Boli mnie mózg!

Gdyby moje życie było filmem byłoby….

Latającym cyrkiem Monty Pythona

Oglądam Monty Pythona i właśnie mnie olśniło.

„Przeciwnika z brzoskwiniami należy zwalczyć za pomocą krokodyla (…) z pigwami w dłoniach kryjecie się za boazerią (…) Gdy zagraża ci tłum z malina, wypuść na nich tygrysa”  ( Monty Python, Samoobrona)

Boshe tyle lat się zastanawiałam o co im chodzi w tych serialach a teraz w końcu, po 3 latach spędzonych w towarzystwie niemowląt, okazuje się, że jest to jedyna forma dowcipu, która trafia do mnie ze zrozumieniem. Mam ochotę przybić im wirtualną, telewizyjną piątkę, szczególnie po dialogu związanym z atakiem owocami.  Bo ludzie, ja takie ataki przeżyłam i to nie raz, i nie tylko pigwami, toszto mnie atakowali truskawką, kiwi we własnej osobie, bananem… a wczoraj zostałam zaatakowana przecierem z buraka, i gdybym tylko miała pod ręką krokodyla albo tygrysa, który rozgoniłby towarzystwo i zjadł wszystkie warzywa i owoce… no ale czasu nie cofnę, najwyżej będę przygotowana na kolejne ataki.Boli mnie mózg!

Podobnie jak adepci sztuk walki, ja również przerabiałam już atak jeżynami, granatem, pomarańczami w kawałkach i w całości…

 

Dzisiaj na przykład dywagowałam z moim ślubnym na temat zwietrzałych zapachów do kontaktu, które zakupiłam w pobliskim dyskoncie z owadem w logo. I tak rozprawiamy o tym jakie to życie niesprawiedliwe, i jak to nam biednym zawsze wiatr w oczy i piasek w usta bo nawet cholerny zapach do kontaktu nie pachnie. Ślubny jako samiec Alfa postanowił naprawić, bo przecież pachnieć musi, no i tak rozbroiliśmy rzeczony zapach na części elementarne, żeby jednogłośnie uznać co następuje:

– nie pachnie…

– ano nie pachnie.

Już małż mój niósł owy wtykacz zapachowy do śmietnika, gdy nagle go oświeciło i triumfalnie powrócił skandując

– wiem, wiem, wiem czemu nie pachnie

– czemu? – Pytam z wypiekami na twarzy, bo to przecież najciekawsza rzecz jaka mnie dzisiaj spotkała, nie licząc wybuchu pieluchy

– to na komary!

Dziękuję, dobranoc.

 

Myślę, że to nie będzie ostatni wpis o Monty Pythonie 😉

 

A jakim filmem jest wasze życie?

 

Reklamy

Zrób sobie dobrze

Leżeliśmy  obok siebie, zmęczeni, spoceni, dreszcz przebiegał nasze ciała. Zimni i ciepli zarazem, spragnieni i syci, ja obolała, on zadowolony. Nasze usta spierzchnięte, oczy błyszczące, źrenice jak jednocentówki.

 

clem-onojeghuo-143345

Photo by Clem Onojeghuo on Unsplash

Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej. Próbując osiągnąć szczyt spełnienia w jeden z tych ostatnich ciepłych dni jesieni, wybraliśmy się w plener. Zapakowałam torbę, wszystkie gadżety, koce, napoje,  kremy nawilżające. Były również zabawki – pluszowe, gumowe i kilka świecących. Już nie pamiętam kiedy robiliśmy to w plenerze. Przed wyjazdem musieliśmy się odpowiednio ubrać, jak wiadomo zabawy w plenerze wymagają nieco kreatywności.

Zapowiadało się bardzo ciekawie. Wstałam podekscytowana, a każdą czynność przerywała mi nawracająca myśl – co jeszcze ze sobą zabrać, i czy wszystko się uda.

Podróż do celu nie zabrała nam wiele czasu, upatrzyliśmy sobie zaciszny kącik w miejskim parku. Często chodzimy właśnie w to miejsce, ze względu na miłe otoczenie, zieleń, plac zabaw, a co więcej nie ma tam wielu znajomych.

Rozłożyliśmy koce, wyciągnęliśmy zabawki, gadżety, torba z kremem była w pogotowiu.

