ale jest to historia pełna grozy i nijak nie wpisuje się ani w kanony moich sarkastycznych wypowiedzi owianych szaleństwem, ani nawet w bajkę z krańca lasu, więc chyba zachowam ją do wykorzystania w jakimś dark fiction na przyszłość. Zdradzę wam jedynie, że stałam dwa razy w tym samym korku, łącznie 5 godzin bo źle zjechaliśmy z autostrady i zamiast do Polski dojechaliśmy do Holandii. Jest moc.

 

 

Złe matki

Wpis z serii #Matkapopółnocy

Co matka to historia. Każda inna, bo każda ma swoje granice, swoje oczekiwania, swoje „mam ku*na dosyć”. Bo każda wie ile zniesie i ile może dać, ile flaków wypruć , i jak długo będzie jej to sprawiało przyjemność. Bo każda matka ma swój punkt G w sercu.

Internety kochają matki… kochają je gnoić, straszyć, oceniać od momentu zajścia w ciążę, do momentu wyprawienia dziecia na studia. Istnieje bowiem kilka rodzajów matek, w które najczęściej rzucają wirtualnymi odchodami, i choć przybywa nam mentorów, autorytetów i omnibusów w tej jakże ważnej dla każdego z nas dziedzinie, jedno się nie zmienia – matka nigdy nie jest wystarczająco dobra.  

Na pierwszym miejscu bezkonkurencyjnie, od kilku lat, laury hejtu i opary jadu zbierają jednogłośnie matki wariatki –  co to złożyły swoje ciała na ołtarzu macierzyństwa, te matki Polki, co za dużo czytały, i w dupie im się poprzewracało, kolejno mamy matki luzary, egoistki-hedonistki, co wszystko zrobią dla chwili spokoju – dają smoczki, butelki, lizaki, puszczają bajki, zabierają dziecia do znajomych na imprezy i podają sklepowe słodycze.

Brązowy medal w kategorii znienawidzonych przypada matkom zorganizowanym, matkom co to depresji nie miały ani baby bluesa, a ich konta na instagramie są pełne tęczy i cukrowej emocjonalnej waty. Perfekcyjne panie domu z włosem bezczelnie błyszczącym, niczym wielka niedźwiedzica. Obnoszą się swoją świeżą skórą  i szerokim uśmiechem, płaskim brzuchem i swieżą hybrydą na paznokciach. Ich mężowie jedzą domowe obiady, a dzieci robią do nocnika przed ukończeniem roku.

Matki wariatki

Poświęcają się do szpiku kości, zedrą własna skórę żeby przykryć nią dziecia, noszą na ręcach 15 kilowe bąki,  razem się kąpią, razem chodzą do toalety, ich dom jest jak pole bitwy, zamiast tłuc schabowe dla męża bawią się kiślem na panelach w salonie. Znajomi do nich nie przychodzą bo przynoszą zarazki, zamiast spać po nocach pieką bezglutenowe babeczki z fasoli, i robią lody z jarmużu. Rodzą w domu przy dźwiękach morskich fal.  Dają z siebie 1000% i tego wymagają od otoczenia. Nie krzyczą, nie unoszą się, są zen, nie oglądają TV, nie jedzą cukru, smarują dzieciom tyłki olejem kokosowym. Są bio, eko, zero waste i wiedzą, że prawda jest jedna, i to jest ich prawda.

Matki egoistki-hedonistki.

Nie palą gumy gdy dzieć zapłacze,  puszczą bajkę,  i dadzą do ręki parówkę. Czasami krzyknął, czasami wyjdą potańczyć. Dzieciak zjadł rolkę papieru toaletowego – spoko jak weszło to wyjdzie, wypił colę z puszki na parapecie – nic mu nie będzie. Nagradzają i chwalą nie bacząc na wyrządzaną dzieciowi „krzywdę”. Dają czekoladę, i uspokajają filmem na jutjubie. Nie mają przysłowiowej spiny, na spacery chodzą stadami, śmieją się i bezczelnie prowadzą życie towarzyskie, a ich dzieci nawet jeśli krzyczą to ćwiczą płuca. Oglądają filmy przy karmieniu, i nie ronią łez dając mieszankę, czy kaszę z torebki, nie wiedzą czym jest wędzidełko, nie czytają, nie panikują, przebijają uszy dzieciom i przyklejają kokardy klejem z Brazylii. Dają słoiki po 4 miesiącu bo tak jest na etykiecie, i nie wiedzą czym jest integracja sensoryczna. Grzeszą ignorancją i pełnoetatowym „wdupiemiejstwem”.

