Integracja sensoryczna

 

Dziś pół żartem, pół serio o zaburzeniach integracji sensorycznej, dodatkowo mam dla was prezent – do ściągnięcia Bajka logopedyczna

Zaburzenia integracji sensorycznej są często przyczyną wielu dziwnych lub niepokojących zachowań wśród dzieci. W przyszłości mogą być powodem niepowodzeń szkolnych, problemów ze skupieniem uwagi i zachowaniem. O ile w sieci znaleźć można tysiące filmików z zabawnymi kotami, setki artykułów o szmince do ust, i drugie tyle na temat gumowych butów, to niestety Internet nie jest już tak łaskawy w kwestii rzetelnych informacji w języku polskim o IS. Dużo ich, a jakoby niczego nie było.

Czym jest IS?!

Według niektórych osób zwykłą wymówką, usprawiedliwieniem złego zachowania. Wiem, że wieść gminna niesie, że z integracją sensoryczna będzie tak jak z ADHD –  wysyp dzieci z zaburzeniami, a kilka lat później dowiemy się z Internetu, że to wszystko to bujda na resorach, i że niczego nie będzie.
Kilka informacji.

Integracja sensoryczna i jej założenia mówią o czymś co istnieje od dawna, nie jest to wymyślona choroba, to coś z czym boryka się każdy z nas, niektórym jednak jest nieco trudniej. Bo jak żyć gdy metka w podkoszulku z Primarka wypala ci dziurę na plecach, albo gdy kichnięcie komara siedzącego na ścianie u sąsiada z bramy obok wybudza cię ze snu, i tak się katujesz już 40 lat, a znajomi mówią „ Stach to taki wrażliwiec, nie śpi po nocach bo trzyma kredens” i jest kupa śmiechu, tylko Stach się nie śmieje.
Integracja sensoryczna (IS)   to prawidłowe przetwarzanie bodźców jakie do nas napływają z otoczenia np. dźwięki, światło, zapachy, faktury, smaki itp. W idealnej sytuacji każdy z nas powinien reagować na poszczególne bodźce w sposób adekwatny, jednym słowem nasze mózgi powinny odpowiednio zinterpretować daną sytuacja odnosząc się min.  do naszych doświadczeń,  i zareagować.

Większość z nas ma jakieś zaburzenia IS, z reguły nam one nie przeszkadzają:

  • Krysia nie lubi dotykać styropianu bo ją obrzydza, na szczęście nie musi z nim żyć na co dzień.
  • Edek nienawidzi jak go ktoś lekko dotyka, dla tego został bokserem i nie musi znosić tego głaskania.
  • Hela śpi w skarpetach, bo jak twierdzi bez nich nie zaśnie.
  • Miłek nie miał takiego szczęścia, bez kamizelki obciążeniowej nie potrafi skupić się na więcej niż 10 minut zaraz wstaje, jest zirytowany i zdenerwowany.

Źródło ilustracji

Jak się objawiają zaburzenia IS

Na pewno znacie kogoś kto nie cierpi metek w ubraniach i nagminnie wszystkie wycina – zaburzenia IS, oczywiście jeżeli mam bluzkę z metką jak dywan w IKEA to myślę, że będzie przeszkadzać nawet największemu twardzielowi, ale ja tu mówię o metkach, na które nie zwracamy lub potencjalnie nie powinniśmy zwracać żadnej uwagi. Może być to nietypowa niechęć np. do waty, mokrych owoców, klejących potraw, maczania rąk w farbie, chodzenia gołą stopą po dywanie.

O dziecku, które nie lubiło się przytulać

Znacie takie dzieci? Ja znam i wiem że to zaburzenia, a może macie latorośl, która nie lubi być pętana w pasy np. siedząc w wózku lub foteliku samochodowym? Warto sprawdzić, czy to nie zaburzenia IS. Dziecko, które nie lubi się przytulać to ciężki kaliber, bo jak tu przekonać rodzinę, że takie tulanie na siłę i hasła „pocałuj ciocię Grażynkę” doprowadzają dziecko do konwulsji. Jedno z moich potomnych ma zaburzenia IS, nie lubi się tulić, całować, nie lubi ze mną spać, nie lubi obcisłych ubrań, wielu potraw, nigdy nie ssała smoczka (co o dziwo budzi zawsze największe zainteresowanie – nie ssie smoczka?! To jak żyć?).

Jak widać nie są to zaburzenia, które uniemożliwiają nam funkcjonowanie ale, ale… Nie pisałabym o tym gdybym nie zmierzała do konkretnych wniosków. Mianowicie, większość zaburzenia IS jest niegroźna i nie przeszkadza nam w funkcjonowaniu na co dzień, jednak jeżeli zauważymy, że zaburzenia nas ograniczają, lub uniemożliwiają „normalne” wykonywanie codziennych czynności, warto skonsultować się z terapeutą.

