Kupa zabawy

 

Mały a wariat

Wiadomo, że rozmiar nie ma znaczenia, weźmy takiego Napoleona, niewielkich rozmiarów, niepozorny chłopina a narozrabiał jak mało kto. Dziś właśnie o niepozorności będzie.

Korzystając z dobrodziejstw wiosny udaliśmy się gremialnie na spacer. Rzadko mamy okazje wyjść wszyscy razem, gdy nadarzyła się sposobność ubraliśmy czyste ciuchy, przyklepaliśmy grzywy jak na dancing i wyruszyliśmy brylować na osiedlowym placu zabaw.

Hrabina przechodzi ostatnio okres chciejstwa, tzn. chce wszystko co zobaczy, nie ważne czy jest to reklama lalki czy maszynki do golenia, ona chce, chce to teraz, i chce wszystko. Po drodze na plac mijaliśmy kiosk z gazetami. Zdawało się, że taki kiosk za wiele zaoferować nie może, i tu pierwsza lekcja pokory. Kiosk to takie miejsce, gdzie możesz kupić wszystko, od kremu do golenia przez baton z ubiegłego roku, aż po serię plastikowych zabawek prosto z Chin. Po 10 minutowej próbie odwleczenia pierworodnej od witryny kiosku z towarzyszącymi w tle okrzykami ” mamo to mi” udało mi się oderwać małe, lepkie macki od szyby i odwrócić uwagę bułką z makiem. Marne to przekupstwo ale realna bułka zawsze wygrywa z nierealnym gumowym psem z gazety.

glass-920231_640

Szkieł po równo i co rusz gówno

 Na naszym osiedlu o wdzięcznej nazwie ” osiedle młodych” – młodych jak na lekarstwo. Nie mogę się jednak przyczepić do placów zabaw bo widać progres i mamy ich kilka, ba! wraz z siłowniami zewnętrznymi. Stan czystości rzeczonych placów pozostawiam już do oceny przez odpowiednie organy, niemniej po tym jak ostatnie śniegi stopniały dojrzeć można z łatwością osiedlowe PsieRWIOSNKI jak pozwolę sobie je nazwać, i choć co rusz na słupie wisi osprzęt do zebrania PsieRWIOSNKA po swoim pupilu, to nikt z nich nie korzysta, co mnie naprawdę dziwi bo te worki są ZA DARMO. Widać zbieranie kupy po psie to potwarz dla części społeczeństwa, szkoda wielka bo dla mnie potwarz to patrzeć jak członek rodziny – jakim jest dla wielu właścicieli piesio – wali kupę pod huśtawką na placu zabaw, ogrodzonym placu nota bene opatrzonym w tabliczkę z kupczącym psem z dopiskiem ZAKAZ KUPCZENIA – i udawanie, że to wszystko co tu się wydarzyło to jest prezent na Wielkanoc od zajączka.

Wracając do meritum, namierzyliśmy plac nieopodal naszego „falowca”, bardzo przyjemny albowiem o tej porze roku nawet w piaskownicy jest jeszcze trochę piachu, a szkło po butelkach rozsypane jest głównie przy karuzeli co sprawia, ze szanse nadziania się na ” tulipan” spadają o 20% w porównaniu z placem ulicę dalej, gdzie szkła solidarnie rozsypane są wszędzie po równo. Słońce nagrzało nasze skronie do tego stopnia, że całkowicie straciliśmy czujność. Radośnie z hrabinami biegaliśmy po plackach trawy – tzn. mąż biegał a ja dumnie kroczyłam z młodszą hrabiną uwieszoną na bicepsie.

 

sand-pit-1345728_640

Wiosenny wiatr rozwiewał moje loki,  a mimo to wraz z każdym podmuchem markotnieliśmy, co rusz sprawdzając czy któraś z hrabina przypadkiem nie postanowiła się właśnie w tej chwili wypróżnić … zmyleni kierunkiem wiatru uznaliśmy, że to zbiorowy omam węchowy. W pewnym momencie ojciec hrabin poszedł pohuśtać pierworodną i usłyszałam z oddali jak stanowczo obwieszcza hrabinie, że sprawa którą zgłasza to zadanie dla mamy. Jak można się domyślić hrabina weszła w kupę brudząc but ze wszystkich stron, odruchowo sprawdziliśmy nasze obuwie i okazało się że cała rodzina weszła zgodnie w tą samą kupę – z pozoru niegroźna i prawie niezauważalną, skrzętnie skrytą w kępie trawy, a jednak czuliśmy, że coś się święci zrzucając winę na rolników i ich ekologiczne nawozy naturalne.