Matki zorganizowane

Chata błyszczy, obiad pachnie niech ją kurde piorun trachnie. Ich zęby nigdy się nie psują, a odrosty rosną już pofarbowane, ich porody w makijażu i modnej koszuli można oglądać na instastory. Żony ze Stepfort, które miesiąc po porodzie wydają książki o macierzyństwie, i udzielają wywiadów „jak wrócić do formy w łykend po cesarskim cięciu”.  Nie znam szczegółów ich poczucia kontroli nad światem, nie wiem czy są cyborgami i ile psychotropów biorą żeby przetrwać dobę, znam natomiast jedną matkę zorganizowaną. W nocy gotuje obiad na następny dzień, budzi się zawsze pierwsza i sprząta, ma zawsze make up i zrobione paznokcie, w ciąży chodziła na obcasach a jej dziecko nigdy nie płacze na spacerze. W przerwie między organizacją domu, gotowaniem, sprzątaniem i pracą na etat, robi skalpel Chodakowskiej.

Takim matkom zawsze zazdraszczam, bo u mnie jest Sajgon. Takie matki są obiektem nienawiści z wielu powodów, głównym jest zazdrość, i tego nie ma co ukrywać. Ja też zazdroszczę. Zazdroszczę bo to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Ale pójdę dalej. Ja zazdroszczę im wszystkim. Matkom polkom zazdroszczę karmienia piersią, matkom hedonistkom luzu i dystansu do innych, żonom ze Stepford zazdroszczę organizacji.
Wszystkie są najlepsze jakie być potrafią. Czemu więc są „złe”?
Matki, zawsze robią źle. One przecież urodziły po to żeby się teraz „znęcać”, no bo po cóż innego? Mierżą mnie niektóre zachowania, nie lubię kolczyków u noworodków, musztardy na smoczku, cukru w butelce od pierwszej doby, i wisiadeł wpijających się w małe krocze. Ale daleko mi od fanatyzmu. Nie wierzę, że rodzisz dziecko żeby mu zrobić źle, że kupujesz to wisiadło za 300+ piniondzów, w dobrej wierze, reklamowane w piśmie dla mam, żeby dziecku bioderka umyślnie zwichrować, że śpisz z dzieckiem żeby je udusić w nocy własnym cycem, że dałaś cukierki żeby latorośl zachorowała na cukrzycę, a już na pewno żeby miało próchnicę w mleczakach.

Coraz trudniej jest być matką, bo wszystko jest źle. Trzeba się edukować, trzeba czytać o karmieniu, o rodzicielstwie, trzeba świadomie planować rodzinę… a ja widzę mnóstwo zagubionych dziewczyn, które nie wiedzą czy mogą twarz kremem posmarować, bez obawy, że zrobią nienarodzonemu krzywdę . Nie wiedzą czy mogą pachy antyperspirantem popsikać, czy wolno im zjeść w ciąży cebulę, czy mogą paznokcie pomalować. Bo przeczytały w Internecie… przeczytały i już nie śpią drugą dobę, bo co teraz?!

Zbiorowa paranoja.

Słuchasz lekarza- źle bo on już się nie zna, słuchasz położnej – źle ona się też nie zna, słuchasz koleżanki – źle ona nie jest lekarzem, słuchasz matki – źle ona już nic nie pamięta, musisz starać się bardziej.

Bo co byś nie zrobiła i tak zrobisz źle.

Bo zawsze mogłaś się tak nie spinać, albo postarać bardziej.

Bo masz za brudno albo… za czysto – no co ty tak czysto masz, nie bawisz się z dzieckiem?

A co ty taka wyspana? Makijaż masz, jak to? Gdzie pot i łzy?

Ryczysz…no nie mów, że baby blues, to takie wielkomiejskie. Za delikatna jesteś.

Bo depresje mają wariatki a luzują się ignoranci.

Bo pieluchy jednorazowe to brak szacunku dla środowiska, a wielorazowe to kasa w błoto i tymczasowa moda.

Bo dostęp do wiedzy doprowadza nas do szaleństwa, bo trzeba wiedzieć kto ma rację, i czyja racja jest bardziej nasza niż wasza.

Bo gdy jesteś matką, świat to za mało.

Dzisiaj świętujemy!