Jak mogą wyglądać zajęcia z terapii SI:

 

Na stronie Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Integracji Sensorycznej wyszczególnione są najbardziej charakterystyczne objawy dysfunkcji IS:

  1. jest niespokojne, płaczliwe, ma kłopoty z zaśnięciem
  2. ma trudności z samodzielnym piciem, żuciem i przełykaniem pokarmów (preferuje dania papkowate),
  3. źle toleruje wykonywanie przy nim czynności pielęgnacyjnych i higienicznych, takich jak: obcinanie włosów, paznokci, mycie twarzy, zębów, smarowanie kremem, czesanie, czyszczenie nosa, uszu itp.
  4. wiele czynności samoobsługowych wykonuje z trudem, powoli, niezdarnie,
  5. ma problemy z samodzielnym myciem się, ubieraniem, zwłaszcza zapinaniem guzików i sznurowaniem butów,
  6. ma słabą równowagę: potyka się i upada częściej niż rówieśnicy, prawie zawsze ma jakiś siniak czy zadrapanie,
  7. podczas dłuższego siedzenia ma trudności z utrzymaniem głowy w pozycji pionowej, podpiera ją ręką, kładzie się na stoliku itp.
  8. jest nadruchliwe, nie może usiedzieć/ustać w jednym miejscu,
  9. trudno się koncentruje, a łatwo rozprasza,
  10. jest impulsywne, nadwrażliwe emocjonalnie, często się obraża,
  11. bywa uparte, negatywistyczne,
  12. w porównaniu do innych dzieci czy wymogów sytuacji porusza się zbyt szybko lub za wolno,
  13. nabywanie nowych umiejętności ruchowych sprawia mu trudność, np. jazda na rowerze, rzucanie i łapanie piłki, pływanie,
  14. wchodząc/schodząc po schodach częściej niż inne dzieci trzyma się poręczy, niepewnie stawia nogi,
  15. nieumyślnie wchodzi lub wpada na meble, ściany, inne dzieci,
  16. niewłaściwie czy wręcz dziwacznie trzyma różne przedmioty codziennego użytku, np. nożyczki, sztućce czy przybory do pisania,
  17. unika dziecięcego baraszkowania z rodzicami lub rodzeństwem,
  18. uwielbia ruch, poszukuje go, dąży do niego. Jest stale w ruchu – biega, podskakuje, często zmienia pozycję ciała
  19. przejawia duży lęk przed upadkiem lub wysokością, okazuje niepokój, gdy musi oderwać nogi od podłoża, np. wejść na wysokie schody, na drabinkę, usiąść na wysokim stołku,
  20. w nowym miejscu czuje się zagubione, potrzebuje sporo czasu by zdobyć orientację w otoczeniu,
  21. często myli stronę prawą i lewą, w obrębie własnego ciała oraz w otaczającej przestrzeni, podczas gier zespołowych zdarza się, że biegnie w innym kierunku niż jego drużyna, w inną stronę niż piłka, którą ma złapać, jest zdezorientowane, ma słabe wyczucie odległości
  22. nie ma dominacji jednej ręki,
  23. ma trudności z czytaniem i pisaniem, częściej niż inne dzieci w jego wieku myli, odwraca znaki graficzne, ma trudności w przepisywaniu, przerysowywaniu z tablicy,
  24. ma kłopoty z cięciem nożyczkami, rysowaniem po śladzie, kalkowaniem itp.
  25. sprawia wrażenie słabego, szybko się męczy,
  26. nie lubi karuzeli, huśtawki, lub przeciwnie – uwielbia to.


Najczęściej spotykanymi dysfunkcjami integracji sensorycznej są: nadwrażliwość (obronność) dotykowa związana z wygórowaną reakcją na bodźce, nadwrażliwość oralna dotycząca okolic buzi, dyspraksja polegająca na trudnościach z zaplanowaniem i wykonaniem czynności ruchowych czy niepewność grawitacyjna, której cechą charakterystyczną jest lęk przed zmianą pozycji ciała.


Dysfunkcje integracji sensorycznej wpływają na uczenie się, zachowanie i rozwój społeczno-emocjonalny dziecka.

Źródło:  http://www.pstis.pl/

 

Ponieważ bardzo często pytacie o przebieg,cenę i przygotowanie do diagnozy SI mam dla was kilka informacji.

Jak wygląda diagnoza IS

Ja trafiłam do gabinetu terapeuty IS z zalecenia neurologopedy, do którego udałam się sama, ( ja z tych nadgorliwych ;-p) prywatnie, mając kilka wątpliwości. Pierwsze spotkanie u neurologopedy trwało 90 minut. Przypominało zabawę – układanie puzzli, wsadzanie klocka do sortera, zabawa na dużej piłce, obserwacja podczas swobodnej zabawy, wywiad z rodzicem. Koszt wizyty u neurologopedy 100 zł, podejrzewam, że cena jest uzależniona od wielu czynników, może wynieść więcej lub mniej. Ja podaję cenę orientacyjną o której wiem. Do logopedy można wybrać się również ze skierowaniem od pediatry.