Reasumując, dzień dzisiejszy nauczył nas pokory dla maluczkich, bo choć psia kupa była niewielkich gabarytów – skutecznie wypędziła całą rodzinę z placu.

Znajdziecie mnie również na PatiCafe

 

Rodzice na wolności

Po 3 latach aresztu domowego udało nam się z szanownym małżonkiem wypełznąć z gawry bez latorośli, wyruszyliśmy na shopping. Żadna ekstrawagancja proszę państwa, po prostu czas już nadszedł na zmiany, a zainicjował go nasz klient, który zwrócił uwagę, że wyglądamy jak dziady. Ja jako żona dziada również załapałam się na shopping. Gdzie zaczynają zakupy rodzice wypuszczeni z domu pierwszy raz od 3 lat? Oczywiście, że w sklepie z zabawkami. Zakupiliśmy kilka zbędnych rupieci – wiadro piasku, gumową lalkę z reklamy, za ciasną czapkę z kwiatkiem, okulary Minnie ( must have w marcu) i gdy mieliśmy już wyjść małżonek łypnął okiem na regał z plasteliną i tam była nasza dzisiejsza zdobycz. Zakupiliśmy pod pretekstem zabawy z dzieckiem ale po powrocie do domu tak zaaferowaliśmy się tym fluorescencyjnym, niezniszczalnym glutem, że dzieci niestety nie miały nawet okazji go dotknąć ( no, może przez chwilkę). Uznaliśmy wspólnie i zgodnie, że jest to NASZ PRODUKT ROKU. Nie tylko bowiem rzeczony glut świeci w ciemności ale kochani, ten glut jest TWARDY gdy chcesz, ODBIJA się jak PIŁKA od podłoża – co bardzo cieszyło mojego męża, a mnie zauroczył fakt, że można drzeć gluta na drobne nitki, moje życie już nigdy nie będzie takie samo. 
Inteligentny glucior:

  • Nie brudzi
  • Świeci w ciemnościach!!!!
  • Nie przylepia się do kanapy
  • nie odkształca się gdy tego nie chcesz
  • skacze jak piłka
  • zmienia kolory
  • rozciąga się
  • nie wysycha
  • nie tłuści rąk
  • nie śmierdzi – nawet nie wiecie ile mas i piachów śmierdzi.

GDZIE BYŁ TEN GLUT GDY BYŁAM DZIECKIEM?!

Nie wiem czym jest, nie wiem kto go wymyślił, ale był to GENIUSZ. Geniusz powiadam wam. 

Nitkami można chłostać druga osobę i nadal się nie odkształcają, piłką można rzucać, z nitek można zrobić bransoletkę, koraliki, ON ŚWIECI W CIEMNOŚCI – czy to nie wystarczy?

P.S.

Moje dziecko wrzuciło kilka sznurków z gluta do toalety i one tam ciągle sobie świecą, aż chce się iść. 

OBRZYDLIWE MACIERZYŃSTWO

OBRZYDLISTWO!
Wiecie, że macierzyństwo jest obrzydliwe?  Mi się wydawało, że to tak oczywiste jak fakt, że mała kieszonka w jeansach była docelowo uszyta na zegarek kieszonkowy…, ale skoro nie, TO LECĘ Z ODSIECZĄ.

Moje niewyczerpane pokłady turpizmu szukają ujścia a tu taka okazja. Myślałam – naiwnie z resztą, że po masowym umieszczaniu zdjęć z porodów na blogach, portalach i instagramach nikogo nie dziwi i nie odrzuca gil, kupsko czy dziecięcy rzyg. Naprawiam swój błąd dzisiejszym wpisem na temat OBRZYDLIWEGO MACIERZYŃSTWA.

Zachodzisz w ciąże i kupujesz magazyn „ XYZ mamo, tato będę w lato” a tam w środku zdjęcia brzuszków w sexy bieliźnie bo przecież w ciąży możesz być sexy flexy , nie wiedzieć po co skoro sex w 3 trymestrze jest tak przyjemny jak masaż kaktusem, tudzież cios w twarz kowadłem, a jedyna rzecz, do której chcesz się przytulic to twoja poduszka rogal, która – choć jeszcze o tym nie wiesz – zostanie z wami na dłużej, również po porodzie. Nie o sexach dziś będzie ( a szkoda, chyba muszę kolejny wpis o sexach zrobić). Ciąża to obrzydliwy czas, tracisz kontrolę nad własnym ciałem, poród też nie należy do najsubtelniejszych chwil jakich doświadczy kobieta, potem jest połóg… wszystko to jest jedynie wstępem do macierzyństwa.