Od roku jestem podwójną mamą. Dzisiaj dmuchamy razem pierwszą świeczkę na cześć naszej wspólnej przygody.

Szczerze? Nie mam pojęcia jak przetrwałam ten rok, za nic w świecie nie chciałabym wrócić do jakiegokolwiek etapu z minionych 12 miesięcy.
Zła matka? – dać jej szansę! – dziękuję wewnętrzny głosie, tak zrobię.  Większość dni mijały mi na zaciskaniu zębów, i skreślaniu kratek w kalendarzu. Drugorodna jest cudowna, ale… mając na podorędziu egocentrycznego dwulatka-antagonistę z silnym charakterem, poczuciem własności i donośnym głosem, i rocznego, niezmordowanego aktywistę ze skokiem rozwojowym, przytwierdzonego do mnie każdą komórką ciała, w formacie ” ludzka huba”, nie mogę bryzgać tęczą. To jeszcze nie ten etap. Trzymam ją w środku i czekam na lepszy moment. Zerkam na zdjęcia i wiele niestety nie pamiętam. Już teraz mylą mi się dzieci na zdjęciach ze szpitala ( noszę się z zamiarem podpisania zdjęć, ale idzie mi jak po gruzie). Zrobiłam antyramę ze zdjęciami i kartką z kalendarza dla każdej z pań, obok zdjęcia udało mi się jeszcze wcisnąć po małej skarpecie na pamiątkę ( szczerze nie wiem która jest czyja ;-D). To moja duma bo na więcej artystycznej twórczości z reguły nie mam już czasu.

Matko wywołuj.

Jestem typem wywoływacza zdjęć, nie lubię oglądać zdjęć na komputerze, może to starość, może wygoda, dla mnie zdjęcia wywołane, w ramce, czy w albumie to coś zupełnie innego niż wersja cyfrowa. Jeśli miałabym mieć jakieś przesłanie dla przyszłych mam to RÓBCIE ZDJĘCIA I WYWOŁUJCIE JE! Nawet te marnej jakości, robione starym telefonem. Wszystkie zdjęcia pierworodnej ze szpitala robione były słabym aparatem w telefonie – ile dają mi radości gdy je teraz przeglądam, mam też foto-książkę ale zdecydowanie wolę zdjęcia. Drugorodna ma mniej zdjęć, to dlatego, że po jej urodzeniu nie miałam czasu pstrykać fotek, nadrabiam teraz bo jeszcze nie jest za późno. Wracając do mojego wywodu na temat rozrzewnionej twarzy na myśl o początkach wspólnej drogi w kombinacji 2+2 = szaleństwo. Nie miałam depresji bo jestem na to zbyt cyniczna, natomiast wypłakałam wiadro łez, to na pewno.

Chaos, widzę chaos!

– Nie mogło być aż tak źle – o super, kolejny wewnętrzny głos, dla równowagi mam dwa, jeden mnie klepie po ramieniu, a drugi szarpie mnie za nogawkę szepcząc ” za mało”, dobrze, że w szaleństwie te wewnętrzne głosy prowadzą polemikę również między sobą. Benefity

Wracając do meritum, podwójne macierzyństwo dało mi w darze dystans do świata, ludzi i siebie, do bałaganu i brudnej buzi, do biegania boso po trawie i legendarnej czapeczki, oraz zamiłowanie do kawy. Co do szaleństwa to mam nadzieję napisać kiedyś książkę więc może uda mi się je przekłuć w literacką kreatywność. Zatem i szaleństwo umieszczam na liście zysków.

O czym marzę

O śnie, ale to chyba oczywiste 😉 Chciałabym też mieszkać w bucie z czekolady, obawiam się jednak, że szanse mam marne.

Wiadro cierpliwości raz! Niestety mój wybuchowy temperament nie jest moim sprzymierzeńcem. Chciałabym też więcej pisać, nie mam na myśli raportów, ani sprawozdań. Szczerze, nie broniłabym się przed chwilą dla siebie, nadal brakuje mi tête-à-tête we własnym towarzystwie. TAK, CHCĘ MIEĆ CHWILĘ SPOKOJU!

P.S. Czy wasze latorośle również śpią zwinięte w kule, jak jeże? Ja mam właśnie dwa takie jeże przy sobie. Bo tak się składa, że czas na pisanie miewam jedynie nocami.  Śpią coraz ładniej, ale czekam na moment gdy w moim dorosłym łóżku będą tylko dorośli. Bardzo lubię miąchanie, ale wiem, że polubię je jeszcze bardziej gdy między jednym miąchaniem, a drugim będzie przerwa. 