– Chyba mam wszystko

– To co, zacznij a ja zaraz do ciebie dojdę, powiedział pan M, po czym zniknął za krzakami.

Zanim wrócił, zdążyłam się już dobrze spocić, hrabiny szalały na pikniku, biegały od kamiennego kota do metalowej konstrukcji przypominającej żyrafę, co chwilę przynosiły nowe znalezisko w postaci robala, kamienia lub kapsla po piwie. Swoim jastrzębim okiem widziałam jak pan M targał z bagażnika wózek bliźniaczy, na wypadek gdyby panie uznały, że bolą je nogi.

– Mamy wszystko?

– Z nimi nigdy nie wiesz co będzie potrzebne, powiedzmy, że mamy wszystko o czym pomyśleliśmy. Musiało nam to wystarczyć. Ulubioną zabawką hrabin w tym czasie była gumowa świecąca kula, która po zderzeniu z ziemią potrafiła wywołać oczopląs u zdrowej dorosłej osoby. Zabawa trwała w najlepsze, zjedliśmy kilka kanapek, popiliśmy sokiem, pobiegaliśmy i spociliśmy się jak szczury. Żadna z pań nie zrobiła nam na szczęście niespodzianki, więc krem się nie przydał, no może poza kremem do twarzy.

Już w drodze do domu czuliśmy zgubne skutki biegania bez kurtek. Zanim zaszło słońce, leżeliśmy skuci gorączką na łóżku – 37,5 może termometr się zepsuł –  termometr za całego Jagiełłę nie może się zepsuć, będziemy chorzy… – wydukałam głośno przy tym przełykając – i tak było warto – wyszeptał pan M i zakrył się kocem z polaru.

Cykl roku według Matki

Nadszedł wyczekiwany przez wszystkich piździernik.  W dziesiątym miesiącu roku, większość społeczeństwa poddaje się modzie na infekcje. Ja gorsza być nie chcę, więc również mam swoją.

Gdy nie było hrabin  a mnie zaczynało coś łamać zakopywałam się pod kołdrą z termoforem, ciepłą herbatą, przysmakiem na talerzu i dobrym filmem na DVD. Dobrze, że człowiek ma chociaż co wspominać :-). Dacie wiarę, że wydawało mi się wtedy, że jestem zmęczona?!

Własnie kończę piździernikową infekcję i zastanawiam się kiedy będzie następna, czy będzie spacja, czy może płynnie niczym arabeska przejdę z jednej w drugą. Przynosząc ten ostatni krzyk mody do domu – infekcję z czerwoną gałą ( tak zalało mi gały od kaszlu, ale znalazłam mnóstwo zdjęć w Interentach wskazujących na to, że są ludzie którzy sobie taką gałę tatuują na czerwono, żeby wyglądała jak moja) – niechcący zaraziłam obydwie latorośle. Jakże zastanawiający jest fakt, że gdy sprzedasz choróbsko dziecku to ono bez względu na rodzaj wirusa, zaczyna każdą infekcję od wymiotowania. W ciągu ostatnich czterech dni zostałam obrzygana dokładnie cztery razy. Dochodzę do wprawy – dzisiaj próbowałam złapać pawia w garść, i Jack pot! w ostatniej chwili udało mi się przyjąć go w objęcia.

Najbardziej lubię te momenty gdy po uśpieniu pań skradam się do toalety, gdzie mogę obmyć ciało z brudu codzienności, a kiedy wychodzę na bezdechu kontenta z siebie, pachnąca i namaszczona,  moje drogie panie i tak mnie usłyszą i się obudzą, nawset jeśli przelecę nad przedpokojem niczym Ikar .

Wchodzę do pokoju z nadzieją, że to tylko mamoza nawykowa, ale nie… jak piździernik to piździenrik, więc najpierw jedna pani, potem druga pani, potem zmywam wymiociny z rąk, szyi, dekoltu etc w zależności od ustawienia.

Za oknem orkan, pada, wieje, wilki jakieś, ale ja mam sposób na znalezienie światełka w tunelu. Każdy rok dzielę sobie na partię według towaru na półkach w Biedronce. Aktualnie mamy sezon zniczowy – tak to już! Są znicze małe duże, średnie, całe palety. Po sezonie zniczowym płynnie wchodzi sezon bombkowy – w ciągu jednej nocy znicze zostają zastąpione przez kolorowe ozdoby, uśmiechnięte renifery, zdeformowane maski Chińskiego Mikołaja z liniejącą brodą, czekolady z napisem Merry X-mas oraz pudełka z piernikami.