Nasza diagnoza IS składała się z 2 części

Pierwsza była rozmowa na temat dziecka, dość szczegółowa, jeżeli planujecie pójść na taka diagnozę weźcie ze sobą książeczkę zdrowia dziecka, ja nie znalazłam poziomu bilirubiny pierworodnej po urodzeniu, drugorodna miała już wpisany poziom do książeczki. Obydwie panie miały po urodzeniu żółtaczkę a poziom bilirubiny jest istotna kwestią. Podczas wywiadu z rodzicami pytano mnie o przebieg ciąży oraz o okres przed samym zajściem w ciąże ( leki, choroby, warunki etc). Przyznam , że odpowiedzi przygotowałam sobie wcześniej w domu, ponieważ podczas spotkania trudno byłoby mi udzielić na nie prawidłowa odpowiedź z tzn głowy. Drugi etap diagnozy stanowiła obserwacja. Łącznie 3 godziny ( my wybraliśmy opcje dwóch spotkań po 90 minut). Co podczas takiej obserwacji dzieje się z dzieckiem? – nic szczególnego, dziecko bawi się w Sali a pani obserwuje, czasami „zaczepia” np. podając jakąś zabawkę, piłkę z wypustkami czy kulkę z papieru, dotyka stopy dziecka, może chcieć z badań podniebienie ( np. żeby sprawdzić czy nie jest gotyckie), sprawdza wędzidełko, mogę poprosić o podanie dziecku czegoś do picia lub jedzenia żeby sprawdzić czy nie wystawia języka podczas tych czynności itp. Nasza pierworodna była bardzo zadowolona, dla niej była to zwykła zabawa. Wiele osób, które zastanawiają się nad diagnoza pytają o cenę. Ja płaciłam 300 zł, i o ile mi wiadomo nie jest to nic nadzwyczajnego, diagnoza może kosztować nawet nieco więcej w zależności gdzie ją robicie. Moja latorośl miała 13 miesięcy podczas diagnozy, wiem, że niechętnie terapeuci podchodzą do diagnozowania takich małych dzieci, jednak warto poszukać odpowiedniej osoby, która nas pokieruje.

Diagnoza i co dalej

W opinii otrzymałam zalecenia np. spotkania z logopedą, zabawy na placu ( huśtanie, bieganie, dostymulowanie w sposób naturalny), dietę sensoryczną, masaże, w razie potrzeby kołdrę dociążeniową Wiele z tych rzeczy można zrobić samodzielnie  -codzienne wyjścia na spacer, wspólne zabawy fakturami ( choćby sensoplastyka).

Źródła i polecane strony internetowe

http://www.pstis.pl/

http://integracjasensoryczna.info/

http://www.simba-terapia.pl/jakie-zachowania-dziecka-mog-wskazywa-na-zaburzenia-integracji-sensorycznej

http://pomocdziecku.um.warszawa.pl/index.php?k=39

http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/wychowanie/integracja-sensoryczna-zaburzenia-leczenie-cwiczenia_44379.html

 

 

 

„Co powie tata, czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci… on śpi”

Dzisiaj jest dzień taty. Nie wrzucę wam laurki  z odciskiem buta i czterech stóp, ani nie napiszę, o 50 idealnych prezentach na dzień ojca. Nie będzie też zdjęcia ludzkiego toemicznego słupa z dwójka hrabin na ramieniu.

Hola compadres! dzień taty zobowiązuje, dlatego dzisiaj troche mu posłodzę.

Pan M jest naszym domowym bohaterem. Nikt jak on nie wkręca żarówek z taką gracją, ani nikt jak on nie wykazuję się taką fantazją przy sprawdzaniu czy karta do bankomatu się złamie, mając przed sobąjuż  jedną złamaną…  co ja mogę powiedzieć o naszym panu M. Tylko dobre słowa, bo jak tak publicznie brudy wywlekać, że chrapie albo, że talerze zostawia na blacie w kuchni, no nie wypada, więc nie powiem ani słowa. Jestem już 3 pełne tygodnie na urlopie z dziewczynami, i pierworodna bardzo tęskni za tatą, tej pustki nie wypełni ani wujek, ani dziadek, ani dwie ciocie. Codziennie przed zaśnięciem pyta się gdzie jej tato, a ja jej opowiadam co się stanie gdy tato przyjedzie. Nie ukrywam, że najbardziej interesuje ją narracja z wielkim czekoladowym jajem, które to pan M ma w naszej ckliwej historii przytarmosić 1500 km z Polski, i ma to być naprawdę duuuże jajko niespodzianka, biorąc pod uwagę, że jest po sezonie wielkanocnym, pan M ma twardy orzech do zgryzienia.

Ja też tęsknię,  zawsze jest na kim nogę położyć w nocy, że nie wspomnę o funkcji domowego rycerza jaka pełni, w związku z moją fobią przed owadami, i walce na śmierć i życie z gigantyczną ćmą, którą próbowałam wygonić sama z pokoju, a czym zajmuje się pan M, bo jak wiadomo, ja na widok ćmy tracę przytomność.

Ponieważ tworzymy związek partnerski, ja w rewanżu zabijam pająki, których boi się pan M. Widziałam dzisiaj reklamę emolientu do skóry z informacją, że tato nie jest tylko do zabawy. Zgadzam się, tato, choć u nas pełni funkcję rozrywkową, nie jest tylko do zabawy, jest też zmieniaczem pieluch, zajmuje się obcinaniem szponów. Ja nie mam cierpliwości, a co więcej mnie panie hrabiny zupełnie nie słuchają,  zaczyna się taniec węgorza, wyginanki, mostki, tu ała, tam ała, wyrywanie kończyn, szkity w górze, judo, karate, skoki w dal… przy tacie mam dwa anioły.