Właśnie przechadzałam się na palcach w puchatych skarpetach korytarzem, co by nie wydać żadnego  odgłosu np. odklejanej stopy od paneli,  ale niestety ciało moje ( dość postawne) rzuciło CIEŃ na śpiącą drugorodną, a ta wiadomo zerwała się jak na alarm. Taki cień jak padnie na kogoś to co się dziwić, że się człowiek budzi… podchodzę do latorośli i odrzuca mnie odór, tak odór smrodu żeby nie było, że jakiś tam odór perfum Coco Chanel co niektórym nosom śmierdzą. Tak, to była LUDZKA KUPA. Moja babcia mówiła, że uwielbia ZAPACH domu, w którym jest dziecko. Ja mam dwójkę, zapraszam do mnie, możecie wąchać do woli.

  1. ODCHODY

Ciąża i poród uczą pokory względem fizjologii ludzkiej, po narodzinach dziecka pierwsze trzy miesiące konwersowałam jedynie o KUPIE. Mąż po powrocie z pracy już z progu pytał „ czy była kupa?” kiedy była, jaka była, czy długo czekałam, ile kup i w jakim kolorze, czy były kolki itd. ( wiecie co to kateter?! Ja nie miałam odwagi tego użyć, ale polecam sprawdzić, co delikatniejsi mogą sobie powomitować) . Wyjście z moją dwójką z domu to prawdziwe przedsięwzięcie. W domu kupy potrafią nie robić cały dzień, wystarczy jednak, że wyjdziemy do restauracji na obiad, chrzciny czy imieniny teścia – atak obusieczny, obrobią się obydwie po pachy. Najlepiej gdy w restauracji nie ma przewijaka, bo wtedy zmiana pieluchy na desce klozetowej potrafi przyprawić o obłęd. Czasami sytuacja mnie przerasta, raz wsadziłam drugorodną do wanny w ubraniu bo nie wiedziałam jak zacząć.

Kupa w salonie. Moje dziecko postanowiło się samo odpieluchować. Po przeczytaniu KICI KOCI podjęła decyzję, że chce na nocnik. Pękam z dumy. Nocnik stoi w salonie ( to taki największy pokój gdy się mieszka w bloku, niektórzy nazywają go dużym pokojem, ja mam wątpliwości i jestem rozdarta między pokojem dziennym a pokojem z bałaganem). Jak wspominałam rzeczony nocnik stoi na środku. Młoda robi kupę, my jemy obiad, młodsza latorośl rozmawia z siostrą i pokazuje obrazki w książce. Czemu nie w toalecie? Ponieważ w toalecie mieszczą się tylko dwie stopy ( małżonek mój kochany zakupił dla mnie pralko-suszarkę, która to zagarnęła 80% powierzchni łazienko-toalety), nocnik zatem na ziemi się nie zmieści.

Tak, OBRZYDLISTWO. Przed porodem nie myślałam, że cztery razy dziennie będę dotykać ludzkich odchodów, wkładać w nie paluchy, przyglądać się, rozprawiać o ich konsystencji, wyszukiwać zagubionej  monety 1 groszowej – bo może jednak połknęła – czy zastanawiać się dlaczego po bananie są kropki w kupie i czy to okey. 

  1. GAZY

Dziecko nie zna etykiety, wali bąki w najmniej odpowiednim momencie, w kościele, na kolanach proboszcza, przy stole i  gdy chcesz je w euforii ugryźć w różowy tyłek. Kpi sobie z savoir vivre. Stoisz w kolejce do kasy. W moim ulubionym dyskoncie – w Biedronce – więc nie liczysz, że ktoś cię puści, nawet ludzie bez nogi dzielnie stoją pilnując swojej kolejki, czasami komitet kolejkowy zastawia miejsce koszem i zaklepuje miejscówkę u osób przed, i za sobą tłumacząc, że trzy jogurty, które ma są z sześciopaku i nie przejdą, a pojedynczo jogurty wychodzą drożej o bajońską kwotę 50 groszy, więc MUSZĄ lecieć, zostawiają majdan i biegną przed siebie, grzywki potem przyklejone do twarzy i obłęd w oczach, serce bije jak szalone bo nie wiadomo czy jest jeszcze sześciopak – przecież te towary na promocji schodzą zanim je wyłożą. Po drodze delikwent zgarnia ręką fanty z wyprzedaży, bo bez koła do pływania w lutym – no jak żyć. Stoisz w tej kolejce obserwując jak ludzie walczą o kurczaka z promocji i przypominasz sobie, że przyszłaś właśnie po tego cholernego kurczaka, ale zafiksowałaś się na pieluchach w kartonie i teraz stoisz w kolejce, dziecko, dziecko, karton, karton, karton i nie ma szans żebyś poszła po piersi. 