Co następne, kto zgadnie? No jak to co – sezon na ferie! – kupujemy sanki, dupoślizgi, kaski na snowboard, ocieplane gacie i czekamy na śnieg. Kolejno do akcji wkraczają pisklaki, koszyki, bazie, żonkile, rzeżucha i kolorowe czekoladowe jajka ( ja akurat kupuję je cały rok). Ledwie człowiek zasadzi tą rzeżuchę, jeszcze mu nie zwiędnie, a już mamy weekend majowy i trzeba wyciągać grilla z piwnicy. Nie ważne czy śnieg czy słota, Polak grilluje w każdych warunkach – tak dochodzimy do happy end’u w postaci końca roku szkolnego,  z przerwą na matury i kwitnące kasztany. W czerwcowym katalogu bon prix wybieram stroje kąpielowe i zastanawiam się czemu nie schudłam w zimie, i jak ja teraz nie chcę się odchudzać – bo przecież kto biega gdy pocić sieęmożna siedząc… Pod koniec sezonu zaczynam nienawidzić słońca i czekam na najmniejszy powiew wiatru, na sam widok dyń w Biedronce serce rośnie a dusza śpiewa, bo oznacza to jedno – w końcu będzie chłodniej.. i tak nadchodzi piździernik.  Czekolady, stroje kąpielowe, okulary i kremy z filtrem zastępują fervex, gripex, rutinoskorbin i syrop wykrztuśny. Otuchy dodają palety zniczy ustawione od podłogi pod sam sufit. Na szczęście niedługo znicze wymienią na jemiołę 😉

 

Chaos

W tym wpisie nie dowiecie się o tym, że jadłam krokodyla ani, że czekolada z popcornem jest naprawdę smaczna, nie będzie nic na temat rodzajów piwa w Belgii ani o tym, jak przez 16 godzin wracałam autem do domu.

Tym razem zacznę od GRY. Nie od recenzji, dajcie spokój, przecież ja się do recenzji zupełnie nie nadaję. Wyobrażacie sobie, że mam zrecenzować np brzoskwiniowy krem do ciała?!

„ Produkt opakowany jest w pogryzioną plastikowa butelkę, widać odbicia ludzkich zębów. Butelka bez substancji szkodliwych. Dziecko lizało ją 30 minut, bez efektów ubocznych. Balsam świetnie spisał się jako krem do pupy podczas nieoczekiwanego wybuchu pieluchy. Świetnie się wchłania i zostawia lekki filtr na pośladkach”

Dlatego my nie testujemy. Gdyby jednak znalazł się chętny cynik, który pragnie znaleźć 101 zastosowań swojego produktu niezgodnych z przeznaczeniem – polecamy się.

Dzisiaj będzie zupełnie nie na temat. Zacznę od GIER PLANSZOWYCH.

Zastanawiałam się czy istnieją gry planszowe o macierzyństwie? Bo ja z chęcią zakupię taką grę. Najlepiej gdyby zamiast pionków były kieliszki do wina. Jeśli czyta mnie jakiś wydawca planszówek to rzecz jasna polecam się do napisania gry, i z chęcią będę ją testować do UPADŁEGO … z ochotnikami. Od razu założymy grupę na FB „Cy Gie” – czyli Czary Gary.

W mojej głowie rysuje się wizja gry idealnej, takiej gdzie w zestawie prócz planszy jest czerwone słodkie i cztery kieliszki. Zaczyna ten, który pierwszy otworzy butelkę bez korkociągu. Zróbmy utrudnienie, niech do wydobycia korka posłuży łyżka, poczujemy się jak w liceum. Plansza musi być spora, bo wiadomo jak taki kielich postawisz, to przecież musi być miejsce i na butelkę jako kluczowy element gry.

Kto by nie zagrał, no kto?!

Zaczynasz od mapy macierzyństwa à start à NIE CZUJĘ DNA, GDZIE JA JESTEM (losujesz kartę z pytaniem „ jak żyć”)

Kolejna kolejka i rzut kostką à ciągniesz kartę życia ( gratulacje urodziłaś trojaczki) w tym momencie dostajesz również plastikowy samochodzik, który zabiera cię do pierwszego przystanku OBŁĘD nie, to nie depresja, to pierwsze oznaki utraty zmysłów.