A przy okazji, jak ładujecie baterie? Podzielcie się 🙂

Znajdziecie nas również tutaj

 

Wakacje w toku

Niektórzy twierdza, że z dzieckiem da się wszystko, inni, że zależy z jakim dzieckiem. Ja należę do tej grupy ostrożnych, bo znam swoje panie, i wiem do czego są zdolne. Z wielką trwogą wybrałam się z nimi na wakacje 🙂

Jestestem na wyjeździe z hrabinami, bałam się drogi ale nie była najgorsza – dziewczyny nie krzyczały (aż tak dużo), choć było dużo męczybułstwa i maruderstwa.

Moim wielkim sprzymierzeńcem w takich sytuacjach jest mój mózg, który po przyjeździe postanowił po prostu wyprzeć złe wspomnienia związane z drogą.

Na miejscu potrzebowały tygodnia żeby się zaklimatyzować, już się bałam, że to nigdy nie nastąpi, ale dla tak małych bąków jak moje tydzień to minimum. Musiały poznać każdy nowy kąt, każdą nową ciocie i wujka. Nadal ze sceptycyzmem odnoszą się do niektórych osób ale jest coraz lepiej.

 Bariera językowa, jaka bariera!

Dwulatki nie maja takiej bariery, nie robi im żadnej różnicy czy mówią do nich po francusku, niemiecku, niderlandzku czy po polsku. Plac zabaw jest jak wieża Babel. Drugorodna zaskoczyła mnie umiejętnością przemieszczania po różnych powierzchniach, jako, że w miejscu gdzie przebywamy dzieci biegają boso po parku, placu zabaw i nie noszą czapek gdy temperatura jest na plusie, moje hrabiny szybko przyjęły ten przyjemny zwyczaj, i pierworodna oficjalnie zdjęła dzisiaj w piaskownicy skarpetki, do tej pory śmigała w skarpetach wzbudzając salwę śmiechu. (Przy jej zaburzeniach SI to mały krok dla człowieka, a wielki krok dla ludzkości). Drugorodna śmiga na wszystkich kończynach jakie ma, pionizacja przebiega pomyślnie, już za momencik , już za chwileczkę i będziemy chodzić samodzielnie. Widzę gdy się zapomina i maszeruje twardo na dwóch nogach. Serce rośnie.

Gdyby w tym momencie ktoś mnie zapytał, jak to jest mieć dwójkę dzieci z małą różnicą wieku, powiedziałabym, że to tak jakby mieć w jednej ręce odbezpieczony granat, a w drugiej pojemnik z nitrogliceryną. Dwulatek z fazą na NIEEE i MI TOOO, oraz ruchliwy roczniak z temperamentem, potrafią przyprawić o zawrót głowy. Co mi się tutaj podoba eh, te place zabaw, nie jakieś wyszukane z górnej półki, a wręcz przeciwnie, z czego się da, uwielbiam place zabaw ze sznurów i starych opon, kawałków plastiku i gumy, ze 100 % recyclingu, z piaskiem znad morza, który pachnie rybą i ma mnóstwo muszelek, po którym stąpasz gołą stopą.

Podoba mi się ten luz i totalny brak parcia na wygląd, brak makijażu i stroju spod igły. Podczas deszczu sporo osób zakłada na głowę reklamówkę! Tak dokładnie – reklamówkę – bez spiny, no bo co innego mieliby przywdziać skoro pada ze wszystkich kierunków, a wiatr i tak łamie parasol.

Ceny z kosmosu –  to niestety minus wojaży w kierunku zachodnim. Zrobiłam dzisiaj napad na gringloop – sklep z używanymi rzeczami, i czuje jak rozpiera mnie duma, bo upolowałam kilka naprawde fajnych rzeczy. Udało mi sie kupić miękka książeczkę sensoryczną za 2 euro, drewniany pociąg za niewiele więcej i drewniany rowerek biegowy za kilkanaście euro. Do domu wróciłam objuczona jak wielbłąd i zaraz zabieram się za pranie i mycie zabawek.