Powiem wam szczerze, że przy mnie dziewczyny zachowują się zupełnie inaczej niż przy innych, nawet przy tacie nie dają tak do wiwatu, jak wtedy gdy jesteśmy same ze sobą. Na początku strasznie mnie to denerwowało, czułam się zbita z tropu, przecież robię wszystko co w mojej mocy i niemocy, ze skóry wychodzę, jak to możliwe, że moje śniadanie im nie smakuje, chleb w kwadraciki, owoce w trójkąty, jaja na parze, srutto pierdutto i nic, a tato przychodzi daje bułkę z pasztetem i jest szał. Podobnie rzecz się ma z zabawami, ja się dwoje i troję żeby pannę pierworodną czymś zająć, wycinam, maluję kasztanami, stopami, robię sensoryczne pudełka, i zabawa trwa 10 minut, tato wyciąga starą sznurówkę z buta i zabawa trwa godzinę. Dlatego tak bardzo potrzebujemy taty. Dla dystansu do pewnych rzeczy, ludzi, sytuacji, do wspólnego śmiechu, do przeganiania ciem, do naprawy zawiasów, które ciągle wypadają z kuchennej szafki, do robienia najlepszych nadziewanych muszli jakie jadłam w życiu, do wycierania mi z nosa resztek porannej kawy przed wyjściem z auta, do drapania w miejsca gdzie nie sięgam ręką, do wstawania w nocy, do uspokajania, gdy wszystkie wpadamy w panikę, do okrywania kocem gdy zasnę niepostrzeżenie, do walki z potworem z szafy, do tulanek w południe. Razem jest cieplej.

Złe matki

Wpis z serii #Matkapopółnocy

Co matka to historia. Każda inna, bo każda ma swoje granice, swoje oczekiwania, swoje „mam ku*na dosyć”. Bo każda wie ile zniesie i ile może dać, ile flaków wypruć , i jak długo będzie jej to sprawiało przyjemność. Bo każda matka ma swój punkt G w sercu.

Internety kochają matki… kochają je gnoić, straszyć, oceniać od momentu zajścia w ciążę, do momentu wyprawienia dziecia na studia. Istnieje bowiem kilka rodzajów matek, w które najczęściej rzucają wirtualnymi odchodami, i choć przybywa nam mentorów, autorytetów i omnibusów w tej jakże ważnej dla każdego z nas dziedzinie, jedno się nie zmienia – matka nigdy nie jest wystarczająco dobra.  

Na pierwszym miejscu bezkonkurencyjnie, od kilku lat, laury hejtu i opary jadu zbierają jednogłośnie matki wariatki –  co to złożyły swoje ciała na ołtarzu macierzyństwa, te matki Polki, co za dużo czytały, i w dupie im się poprzewracało, kolejno mamy matki luzary, egoistki-hedonistki, co wszystko zrobią dla chwili spokoju – dają smoczki, butelki, lizaki, puszczają bajki, zabierają dziecia do znajomych na imprezy i podają sklepowe słodycze.

Brązowy medal w kategorii znienawidzonych przypada matkom zorganizowanym, matkom co to depresji nie miały ani baby bluesa, a ich konta na instagramie są pełne tęczy i cukrowej emocjonalnej waty. Perfekcyjne panie domu z włosem bezczelnie błyszczącym, niczym wielka niedźwiedzica. Obnoszą się swoją świeżą skórą  i szerokim uśmiechem, płaskim brzuchem i swieżą hybrydą na paznokciach. Ich mężowie jedzą domowe obiady, a dzieci robią do nocnika przed ukończeniem roku.

Matki wariatki

Poświęcają się do szpiku kości, zedrą własna skórę żeby przykryć nią dziecia, noszą na ręcach 15 kilowe bąki,  razem się kąpią, razem chodzą do toalety, ich dom jest jak pole bitwy, zamiast tłuc schabowe dla męża bawią się kiślem na panelach w salonie. Znajomi do nich nie przychodzą bo przynoszą zarazki, zamiast spać po nocach pieką bezglutenowe babeczki z fasoli, i robią lody z jarmużu. Rodzą w domu przy dźwiękach morskich fal.  Dają z siebie 1000% i tego wymagają od otoczenia. Nie krzyczą, nie unoszą się, są zen, nie oglądają TV, nie jedzą cukru, smarują dzieciom tyłki olejem kokosowym. Są bio, eko, zero waste i wiedzą, że prawda jest jedna, i to jest ich prawda.

Matki egoistki-hedonistki.

Nie palą gumy gdy dzieć zapłacze,  puszczą bajkę,  i dadzą do ręki parówkę. Czasami krzyknął, czasami wyjdą potańczyć. Dzieciak zjadł rolkę papieru toaletowego – spoko jak weszło to wyjdzie, wypił colę z puszki na parapecie – nic mu nie będzie. Nagradzają i chwalą nie bacząc na wyrządzaną dzieciowi „krzywdę”. Dają czekoladę, i uspokajają filmem na jutjubie. Nie mają przysłowiowej spiny, na spacery chodzą stadami, śmieją się i bezczelnie prowadzą życie towarzyskie, a ich dzieci nawet jeśli krzyczą to ćwiczą płuca. Oglądają filmy przy karmieniu, i nie ronią łez dając mieszankę, czy kaszę z torebki, nie wiedzą czym jest wędzidełko, nie czytają, nie panikują, przebijają uszy dzieciom i przyklejają kokardy klejem z Brazylii. Dają słoiki po 4 miesiącu bo tak jest na etykiecie, i nie wiedzą czym jest integracja sensoryczna. Grzeszą ignorancją i pełnoetatowym „wdupiemiejstwem”.