Karty z pytaniami

Łyk, rzut, łyk, rzut… łyk i lądujesz na zielonym polu, szukasz koniczyny. Zabawa na czas, a jak wiadomo, matka na czas potrafi sikać, myć zęby i bić kotlety, więc z takim zadaniem na czas też sobie poradzi.

Jesteś na polu „Wyzwanie czy pytanie” ( pytanie rzecz jasna z fizyki kwantowej, więc wybierasz zadanie). à Masz 60 sekund na obranie 5 ziemniaków, przebranie pieluchy, zaparzenie i wypicie kawy, ubranie się i przekonanie dwulatka, że w grudniu nie może wyjść w klapkach na zewnątrz.

Kolejny rzut kostką à czekasz jedną kolejkę. Utrudnienie gry polega na tym, że przed każdym rzutem kostka wypijasz wino, a twój kieliszek nigdy nie może zostać pusty. Wygrywa ten kto dotrze do mety z najmniejsza ilością wina w kieliszku. Jednym słowem, dwie pieczenie na jednym ogniu.

Teraz zestaw kart z pytaniami zadawanymi przez dziecko w miejscach publicznych, na które musisz udzielić wyczerpującej odpowiedzi i nie zostać zaatakowana przez przechodniów, pytania  z serii „ Mamo dlaczego”

  • Mamo dlaczego ten pan jest taki gruby
  • Mamo dlaczego ta pani jest taka stara
  • Mamo czy ty umarniesz
  • Mamo czemu słońce jest żółte
  • Mamo co to jest jeans
  • Mamo gdzie lecą te ptaki
  • Mamo czy możemy już oddać dzidziaka?
  • Mamo czy tato też ma mamę?
  • Mamo czy Mikołaj umarnął i nie będzie prezentów?
  • Mamo czy mogę mieć łóżko z czekolady

Przerwa w nadawaniu, teraz pijesz bo chcesz i lubisz, więc nie zważasz na to czy kielich pełny czy pusty do połowy, ważne żeby usta były mokre.

Brzmi jak zwykła rozrywka ale przed nami element karaoke. Stajesz na środku i musisz odśpiewać hymn matki
Czyli mam tę moc!!!!

Cały film

 

A teraz coś zupełnie z innej beczki, tak żeby dzisiejszy wpis był jeszcze bardziej chaotyczny. Otóż mam ci ja taką rozterkę, wróciłam na ojczyzny łono dwa dni temu i nadal się nie rozpakowałam z jednej walizki. Ponieważ za dwa tygodnie znowu wyjeżdżam, zastanawiam się czy JEST SENS w rozpakowywaniu?! bo przecież mogłabym zabrać tą walichę i pozamiatane,  pan M do reklamówki Lidla, i jedziemy.

Miałam napisać opasły wpis w formie relacji z powrotu, ale jest to historia pełna grozy i nijak nie wpisuje się ani w kanony moich sarkastycznych wypowiedzi owianych szaleństwem, ani nawet w bajkę z krańca lasu, więc chyba zachowam ją do wykorzystania w jakimś dark fiction na przyszłość. Zdradzę wam jedynie, że stałam dwa razy w tym samym korku, łącznie 5 godzin bo źle zjechaliśmy z autostrady i zamiast do Polski dojechaliśmy do Holandii. Jest moc.

 

 

Złe matki

Wpis z serii #Matkapopółnocy

Co matka to historia. Każda inna, bo każda ma swoje granice, swoje oczekiwania, swoje „mam ku*na dosyć”. Bo każda wie ile zniesie i ile może dać, ile flaków wypruć , i jak długo będzie jej to sprawiało przyjemność. Bo każda matka ma swój punkt G w sercu.

Internety kochają matki… kochają je gnoić, straszyć, oceniać od momentu zajścia w ciążę, do momentu wyprawienia dziecia na studia. Istnieje bowiem kilka rodzajów matek, w które najczęściej rzucają wirtualnymi odchodami, i choć przybywa nam mentorów, autorytetów i omnibusów w tej jakże ważnej dla każdego z nas dziedzinie, jedno się nie zmienia – matka nigdy nie jest wystarczająco dobra.  