A co wy myślicie o kupowaniu używanych zabawek dla dzieci – tak czy nigdy w życiu?  Co się rzuca w oczy – mi w tym konkretnym miejscu rzuca się w oczy brak młodych ludzi na ulicach, po prostu ich tutaj nie ma. Szkoła kończy się o 17.00 młodzież nie ma czasu, nie widzę mam, ani dziadków z wózkami na spacerach.  Ma to swoje plusy, pierworodna często się dąsa i obraża, ponieważ przechodzi fazę totalnego sprzeciwu dużo leży na chodniku. Nikt nie zwraca tutaj uwagi na krzyczące, płaczące czy histeryzujące dziecko. Nie ma współczujących spojrzeń, nie ma żadnych spojrzeń. Dziecko krzyczy bo dzieci krzyczą. Koniec. Taka filozofia. To w sumie w danym momencie plus, bo nie muszę się tłumaczyć, czy odpowiadać na pytania typu „ a co jej się stało, biedulka, o mama nie pozwala” itd. Miasto jest bardzo ładne, poszpanuję zdjęciami jak tylko znajde czas na jakieś. Wchodzimy w skok z drugorodna i znów śpimy jak  wtulone w siebie oposy.

A czy ja się już chwaliłam gdzie jesteśmy? Jeszcze nie? Stacjonujemy w Ieper. A wy gdzie spędzacie urlop w tym roku?

Hej biesiada!


Rozmowy przy stole

Brakuje mi wspólnych posiłków przy stole, bo gdzie jeśli nie tam dowiemy się, że wujek Jurek zostanie dziadkiem w wieku lat 38, no i jak to możliwe?! albo, że znajomy kolegi kuzyna Marcina zna kogoś, kto wygrał w lotto. Oraz JAK GO TEN KESZ UNIESZCZĘŚLIWIŁ. Uwielbiam rozmowy przy stole,  wychodzą wówczas wszystkie brudy, tajemnice krewnych, a nawet kłótnie i waśni. Takie spotkania nad talerzem, to skarbnica wiedzy 😉  

Klątwy jedzeniowe

Znałam kiedyś jednego gościa, nad którym krążyła klątwa gąsienicy. Ilekroć jegomość zakupił kalafior – po ugotowaniu okazywało się, że w garnku prócz warzywa pływa trochę mięska. Niby nic a człowiek drżał przed warzywami.

Klątwa schabowego

Nad panem M  krąży, klątwa niedosmażonego schabowego. Proponowałam  zamienić mięso na rybę. Zamienił – dostał surową w środku. Karmy nie oszukasz.

Mam znajomego, pan G –  nad którym krąży klątwa włosa. Za każdym razem gdy idziemy  do restauracji pan G otrzymuje danie z włosem, jakby ktoś mu tego cholernego włosa pchał na siłę do zupy.

Ja nigdy nic nie mówię, bo należę do tej grupy ludzi, co wyciągają włosa z zupy i jadą dalej. Zjem wszystko co dadzą, a jeśli czegoś nie zjem, to zachomikuję w policzku – jak kaszankę  w przedszkolu. Ważne żebym nie musiała gotować, a cała reszta będzie do zniesienia.

Znam pewną damę, nad którą ciąży klątwa niestrawności. Ilekroć zje posiłek u kogoś – grill, urodziny, wigilia u teściowej, własny ślub – bez różnicy – zawsze ma niestrawność. Zastanawiałyśmy się nawet nad zmyślnym podtruwaniem, bo przecież w każdym spotkaniu biorą udział te same osoby…  ale nie ma wśród nas Sherlocka Holmesa, więc na razie pozostanie to w sferze gdybania.

Nade mną wisi klątwa ziela angielskiego. Jeżeli wrzucisz do bigosu 15 kulek to ja znajdę je wszystkie, i każdą przegryzę. Niezamierzenie. Nie powstrzymuje mnie to przed zjedzeniem bigosu – ani w wersji letniej ani w wersji pełnej świątecznej ( o moich przygodach z bigosem w roli głównej możecie przeczytać również TU możliwe, że są wśród was amatorzy tego dania, którzy są gotowi oddać za nie swoje dobre imię – jak ja).

Nad moim dzieckiem z kolei, wisi klątwaoch nie” czyli daj mi coś do picia, a ja ci pokażę jak to wylać.

Nie tylko rozmowy w gronie rodzinnym stanowią dobrą pożywkę dla duszy i ciała. Konsumpcja w obcym gronie pomaga przełamać bariery.