Matki zorganizowane

Chata błyszczy, obiad pachnie niech ją kurde piorun trachnie. Ich zęby nigdy się nie psują, a odrosty rosną już pofarbowane, ich porody w makijażu i modnej koszuli można oglądać na instastory. Żony ze Stepfort, które miesiąc po porodzie wydają książki o macierzyństwie, i udzielają wywiadów „jak wrócić do formy w łykend po cesarskim cięciu”.  Nie znam szczegółów ich poczucia kontroli nad światem, nie wiem czy są cyborgami i ile psychotropów biorą żeby przetrwać dobę, znam natomiast jedną matkę zorganizowaną. W nocy gotuje obiad na następny dzień, budzi się zawsze pierwsza i sprząta, ma zawsze make up i zrobione paznokcie, w ciąży chodziła na obcasach a jej dziecko nigdy nie płacze na spacerze. W przerwie między organizacją domu, gotowaniem, sprzątaniem i pracą na etat, robi skalpel Chodakowskiej.

Takim matkom zawsze zazdraszczam, bo u mnie jest Sajgon. Takie matki są obiektem nienawiści z wielu powodów, głównym jest zazdrość, i tego nie ma co ukrywać. Ja też zazdroszczę. Zazdroszczę bo to ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Ale pójdę dalej. Ja zazdroszczę im wszystkim. Matkom polkom zazdroszczę karmienia piersią, matkom hedonistkom luzu i dystansu do innych, żonom ze Stepford zazdroszczę organizacji.
Wszystkie są najlepsze jakie być potrafią. Czemu więc są „złe”?
Matki, zawsze robią źle. One przecież urodziły po to żeby się teraz „znęcać”, no bo po cóż innego? Mierżą mnie niektóre zachowania, nie lubię kolczyków u noworodków, musztardy na smoczku, cukru w butelce od pierwszej doby, i wisiadeł wpijających się w małe krocze. Ale daleko mi od fanatyzmu. Nie wierzę, że rodzisz dziecko żeby mu zrobić źle, że kupujesz to wisiadło za 300+ piniondzów, w dobrej wierze, reklamowane w piśmie dla mam, żeby dziecku bioderka umyślnie zwichrować, że śpisz z dzieckiem żeby je udusić w nocy własnym cycem, że dałaś cukierki żeby latorośl zachorowała na cukrzycę, a już na pewno żeby miało próchnicę w mleczakach.

Coraz trudniej jest być matką, bo wszystko jest źle. Trzeba się edukować, trzeba czytać o karmieniu, o rodzicielstwie, trzeba świadomie planować rodzinę… a ja widzę mnóstwo zagubionych dziewczyn, które nie wiedzą czy mogą twarz kremem posmarować, bez obawy, że zrobią nienarodzonemu krzywdę . Nie wiedzą czy mogą pachy antyperspirantem popsikać, czy wolno im zjeść w ciąży cebulę, czy mogą paznokcie pomalować. Bo przeczytały w Internecie… przeczytały i już nie śpią drugą dobę, bo co teraz?!

Zbiorowa paranoja.

Słuchasz lekarza- źle bo on już się nie zna, słuchasz położnej – źle ona się też nie zna, słuchasz koleżanki – źle ona nie jest lekarzem, słuchasz matki – źle ona już nic nie pamięta, musisz starać się bardziej.

Bo co byś nie zrobiła i tak zrobisz źle.

Bo zawsze mogłaś się tak nie spinać, albo postarać bardziej.

Bo masz za brudno albo… za czysto – no co ty tak czysto masz, nie bawisz się z dzieckiem?

A co ty taka wyspana? Makijaż masz, jak to? Gdzie pot i łzy?

Ryczysz…no nie mów, że baby blues, to takie wielkomiejskie. Za delikatna jesteś.

Bo depresje mają wariatki a luzują się ignoranci.

Bo pieluchy jednorazowe to brak szacunku dla środowiska, a wielorazowe to kasa w błoto i tymczasowa moda.

Bo dostęp do wiedzy doprowadza nas do szaleństwa, bo trzeba wiedzieć kto ma rację, i czyja racja jest bardziej nasza niż wasza.

Bo gdy jesteś matką, świat to za mało.

Dzisiaj świętujemy!

Od roku jestem podwójną mamą. Dzisiaj dmuchamy razem pierwszą świeczkę na cześć naszej wspólnej przygody.

Szczerze? Nie mam pojęcia jak przetrwałam ten rok, za nic w świecie nie chciałabym wrócić do jakiegokolwiek etapu z minionych 12 miesięcy.
Zła matka? – dać jej szansę! – dziękuję wewnętrzny głosie, tak zrobię.  Większość dni mijały mi na zaciskaniu zębów, i skreślaniu kratek w kalendarzu. Drugorodna jest cudowna, ale… mając na podorędziu egocentrycznego dwulatka-antagonistę z silnym charakterem, poczuciem własności i donośnym głosem, i rocznego, niezmordowanego aktywistę ze skokiem rozwojowym, przytwierdzonego do mnie każdą komórką ciała, w formacie ” ludzka huba”, nie mogę bryzgać tęczą. To jeszcze nie ten etap. Trzymam ją w środku i czekam na lepszy moment. Zerkam na zdjęcia i wiele niestety nie pamiętam. Już teraz mylą mi się dzieci na zdjęciach ze szpitala ( noszę się z zamiarem podpisania zdjęć, ale idzie mi jak po gruzie). Zrobiłam antyramę ze zdjęciami i kartką z kalendarza dla każdej z pań, obok zdjęcia udało mi się jeszcze wcisnąć po małej skarpecie na pamiątkę ( szczerze nie wiem która jest czyja ;-D). To moja duma bo na więcej artystycznej twórczości z reguły nie mam już czasu.