Na pierwszym miejscu bezkonkurencyjnie, od kilku lat, laury hejtu i opary jadu zbierają jednogłośnie matki wariatki –  co to złożyły swoje ciała na ołtarzu macierzyństwa, te matki Polki, co za dużo czytały, i w dupie im się poprzewracało, kolejno mamy matki luzary, egoistki-hedonistki, co wszystko zrobią dla chwili spokoju – dają smoczki, butelki, lizaki, puszczają bajki, zabierają dziecia do znajomych na imprezy i podają sklepowe słodycze.

Brązowy medal w kategorii znienawidzonych przypada matkom zorganizowanym, matkom co to depresji nie miały ani baby bluesa, a ich konta na instagramie są pełne tęczy i cukrowej emocjonalnej waty. Perfekcyjne panie domu z włosem bezczelnie błyszczącym, niczym wielka niedźwiedzica. Obnoszą się swoją świeżą skórą  i szerokim uśmiechem, płaskim brzuchem i swieżą hybrydą na paznokciach. Ich mężowie jedzą domowe obiady, a dzieci robią do nocnika przed ukończeniem roku.

Matki wariatki

Poświęcają się do szpiku kości, zedrą własna skórę żeby przykryć nią dziecia, noszą na ręcach 15 kilowe bąki,  razem się kąpią, razem chodzą do toalety, ich dom jest jak pole bitwy, zamiast tłuc schabowe dla męża bawią się kiślem na panelach w salonie. Znajomi do nich nie przychodzą bo przynoszą zarazki, zamiast spać po nocach pieką bezglutenowe babeczki z fasoli, i robią lody z jarmużu. Rodzą w domu przy dźwiękach morskich fal.  Dają z siebie 1000% i tego wymagają od otoczenia. Nie krzyczą, nie unoszą się, są zen, nie oglądają TV, nie jedzą cukru, smarują dzieciom tyłki olejem kokosowym. Są bio, eko, zero waste i wiedzą, że prawda jest jedna, i to jest ich prawda.

Matki egoistki-hedonistki.

Nie palą gumy gdy dzieć zapłacze,  puszczą bajkę,  i dadzą do ręki parówkę. Czasami krzyknął, czasami wyjdą potańczyć. Dzieciak zjadł rolkę papieru toaletowego – spoko jak weszło to wyjdzie, wypił colę z puszki na parapecie – nic mu nie będzie. Nagradzają i chwalą nie bacząc na wyrządzaną dzieciowi „krzywdę”. Dają czekoladę, i uspokajają filmem na jutjubie. Nie mają przysłowiowej spiny, na spacery chodzą stadami, śmieją się i bezczelnie prowadzą życie towarzyskie, a ich dzieci nawet jeśli krzyczą to ćwiczą płuca. Oglądają filmy przy karmieniu, i nie ronią łez dając mieszankę, czy kaszę z torebki, nie wiedzą czym jest wędzidełko, nie czytają, nie panikują, przebijają uszy dzieciom i przyklejają kokardy klejem z Brazylii. Dają słoiki po 4 miesiącu bo tak jest na etykiecie, i nie wiedzą czym jest integracja sensoryczna. Grzeszą ignorancją i pełnoetatowym „wdupiemiejstwem”.

Matki zorganizowane

Chata błyszczy, obiad pachnie niech ją kurde piorun trachnie. Ich zęby nigdy się nie psują, a odrosty rosną już pofarbowane, ich porody w makijażu i modnej koszuli można oglądać na instastory. Żony ze Stepfort, które miesiąc po porodzie wydają książki o macierzyństwie, i udzielają wywiadów „jak wrócić do formy w łykend po cesarskim cięciu”.  Nie znam szczegółów ich poczucia kontroli nad światem, nie wiem czy są cyborgami i ile psychotropów biorą żeby przetrwać dobę, znam natomiast jedną matkę zorganizowaną. W nocy gotuje obiad na następny dzień, budzi się zawsze pierwsza i sprząta, ma zawsze make up i zrobione paznokcie, w ciąży chodziła na obcasach a jej dziecko nigdy nie płacze na spacerze. W przerwie między organizacją domu, gotowaniem, sprzątaniem i pracą na etat, robi skalpel Chodakowskiej.