Zrobisz makaron z serem. 

Zwycięzcy wracają ze swoimi kurczakami, kolejka czym bliżej do kasy tym dłuższa. Pacholęta zaczynają się niecierpliwić i widzisz, że młodsze dziecię robi kupę. Pal licho, że wszyscy poczują, wiesz, że jak skończy to zacznie krzyczeć. Wiesz o tym… ale stoisz bo może zdążysz zanim otworzy usta. Jesteś już przy taśmie. Wykładasz swoje kartony, przecedzasz przez zęby nieodżałowane piersi, których nie zjesz i jak już pani mówi ci „dzień dobry” to klient przed tobą odwraca się, żeby poinformować, że nie naliczono mu punktów z karty Biedronki i chciałby jeszcze raz wszystko przeliczyć. Na to pani na kasie wyjaśnia, że szanowny klient zakupił produkty nieobjęte promocją. Wówczas jegomość wykłada torbiska na kasę i mówi, że chciałby podzielić zakupy i dać jeszcze raz kartę Biedronki. Dzieć zaczyna krzyczeć. Houston mamy KUPĘ. Starsza latorośl wykrzykuje „ mamo dzidziaka kupa” ty wiesz, że to kupa ale jesteś już jedną nogą w domu więc jeszcze kilka sekund.

UWAGA WTRĄCENIE

Gdybym była WTEDY MEDUZĄ …

Jest taka Meduza o pieszczotliwej, łatwej do zapamiętania nazwie Turritopsis dohrnii, która gdy nadchodzi kryzys zamienia się w wolno pływającą, orzęsioną larwę – planulę, czyli mówiąc kolokwialnie MŁODNIEJE do poziomu noworodka. I ja w tej kolejce w BIEDRZE właśnie jestem już na etapie PLANULI…

Dochodzisz w końcu do domu z jednym dzieckiem na rękach i drugim dzieckiem, które wnosisz na garbie a właściwie na kartonie. Rozpakowanie takiego słodziaka z kupskiem jest jak rozbrajanie bomby, jeden fałszywy ruch i biały kombinezon już nigdy nie będzie biały, a wiesz, że jadła marchewkę. Czasami się udaje. Czasami nie. Życie jest przewrotne. Macierzyństwo to ciągłe życie na krawędzi.

  1. ULEWANIE

Dzidziuś może ulać – tak mi położna mówiła po porodzie, podkładała tetrę, menisk wypukły się nie zmieścił. Nikt nie wspominał jednak, że dziecko chlusta jak fontanna prosto w twarz. Teraz mnie to nie rusza, przy dwójce małych dzieci mało co mnie rusza.  Pamiętam jednak debiut pierworodnej w wyżej wspomnianym temacie i moje zdziwienie, że tyle wyszło z tak małego ciała. Jako, że drugorodna sporo ulewała miałam sposobność zobaczyć na własne oczy wyrzut jak z  gejzeru. Niebywałe co potrafi ludzkie ciało.

  1. INNE WYDZIELINY – „VARIA”

Mamy alergię ergo gile są z nami non stop, sumując to z sezonem chorobowym i ząbkowaniem mamy Niagara Falls , najmłodsza jest mistrzem bańki z nosa, potrafi nie tylko taką pięknie nadmuchać ale zostawiona na poduszce utrzymuje się dłużej od bański mydlanej. OBRZYDLIWE? A znacie Fridę? ( nie Kahlo niestety) to sprzęt do czyszczenia nosa, twórca miał czarne poczucie humoru. I to jest obrzydliwe.