Matko wywołuj.

Jestem typem wywoływacza zdjęć, nie lubię oglądać zdjęć na komputerze, może to starość, może wygoda, dla mnie zdjęcia wywołane, w ramce, czy w albumie to coś zupełnie innego niż wersja cyfrowa. Jeśli miałabym mieć jakieś przesłanie dla przyszłych mam to RÓBCIE ZDJĘCIA I WYWOŁUJCIE JE! Nawet te marnej jakości, robione starym telefonem. Wszystkie zdjęcia pierworodnej ze szpitala robione były słabym aparatem w telefonie – ile dają mi radości gdy je teraz przeglądam, mam też foto-książkę ale zdecydowanie wolę zdjęcia. Drugorodna ma mniej zdjęć, to dlatego, że po jej urodzeniu nie miałam czasu pstrykać fotek, nadrabiam teraz bo jeszcze nie jest za późno. Wracając do mojego wywodu na temat rozrzewnionej twarzy na myśl o początkach wspólnej drogi w kombinacji 2+2 = szaleństwo. Nie miałam depresji bo jestem na to zbyt cyniczna, natomiast wypłakałam wiadro łez, to na pewno.

Chaos, widzę chaos!

– Nie mogło być aż tak źle – o super, kolejny wewnętrzny głos, dla równowagi mam dwa, jeden mnie klepie po ramieniu, a drugi szarpie mnie za nogawkę szepcząc ” za mało”, dobrze, że w szaleństwie te wewnętrzne głosy prowadzą polemikę również między sobą. Benefity

Wracając do meritum, podwójne macierzyństwo dało mi w darze dystans do świata, ludzi i siebie, do bałaganu i brudnej buzi, do biegania boso po trawie i legendarnej czapeczki, oraz zamiłowanie do kawy. Co do szaleństwa to mam nadzieję napisać kiedyś książkę więc może uda mi się je przekłuć w literacką kreatywność. Zatem i szaleństwo umieszczam na liście zysków.

O czym marzę

O śnie, ale to chyba oczywiste 😉 Chciałabym też mieszkać w bucie z czekolady, obawiam się jednak, że szanse mam marne.

Wiadro cierpliwości raz! Niestety mój wybuchowy temperament nie jest moim sprzymierzeńcem. Chciałabym też więcej pisać, nie mam na myśli raportów, ani sprawozdań. Szczerze, nie broniłabym się przed chwilą dla siebie, nadal brakuje mi tête-à-tête we własnym towarzystwie. TAK, CHCĘ MIEĆ CHWILĘ SPOKOJU!

P.S. Czy wasze latorośle również śpią zwinięte w kule, jak jeże? Ja mam właśnie dwa takie jeże przy sobie. Bo tak się składa, że czas na pisanie miewam jedynie nocami.  Śpią coraz ładniej, ale czekam na moment gdy w moim dorosłym łóżku będą tylko dorośli. Bardzo lubię miąchanie, ale wiem, że polubię je jeszcze bardziej gdy między jednym miąchaniem, a drugim będzie przerwa. 

A przy okazji, jak ładujecie baterie? Podzielcie się 🙂

Znajdziecie nas również tutaj

 

Wakacje w toku

Niektórzy twierdza, że z dzieckiem da się wszystko, inni, że zależy z jakim dzieckiem. Ja należę do tej grupy ostrożnych, bo znam swoje panie, i wiem do czego są zdolne. Z wielką trwogą wybrałam się z nimi na wakacje 🙂

Jestestem na wyjeździe z hrabinami, bałam się drogi ale nie była najgorsza – dziewczyny nie krzyczały (aż tak dużo), choć było dużo męczybułstwa i maruderstwa.

Moim wielkim sprzymierzeńcem w takich sytuacjach jest mój mózg, który po przyjeździe postanowił po prostu wyprzeć złe wspomnienia związane z drogą.

Na miejscu potrzebowały tygodnia żeby się zaklimatyzować, już się bałam, że to nigdy nie nastąpi, ale dla tak małych bąków jak moje tydzień to minimum. Musiały poznać każdy nowy kąt, każdą nową ciocie i wujka. Nadal ze sceptycyzmem odnoszą się do niektórych osób ale jest coraz lepiej.

 Bariera językowa, jaka bariera!