Takim matkom zawsze zazdraszczam, bo u mnie jest Sajgon. Takie matki są obiektem nienawiści z wielu powodów, głównym jest zazdrość, i tego nie ma co ukrywać. Ja też zazdroszczę. Zazdroszczę bo to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Ale pójdę dalej. Ja zazdroszczę im wszystkim. Matkom polkom zazdroszczę karmienia piersią, matkom hedonistkom luzu i dystansu do innych, żonom ze Stepford zazdroszczę organizacji.
Wszystkie są najlepsze jakie być potrafią. Czemu więc są „złe”?
Matki, zawsze robią źle. One przecież urodziły po to żeby się teraz „znęcać”, no bo po cóż innego? Mierżą mnie niektóre zachowania, nie lubię kolczyków u noworodków, musztardy na smoczku, cukru w butelce od pierwszej doby, i wisiadeł wpijających się w małe krocze. Ale daleko mi od fanatyzmu. Nie wierzę, że rodzisz dziecko żeby mu zrobić źle, że kupujesz to wisiadło za 300+ piniondzów, w dobrej wierze, reklamowane w piśmie dla mam, żeby dziecku bioderka umyślnie zwichrować, że śpisz z dzieckiem żeby je udusić w nocy własnym cycem, że dałaś cukierki żeby latorośl zachorowała na cukrzycę, a już na pewno żeby miało próchnicę w mleczakach.

Coraz trudniej jest być matką, bo wszystko jest źle. Trzeba się edukować, trzeba czytać o karmieniu, o rodzicielstwie, trzeba świadomie planować rodzinę… a ja widzę mnóstwo zagubionych dziewczyn, które nie wiedzą czy mogą twarz kremem posmarować, bez obawy, że zrobią nienarodzonemu krzywdę . Nie wiedzą czy mogą pachy antyperspirantem popsikać, czy wolno im zjeść w ciąży cebulę, czy mogą paznokcie pomalować. Bo przeczytały w Internecie… przeczytały i już nie śpią drugą dobę, bo co teraz?!

Zbiorowa paranoja.

Słuchasz lekarza- źle bo on już się nie zna, słuchasz położnej – źle ona się też nie zna, słuchasz koleżanki – źle ona nie jest lekarzem, słuchasz matki – źle ona już nic nie pamięta, musisz starać się bardziej.

Bo co byś nie zrobiła i tak zrobisz źle.

Bo zawsze mogłaś się tak nie spinać, albo postarać bardziej.

Bo masz za brudno albo… za czysto – no co ty tak czysto masz, nie bawisz się z dzieckiem?

A co ty taka wyspana? Makijaż masz, jak to? Gdzie pot i łzy?

Ryczysz…no nie mów, że baby blues, to takie wielkomiejskie. Za delikatna jesteś.

Bo depresje mają wariatki a luzują się ignoranci.

Bo pieluchy jednorazowe to brak szacunku dla środowiska, a wielorazowe to kasa w błoto i tymczasowa moda.

Bo dostęp do wiedzy doprowadza nas do szaleństwa, bo trzeba wiedzieć kto ma rację, i czyja racja jest bardziej nasza niż wasza.

Bo gdy jesteś matką, świat to za mało.

Dzisiaj świętujemy!

Od roku jestem podwójną mamą. Dzisiaj dmuchamy razem pierwszą świeczkę na cześć naszej wspólnej przygody.

Szczerze? Nie mam pojęcia jak przetrwałam ten rok, za nic w świecie nie chciałabym wrócić do jakiegokolwiek etapu z minionych 12 miesięcy.
Zła matka? – dać jej szansę! – dziękuję wewnętrzny głosie, tak zrobię.  Większość dni mijały mi na zaciskaniu zębów, i skreślaniu kratek w kalendarzu. Drugorodna jest cudowna, ale… mając na podorędziu egocentrycznego dwulatka-antagonistę z silnym charakterem, poczuciem własności i donośnym głosem, i rocznego, niezmordowanego aktywistę ze skokiem rozwojowym, przytwierdzonego do mnie każdą komórką ciała, w formacie ” ludzka huba”, nie mogę bryzgać tęczą. To jeszcze nie ten etap. Trzymam ją w środku i czekam na lepszy moment. Zerkam na zdjęcia i wiele niestety nie pamiętam. Już teraz mylą mi się dzieci na zdjęciach ze szpitala ( noszę się z zamiarem podpisania zdjęć, ale idzie mi jak po gruzie). Zrobiłam antyramę ze zdjęciami i kartką z kalendarza dla każdej z pań, obok zdjęcia udało mi się jeszcze wcisnąć po małej skarpecie na pamiątkę ( szczerze nie wiem która jest czyja ;-D). To moja duma bo na więcej artystycznej twórczości z reguły nie mam już czasu.