Reasumując macierzyństwo to pasmo podcierania, wycierania, zmieniania, wyciskania, zdrapywania, zmywania wszelakich niezidentyfikowanych substancji o często nieprzyjemnym zapachu. To mama sprawdza co to może być gdy tata nie jest pewny, to mama włoży jako pierwsza palucha w kupę żeby poszukać koralika, to mama najczęściej dostaje w prezencie zawartość żołądka. Tato hrabin jest profesjonalnym pielucho zmieniaczem. Początki zapowiadały się bardzo marnie, ale teraz potrafi zrobić maskę z T-shirtu przed podejściem do dziecka w takim tempie, że nie mam się do czego przyczepić.

Romantyzm w związku….

Dzisiejszy dialog z mężem:

Co masz na łokciu? – kupę. Dlaczego? Przewijałam Zu, pielucha spadła mi z przewijaka na nogę i wszystko rozbryzgło się na boki taki SHIT SPLASH. Nieźle, a mnie tam nie było…

SHARE WEEK 2017

blogger

Spotkało mnie wielkie wyróżnienie, bowiem MatkaHrabiny została zgłoszona do SHARE WEEK 2017 i to przez kogo? Przez innych blogerów!

Serce rośnie, dusza śpiewa – bo wiecie, konkurencja na rynku jest spora a ja ani copywriterem ani felietonistą nie jestem, blogerem tym bardziej, raczej człowiekiem z blogiem. Nie piszę dla pinionszków, bardziej dla WIECZNEJ chwały, a przede wszystkim po to żeby WAM zrobić dobrze.

Większość  z Was nie ma pojęcia o czym ja tu prawię, więc w wielkim skrócie rozwiewam waszą konsternację. Nie zamykajcie strony bo za chwile podam wam na tacy moje ULUBIONE blogi, które WARTO czytać z wielu powodów.

Pomysłodawcą tego projektu, ojcem założycielem, koryfeuszem i kamieniem węgielnym jest znany w kręgach blogerskich ANDRZEJ TUCHOLSKI nestor  SHARE WEEK.  wykoncypował on bowiem, że gdyby tak „wziął brat brata za kamrata” w środowiskach blogerskim i wbrew zwyczajom polecił swoim czytelnikom innych BLOGERÓW – tak zgadza się POLECIŁ, ZAREKOMENDOWAŁ, SKOMPLEMENTOWAŁ twórczość innych blogerów, w szczególności takich, którzy są dla niego ważni nie ze względu na poczytność bloga czy statystyki a – uwaga – TREŚĆ jaką się dzielą. Tym sposobem WY poznajecie DOBRE BLOGI, jakościowe treści a my możemy się zafunflować z innymi blogerami, felietonistami, youtuberami, vlogerami i całą masą innych ludzi, którzy robią DLA WAS Internety.

Zatem do rzeczy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałam zaszczyt poznać mnóstwo blogów, wielu influencerów, youtuberów, vlogerów  – wybór kilku najważniejszych dla mnie, nie był prosty.

Moje TOP 3

  1. Wariacjeniezawszenatemat – uwielbiam, z wielu powodów- sarkazm, ironia, heheszki. Kobieta jest dowcipna, utalentowana, zabawna, inteligentna i przeczytam wszystko co napisze. Nawet instrukcja obsługi koparki w jej wydaniu będzie interesująca. Love it!
  2. Dizajnuch – blog faceta, takiego z jajami. Czytając Dizajnucha zawsze mam rogala na twarzy. Odkryłam gościa niedawno i wypełnił moje życie uśmiechem. Gorrrąco polecam facetom i facetkom.
  3. Wymagające – Blog, który często opisuje moją codzienność, widziałam jak powstaje i codziennie obserwuje jak rośnie w siłę. Profesjonalny , merytoryczny, pomocny a przede wszystkim POTRZEBNY.

O Matko! Ale ja mam jeszcze tyyyle blogów do zarekomendowania. O to moje WYRÓŻNIONE blogaski, które również POLECAM – ZAGLĄDNIJCIE, POCZYTAJCIE!

Instamatki – Blog parentingowy, moją ulubienica jest Marta, kobieta, od której ciepło emanuje w każdym napisanym słowie, mama karmiąca, mama kochająca, żona i blogerka a ponadto robi mega fajne zdjęcia. Ma dar przelewania emocji na papier i kliszę.

Mockobiet – świetna inicjatywa, mam zaszczyt przebywać w znamienitym towarzystwie ,  wszystko dzięki kobiecie  z wielką PASJĄ. Dziękuję!

Dobrezielsko – blog kulinarny o tematyce WEGE – again, nie jestem weganką ale zaglądam tam z radością bo WSZYSTKO jest przepyszne i zdrowe, przez same czytanie czuje się lepiej.