 Co robicie gdy trafi wam się paskudny kawałek jedzenia, a wiecie, że ktoś włożył w danie dużo pracy? Na przykład jesteście na spotkaniu z klientem, dodam na spotkaniu w domu, w jego domu. I właśnie wiecie, że lubi gotować, i przygotował dla was pyszne danie ( tzn. on tak myśli, a wy chcecie umrzeć, i macie tą cholerną świadomość, że przed wami jeszcze cały talerz jedzenia). Ja zawsze proszę o wodę i połykam całe kawałki. Może nie jest to najsprytniejsza z możliwości, ale działa od przedszkola, a przynajmniej od momentu, w którym pani kucharka się zorientowała, że pod hałdą ziemniaków ukrywam mięso, i musiałam opracować nowy plan działania. No właśnie do póki nie odkryłam jadalnych glonów, myślałam, że najgorsze co może mi się przytrafić to zepsuta ośmiornica w kanapce. Myliłam się. Raz zostałam zaproszona na obiad do klientów do domu, byli to przemili Koreańczycy. W wielkich bólach zjadłam zaserwowaną zupę z owoców morza z wodorostami – popijając każdy łyk szklanką wody – następnie z wyrazem radości na twarzy skwitowałam posiłek słowami „ było pyszne” ( radości, że ten koszmar się skończył). Mój całkowity brak asertywności doprowadził do tego, że w nagrodę otrzymałam sowita dokładkę zupy i informację, że woda mineralna się skończyła, ale jest ciepła zielona herbata…. Ból psychiczny pozostał.

Wracając do mojej rzeczywistości matko-hrabinowej, aktualnie ciężko zjeść coś wspólnie, nasze posiłki bardziej przypominają biesiadę Vikingów, niż posiłek w gronie rodzinnym. Dosłownie rzucamy mięsem. Czasami można dostać brokułem lub marchewką. Pierworodna lubi bawić się jedzeniem, najbardziej cieszy ją przelewanie, z moich obserwacji wynika, że nie jest to przypadek odosobniony, drugo rodna już podąża jej śladami.

A jak u was na froncie? Lubicie wspólne posiłki?

 

EURO TRIP

To już jest koniec

Skończyły się święta, skończył się długi weekend, grill zasypał śnieg,  i co teraz? Jak nadać życiu tempa, jak złapać rytm. Można iść do pracy, ale co nas będzie trzymało w kupie do piątku… Weekend?  Nie każdy ma weekend. Mój weekend jest we wtorek bo wtedy idę do pracy.

Jakie mamy opcje?

Czas zaplanować URLOP. To światło w tunelu. Wyjeżdżam z hrabinami na miesiąc, do Beneluksu. Będzie ostro bo pan M musi zostać w domu. Ja i one dwie. Taki Euro trip. Mam nadzieję, że nas nie deportują. Mam nadzieję, że dojadę do celu, nie w kaftanie bezpieczeństwa tylko w przygotowanym na tę okazje odświętnym, czystym, wakacyjnym  dresie.

Psycho planner

Jak na psychopatę przystało planuję urlop dużo wcześniej. Gdy jechałam pierwszy raz z pierworodną na wakacje miała wówczas 5 miesięcy – zapobiegawczo zrobiłam spis ważnych rzeczy do zabrania i napisałam … książkę. Nie była długa jak na e-booka bo zaledwie 15 stron. Nie zabrakło w niej informacji o najbliższym szpitalu z mapką dojazdu. Najdłuższy był rozdział leki, choroby i bóle. Z czasem dopisałam do listy mnóstwo drobiazgów łącznie z tym, jak rozrobić kalie w kąpieli. Po co? Ponieważ rok później mąż a zarazem ojciec hrabiny miał w planach spędzić SAM wakacje z pierworodną. A co ja na to – wiadoma sprawa PANIKA, ZIMNE POTY, DRESZCZE I WIZJA ŚMIERCI GŁODOWEJ DZIECKA. W końcu zmusiłam pana M do przeczytania opasłego poradnika, spojrzał na mnie i całkiem poważnie powiedział:

„Ty naprawdę myślisz, że ja jestem debilem”… Ja na to, że „skąd?!”. Przecież to dla dobra waszego i naszego powstał ten „ poradnik matki” a wówczas pan M odparł z Marsową minął, że punkt trzeci rozdziału czwartego mówi o tym, żeby na plażę ubrać jej czapkę z daszkiem i nie wychodzić między 12.00-15.00

No cóż może trochę mnie poniosło . Może zapomniałam, że jedzie z tatą a nie sama. Może gdzieś tam w mojej wizji był obóz przetrwania w dżungli amazońskiej. A jednak historia lubi się powtarzać. W tym roku jadę z pacholętami, dla odmiany SAMA, i również tworzę kolejną listo-książkę dodatkowo pomyślałam, że przecież nie zostawię tak biednego pana M żeby się zatęsknił i zanudził przez ten miesiąc i w prezencie przygotowałam  listę zadań, które może prawie dobrowolnie zrobić gdy nas nie będzie ( jest na niej kilka prac Syzyfowych).