Matko wywołuj.

Jestem typem wywoływacza zdjęć, nie lubię oglądać zdjęć na komputerze, może to starość, może wygoda, dla mnie zdjęcia wywołane, w ramce, czy w albumie to coś zupełnie innego niż wersja cyfrowa. Jeśli miałabym mieć jakieś przesłanie dla przyszłych mam to RÓBCIE ZDJĘCIA I WYWOŁUJCIE JE! Nawet te marnej jakości, robione starym telefonem. Wszystkie zdjęcia pierworodnej ze szpitala robione były słabym aparatem w telefonie – ile dają mi radości gdy je teraz przeglądam, mam też foto-książkę ale zdecydowanie wolę zdjęcia. Drugorodna ma mniej zdjęć, to dlatego, że po jej urodzeniu nie miałam czasu pstrykać fotek, nadrabiam teraz bo jeszcze nie jest za późno. Wracając do mojego wywodu na temat rozrzewnionej twarzy na myśl o początkach wspólnej drogi w kombinacji 2+2 = szaleństwo. Nie miałam depresji bo jestem na to zbyt cyniczna, natomiast wypłakałam wiadro łez, to na pewno.

Chaos, widzę chaos!

– Nie mogło być aż tak źle – o super, kolejny wewnętrzny głos, dla równowagi mam dwa, jeden mnie klepie po ramieniu, a drugi szarpie mnie za nogawkę szepcząc ” za mało”, dobrze, że w szaleństwie te wewnętrzne głosy prowadzą polemikę również między sobą. Benefity

Wracając do meritum, podwójne macierzyństwo dało mi w darze dystans do świata, ludzi i siebie, do bałaganu i brudnej buzi, do biegania boso po trawie i legendarnej czapeczki, oraz zamiłowanie do kawy. Co do szaleństwa to mam nadzieję napisać kiedyś książkę więc może uda mi się je przekłuć w literacką kreatywność. Zatem i szaleństwo umieszczam na liście zysków.

O czym marzę

O śnie, ale to chyba oczywiste 😉 Chciałabym też mieszkać w bucie z czekolady, obawiam się jednak, że szanse mam marne.

Wiadro cierpliwości raz! Niestety mój wybuchowy temperament nie jest moim sprzymierzeńcem. Chciałabym też więcej pisać, nie mam na myśli raportów, ani sprawozdań. Szczerze, nie broniłabym się przed chwilą dla siebie, nadal brakuje mi tête-à-tête we własnym towarzystwie. TAK, CHCĘ MIEĆ CHWILĘ SPOKOJU!

P.S. Czy wasze latorośle również śpią zwinięte w kule, jak jeże? Ja mam właśnie dwa takie jeże przy sobie. Bo tak się składa, że czas na pisanie miewam jedynie nocami.  Śpią coraz ładniej, ale czekam na moment gdy w moim dorosłym łóżku będą tylko dorośli. Bardzo lubię miąchanie, ale wiem, że polubię je jeszcze bardziej gdy między jednym miąchaniem, a drugim będzie przerwa. 

A przy okazji, jak ładujecie baterie? Podzielcie się 🙂

Znajdziecie nas również tutaj

 

Wakacje w toku

Niektórzy twierdza, że z dzieckiem da się wszystko, inni, że zależy z jakim dzieckiem. Ja należę do tej grupy ostrożnych, bo znam swoje panie, i wiem do czego są zdolne. Z wielką trwogą wybrałam się z nimi na wakacje 🙂

Jestestem na wyjeździe z hrabinami, bałam się drogi ale nie była najgorsza – dziewczyny nie krzyczały (aż tak dużo), choć było dużo męczybułstwa i maruderstwa.

Moim wielkim sprzymierzeńcem w takich sytuacjach jest mój mózg, który po przyjeździe postanowił po prostu wyprzeć złe wspomnienia związane z drogą.

Na miejscu potrzebowały tygodnia żeby się zaklimatyzować, już się bałam, że to nigdy nie nastąpi, ale dla tak małych bąków jak moje tydzień to minimum. Musiały poznać każdy nowy kąt, każdą nową ciocie i wujka. Nadal ze sceptycyzmem odnoszą się do niektórych osób ale jest coraz lepiej.