Dwulatki nie maja takiej bariery, nie robi im żadnej różnicy czy mówią do nich po francusku, niemiecku, niderlandzku czy po polsku. Plac zabaw jest jak wieża Babel. Drugorodna zaskoczyła mnie umiejętnością przemieszczania po różnych powierzchniach, jako, że w miejscu gdzie przebywamy dzieci biegają boso po parku, placu zabaw i nie noszą czapek gdy temperatura jest na plusie, moje hrabiny szybko przyjęły ten przyjemny zwyczaj, i pierworodna oficjalnie zdjęła dzisiaj w piaskownicy skarpetki, do tej pory śmigała w skarpetach wzbudzając salwę śmiechu. (Przy jej zaburzeniach SI to mały krok dla człowieka, a wielki krok dla ludzkości). Drugorodna śmiga na wszystkich kończynach jakie ma, pionizacja przebiega pomyślnie, już za momencik , już za chwileczkę i będziemy chodzić samodzielnie. Widzę gdy się zapomina i maszeruje twardo na dwóch nogach. Serce rośnie.

Gdyby w tym momencie ktoś mnie zapytał, jak to jest mieć dwójkę dzieci z małą różnicą wieku, powiedziałabym, że to tak jakby mieć w jednej ręce odbezpieczony granat, a w drugiej pojemnik z nitrogliceryną. Dwulatek z fazą na NIEEE i MI TOOO, oraz ruchliwy roczniak z temperamentem, potrafią przyprawić o zawrót głowy. Co mi się tutaj podoba eh, te place zabaw, nie jakieś wyszukane z górnej półki, a wręcz przeciwnie, z czego się da, uwielbiam place zabaw ze sznurów i starych opon, kawałków plastiku i gumy, ze 100 % recyclingu, z piaskiem znad morza, który pachnie rybą i ma mnóstwo muszelek, po którym stąpasz gołą stopą.

Podoba mi się ten luz i totalny brak parcia na wygląd, brak makijażu i stroju spod igły. Podczas deszczu sporo osób zakłada na głowę reklamówkę! Tak dokładnie – reklamówkę – bez spiny, no bo co innego mieliby przywdziać skoro pada ze wszystkich kierunków, a wiatr i tak łamie parasol.

Ceny z kosmosu –  to niestety minus wojaży w kierunku zachodnim. Zrobiłam dzisiaj napad na gringloop – sklep z używanymi rzeczami, i czuje jak rozpiera mnie duma, bo upolowałam kilka naprawde fajnych rzeczy. Udało mi sie kupić miękka książeczkę sensoryczną za 2 euro, drewniany pociąg za niewiele więcej i drewniany rowerek biegowy za kilkanaście euro. Do domu wróciłam objuczona jak wielbłąd i zaraz zabieram się za pranie i mycie zabawek.

A co wy myślicie o kupowaniu używanych zabawek dla dzieci – tak czy nigdy w życiu?  Co się rzuca w oczy – mi w tym konkretnym miejscu rzuca się w oczy brak młodych ludzi na ulicach, po prostu ich tutaj nie ma. Szkoła kończy się o 17.00 młodzież nie ma czasu, nie widzę mam, ani dziadków z wózkami na spacerach.  Ma to swoje plusy, pierworodna często się dąsa i obraża, ponieważ przechodzi fazę totalnego sprzeciwu dużo leży na chodniku. Nikt nie zwraca tutaj uwagi na krzyczące, płaczące czy histeryzujące dziecko. Nie ma współczujących spojrzeń, nie ma żadnych spojrzeń. Dziecko krzyczy bo dzieci krzyczą. Koniec. Taka filozofia. To w sumie w danym momencie plus, bo nie muszę się tłumaczyć, czy odpowiadać na pytania typu „ a co jej się stało, biedulka, o mama nie pozwala” itd. Miasto jest bardzo ładne, poszpanuję zdjęciami jak tylko znajde czas na jakieś. Wchodzimy w skok z drugorodna i znów śpimy jak  wtulone w siebie oposy.

A czy ja się już chwaliłam gdzie jesteśmy? Jeszcze nie? Stacjonujemy w Ieper. A wy gdzie spędzacie urlop w tym roku?

MISIAKI. Mama Milusińska i problem ze snem.

IMG_20170601_193039Dzisiaj dzień dziecka, mam dla was coś zupełnie z innej beczki – bajkę. Ci z  was, którzy śledzą moje wypociny na blogu regularnie, zapewne wiedzą, że zdarza mi się napisać bajkę 😉 Poprzednie części przygód rodziny Milusińskich oraz zabawne perypetie mamy Milusińskiej możecie poznać TUTAJ. Wszystkiego dobrego, i pamiętajcie żeby karmić swoje wewnętrzne dziecko! Niech rośnie w siłę. 

 

MAMA MILUSIŃSKA I MISIO TRENER

Słońce wstało nad Doliną Przyjaźni dość wcześnie, jednak jeszcze przed słońcem wstał Milusinek. Chodził po mamie ciągnąc ja raz po raz za futro i uszy, wsadzał palce w nos i pchał łapy do buzi.

– Mama, mama! – wykrzykiwał radośnie. Mama Milusińska nie była rannym ptaszkiem. Po kilku godzinach snu na raty miała ochotę wsadzić głowę do kanki z miodem i zasnąć.

– Misio Jezusie! Kiedy ty się regenerujesz – wyszeptała zaspana. Milusinek był mistrzem chaosu, gawra mamy Milusińskiej wyglądała jak po nalocie myśliwych. Gdzie się nie pojawił mały miś tam zostawiał za sobą bałagan. Pchał wielką głowę w każdą szczelinę, był intensywny, był ciekawski i niecierpliwy. Był misiem wymagającym.