Świat w skorupce orzecha

Czy można jechać na wakacje bez stanu przedzawałowego? Bez omdlenia,  gorączki i poczucia, że czegoś zapomniałam? Dwa lata temu mój wyjazd do ROWÓW na 3 tygodnie z jednym dzieckiem wiązał się z zabraniem połowy mieszkania ( piękna miejscowość – gorrrąco polecam, cisza, spokój, szlaki rowerowe. Mogłam bez obaw jeździć z hrabiną po lesie i nikt nie patrzył krzywo, że krzyczy. Wieczorami dziki baraszkowały pod oknami w naszych śmieciach zmuszając nas do chowania kontenera – raz przyszła wielopokoleniowa rodzina, był strach, był.) Jak się spakować z 2 dzieci… Wiem, że są wśród was WYJADACZE, że są i tacy co z noworodkiem do Meksyku mogliby się wybrać. Dla mnie wyjazd tak daleko jest jak podróż na Księżyc. Co zabrać. Jak żyć.

Co znalazłoby się na waszej liście rzeczy niezbędnych?

Kocham cię życie

Jest dobrze
Ostatnie dni są dla mnie coraz łaskawsze. Dzieci mi dorastają, budzą się coraz rzadziej, pierworodna wciąż tańczy, pochmurne dni spędzamy przy Vivaldim przebrane za baletnice. Drugorodna uskutecznia plan zjedzenia mieszkania. Jest dobrze.
Zbyt cicho

Cisza jest zawsze podejrzana –  wchodzę do pokoju sprawdzić co się dzieje. Najpierw wzrok mój przykuwa góra ubrań, nie jakichś tam szmat czy ręczników do prania, ale czyściutkich, wyprasowanych ubrań dokładnie tych, do wyprasowania których zbierałam się przez ostatni tydzień. Leży sobie i rozsiewa zapach płynu do płukania, pomięta, zhańbiona Hołda ubrań, rzucona z pogardą na zimne panele. Na szczycie hołdy przyklejony i wdeptany flipsik. Ot, taka wisienka na torcie. Jeden dzieć stoi przed szafą i zagląda przez szparę między drzwiami do środka, otwieram szafę i co ja paczę. W szafie, na półce wkomponowany w wolną przestrzeń po wyrzuconych ubraniach – mój drugi dzieć 17 kg zwinięte w kulę niczym jeż. Widzę, że dyszy, że niewygodnie, że twarz już poczerwieniała z wysiłku.

– Wychodzisz z tej szafy?

– Nie

– Kotek, ale przecież ci niewygodnie

– Nie mamo

Wskazuje mi palcem drzwi – mam wyjść. Stoję i patrzę. Młodsza zasuwa drzwi a starsza chowa się na półce. W trakcie dnia chowałam jeszcze z 5 razy ubrania do szafy. Wieczorem poddałam się bo to już nie miało sensu a poziom wygniecenia ubrań prosił się o ponowne wyprasowanie.

Małe radości

Byłyśmy również na spacerze. Dla mnie każde wyjście to wygrana w lotto. Cel jest zawsze ten sam: przetrwać. Pierworodna wyskakuje bez ostrzeżenia z wózka, wypina drugorodną, która nienawidzi butów, w ciepłe dni ubieram jej skarpety ale ostro z nimi walczy, Po 40 minutach jedzie boso, na szczęście biorę zapas onuc ze sobą. Pierworodna już zniknęła z pola widzenia. Czuję zimny pot na plecach i szczypanie na całym ciele, odwracam się i jest. Kazałam jej iść od strony żywopłotu nie od ulicy. Posłuchała, wlazła w żywopłot i stoi. Stoi i je bułkę. Za chwilę znowu znika. Nie ma. Pobiegła zerwać Mleczyk.