 Bariera językowa, jaka bariera!

Dwulatki nie maja takiej bariery, nie robi im żadnej różnicy czy mówią do nich po francusku, niemiecku, niderlandzku czy po polsku. Plac zabaw jest jak wieża Babel. Drugorodna zaskoczyła mnie umiejętnością przemieszczania po różnych powierzchniach, jako, że w miejscu gdzie przebywamy dzieci biegają boso po parku, placu zabaw i nie noszą czapek gdy temperatura jest na plusie, moje hrabiny szybko przyjęły ten przyjemny zwyczaj, i pierworodna oficjalnie zdjęła dzisiaj w piaskownicy skarpetki, do tej pory śmigała w skarpetach wzbudzając salwę śmiechu. (Przy jej zaburzeniach SI to mały krok dla człowieka, a wielki krok dla ludzkości). Drugorodna śmiga na wszystkich kończynach jakie ma, pionizacja przebiega pomyślnie, już za momencik , już za chwileczkę i będziemy chodzić samodzielnie. Widzę gdy się zapomina i maszeruje twardo na dwóch nogach. Serce rośnie.

Gdyby w tym momencie ktoś mnie zapytał, jak to jest mieć dwójkę dzieci z małą różnicą wieku, powiedziałabym, że to tak jakby mieć w jednej ręce odbezpieczony granat, a w drugiej pojemnik z nitrogliceryną. Dwulatek z fazą na NIEEE i MI TOOO, oraz ruchliwy roczniak z temperamentem, potrafią przyprawić o zawrót głowy. Co mi się tutaj podoba eh, te place zabaw, nie jakieś wyszukane z górnej półki, a wręcz przeciwnie, z czego się da, uwielbiam place zabaw ze sznurów i starych opon, kawałków plastiku i gumy, ze 100 % recyclingu, z piaskiem znad morza, który pachnie rybą i ma mnóstwo muszelek, po którym stąpasz gołą stopą.

Podoba mi się ten luz i totalny brak parcia na wygląd, brak makijażu i stroju spod igły. Podczas deszczu sporo osób zakłada na głowę reklamówkę! Tak dokładnie – reklamówkę – bez spiny, no bo co innego mieliby przywdziać skoro pada ze wszystkich kierunków, a wiatr i tak łamie parasol.

Ceny z kosmosu –  to niestety minus wojaży w kierunku zachodnim. Zrobiłam dzisiaj napad na gringloop – sklep z używanymi rzeczami, i czuje jak rozpiera mnie duma, bo upolowałam kilka naprawde fajnych rzeczy. Udało mi sie kupić miękka książeczkę sensoryczną za 2 euro, drewniany pociąg za niewiele więcej i drewniany rowerek biegowy za kilkanaście euro. Do domu wróciłam objuczona jak wielbłąd i zaraz zabieram się za pranie i mycie zabawek.

A co wy myślicie o kupowaniu używanych zabawek dla dzieci – tak czy nigdy w życiu?  Co się rzuca w oczy – mi w tym konkretnym miejscu rzuca się w oczy brak młodych ludzi na ulicach, po prostu ich tutaj nie ma. Szkoła kończy się o 17.00 młodzież nie ma czasu, nie widzę mam, ani dziadków z wózkami na spacerach.  Ma to swoje plusy, pierworodna często się dąsa i obraża, ponieważ przechodzi fazę totalnego sprzeciwu dużo leży na chodniku. Nikt nie zwraca tutaj uwagi na krzyczące, płaczące czy histeryzujące dziecko. Nie ma współczujących spojrzeń, nie ma żadnych spojrzeń. Dziecko krzyczy bo dzieci krzyczą. Koniec. Taka filozofia. To w sumie w danym momencie plus, bo nie muszę się tłumaczyć, czy odpowiadać na pytania typu „ a co jej się stało, biedulka, o mama nie pozwala” itd. Miasto jest bardzo ładne, poszpanuję zdjęciami jak tylko znajde czas na jakieś. Wchodzimy w skok z drugorodna i znów śpimy jak  wtulone w siebie oposy.

A czy ja się już chwaliłam gdzie jesteśmy? Jeszcze nie? Stacjonujemy w Ieper. A wy gdzie spędzacie urlop w tym roku?