Mama  Milusińska wygrzebała się z łóżka, trawę za oknem pokrywała jeszcze rosa, pani sowa szykowała się właśnie do snu a na niebie widać było poświatę księżyca, który mijał się z jaśniejącym słońcem na nieboskłonie.

– To chore, małe misie śpią o tej godzinie. Gdybyś jeszcze spał w nocy… Mama Milusińska czuła się jakby zmartwychwstała, poszła umyć kły do łazienki, Milusinek siedział na jej łapie i bawił się kępką mchu. Mama Milusińska już dawno nie wyrywała mchu z podłoża. Nasza gawra jest w takim stanie, że będziemy musieli się wyprowadzić – pokiwała znacząco głowa i westchnęła.

– PUK PUK – to pan dzięcioł dobija się do gawry.

– Coś się stało?

– Mam dla pani przesyłkę, chyba od ciotki z Yellowstone.

Faktycznie, postęp technologiczny jaki poczyniły misie w ostatnim czasie był zadziwiający, Milusińska często udostępniała drzeworyty na zwierzobooku i dzięki temu znajomi i rodzina wiedzieli co u niej słychać. Ciotka Bubu przesłała jej książkę.

– Mam nadzieje, że to komiks albo audiobook – powiedziała mama – na nic dłuższego nie znajdę czasu.

W paczce była książka autorstwa Tracy Hedgehog „Język misia”. Dodatkowo w książce znajdował się liścik od ciotki

„Kochana Milusiu, słyszałam, że całkowicie sobie nie radzisz ze swoim misiem. Te pokolenie młodych mam, takie nieodporne i leniwe, no cóż ci powiem, inni sobie radzą. Przesyłam ci bestseller, u nas w Yellowstone wszystkie mamy zachwalają Tracy Hedgehog. Przeczytaj i nauczysz się jak należy postępować z misiem. Ja ci to mówię, wychowałam 5 misiów i moja gawra zawsze była czysta i pachniała mięsem a wujek niedźwiedź był 100% Grizzlim… również w alkowie.

Zrób coś ze sobą.

Pozdrawiam ciotka Bubu.”

Mama Milusińska przeglądnęła książkę ale łapy jej nie oderwało, instynktownie wrzuciła lekturę do ciemnej dziury w rogu izby i poszła do misia trochę się poprzytulać. Misio już tam był i już narozrabiał. Wyrzucił wszystkie futra z szafy i na nie nasikał. Mama Milusińska spojrzała na niego z dezaprobatą, czasami jak się wścieknie to drży jej powieka, wtedy Milusinek wie, że trzeba zwinąć się w kulę i unikać kontaktu wzrokowego. Tak było tym razem.

Moje ulubione futro… jak tak dalej pójdzie to niedługo będę musiała się owijać liśćmi babki lekarskiej. Wzięła misia na łapy i wyszli na spacer.

Misia było słychać w całej dolinie… – Eh misiu ty chyba zostaniesz śpiewakiem – wyszeptała mama i zarzuciła misia na plecy.

– Co go pani tak męczy, położyłaby go pani do wózka to pospałby jak król lasu. – Zagadywała stara wilczyca. Mama Milusińska przywykła już do tego, że cały las wie lepiej niż ona sama. Uśmiechnęła się i ruszyła na najbliższą polanę. Dzień minął radośnie, młody dokazywał jak co dzień, był zdrowy i szczęśliwy i to było najważniejsze.

Wieczorami mama Milusińska lubiła wejść na Zwierzobooka i popodglądać co robią  zwierzaki, które nie mają jeszcze potomstwa.

Popatrz tato Milusiński to żona Jeża Jeżego, ależ ona ma igły, powiedziałbyś, że ma w domu małe jeże. A te zdjęcia z przyjęcia u Chrup Doga… Misio Jezusie ależ ona mnie złości. Pani perfekcyjna, ostatnio udzielała porad kiedy wprowadzać miód do diety… rozumiesz! ona może co najwyżej opowiadać o tym jak przyrządzić moskity, a pcha nochal do naszego miodu!

-Zostaw, po co się ekscytujesz, jak masz z tym taki problem to idź do misiologa, może to jakiś problem z dzieciństwa.

-Pomocny jak zwykle. Po prostu nie rozumiem jak ludzie mogą to oglądać. Przecież to jest wszystko na pokaz, nie można mieć tak czysto, tak dobrze wyglądać i robić te wszystkie rzeczy, o których pisze.

– Przecież to portale społeczno-misiowe, w misio necie możesz napisać co chcesz, nawet, że jesteś czaplą. A ty się ekscytujesz jakbyś źródło wiecznego miodu znalazła.

– o niczym już  z tobą porozmawiać nie można

– Można, tylko jakaś tam żona Jeżego, która wygląda jak szczotka do futra, mnie nie interesuje. Ty mnie interesujesz – żona pana Milusińskiego.

Pan Milusiński zawsze wiedział jak sprowadzić mamę Milusińską na ziemię gdy traciła grunt pod łapami.

– Kocham cię.

– Taką puchatą, z nieobgryzionymi pazurami, bez futra na dekolcie…

– Misie są puchate, chude to mogą być łasice, pazurami drapiesz mnie po plecach a brak futra na dekolcie świadczy, że ktoś często na nim leży, ktoś bardzo ważny dla nas obojga.

– Eh tato misiu zawsze wiesz co powiedzieć. Ja ciebie też kocham.