Runoholic – Blog o bieganiu –  i co, że ja nie biegam ( jeszcze). Muszę wyróżnić tego gościa bo dzięki niemu ruszyłam tyłek z kanapy, ma w sobie tyle radości – zaraża pasją do sportu.  Chwała mu za to.

Bookendorfina , rudymspojrzeniem – zanim kupisz książkę – odwiedź bloga i sprawdź rzetelną recenzję.

My Home rules – blog lifestylowo parentingowy, zabawny i  ciekawy, po sąsiedzku tematycznie więc jakbym nie mogła napomknąć 😉

Janina Daily – uwielbiam Janinę w każdym calu o każdej godzinie, uwielbiam jej adoptowane foki i ciastka na wykładach, Janiny nie można nie kochać.

Miniaturowa – to blog wspaniałej kobiety, mamy, od której powinniśmy się uczyć radości życia. To jedyny blog poruszający tematykę niepełnosprawności i macierzyństwa na jaki trafiłam. Jest wyjątkowy, jest ważny, jest potrzebny innym kobietom.

Blogów jest bardzo dużo, ciężko podjąć decyzję i wszystkie wypisać. Mój mózg tego nie ogarnia. Was zostawiam z blogami bliskimi memu sercu.

Zachęcam WAS do wpisywania w komentarzach swoich list blogerów, blogów, vlogerów, podcastów, influencerów, instagramowych guru i you tuberów, których waszym zdaniem warto czytać, oglądać, obserwować. Dajcie czadu.

Żarłabym

Zdjęcie: Public domain

 

Matka na diecie. Ja się generalnie nigdy nie ograniczam, ale przyszła kryska na Matyska. Motywacja na poziomie ameby. Matka wszystko potrafi to sobie poradzi, bo kto jak nie matka.

Najgorsze w takiej diecie jest, że TRZEBA JEŚĆ. Bo wiecie jak to jest gdy każda czynność i każda rozmowa jest przerywana dziesięć razy żeby: wytrzeć nos, dać klocki, wyjąć klocek z za kanapy, schować  klocki do pudła, ubrać buta, ściągnąć buta, zawiązać buta, podciągnąć rajstopy, zmienić pampersa, dać pić, dać jeść, zabrać jeść, dolać pić, włączyć i wyłączyć co się da, zapiąć tudzież odpiąć co się wcześniej zapięło, a ponieważ jaśnie pani sama się odpieluchowuje to trzeba być czujnym bo zostawia niespodzianki zabunkrowane po kątach, wiadomo dla kogo – dla mnie.

Dzień pierwszy#1 

Mega POWER to ja miałam …wczoraj wieczorem jak leżałam obżarta ciastkami w łóżku i sobie tak o tej diecie myślałam, że praktycznie czułam jak chudnę na tym łóżku, spadek wagi to już była sama formalność …To taka sytuacja, budzę się rano staje na wadze – skoro od nocy na diecie to już może jakiś efekt będzie – no i nie spodziewałam się … trzy kilo mniej od samego myślenia… brawo ja. Zaraz chwila, cos tu jest nie tak. Fuga. Waga stoi na fudze. Szkoda. Jednak nie schudłam. Motywacja opadła, jak się człowiek decyduje na dietę to powinien za dobre chęci stracić kilogram to nabrałby motywacji. 

Bożę dopiero 14.oo a ja czekam i czekam  do podwieczorku. Jest 17.00 w końcu mogę robić! Robię – wyciągam najzdrowsze warzywa z lodówki, mieszam, kroję i wtedy – mamoooo …. dwie godziny później po przegapionym podwieczorku, niedojedzonym obiedzie i żołądkiem skurczonym do wielkości śliwki wchodzę do kuchni. Gdyby nie fakt, że dzień wcześniej szykując się do diety schowałam pringelsy, lentylki i czekoladę to już by ich nie było. Matka na głodzie … szukam, namierzam pokarm, biorę w każdej postaci, nawet żywy.

Dzień drugi #2 

Budzę się. Chciałabym rzec radosna jak skowronek, i chciałabym powiedzieć,  że te wszystkie jarmuże i szpinaki dały mi wczoraj takiego kopa, że teraz biegnę węgiel przerzucać do sąsiada ale nie. Idę najpierw po kawę bo bez niej mogę skrzywdzić nawet mięciutkiego, puchatego pingwina.

Dzień trzeci #3 

Jest lepiej. Znalazłam catering wegański. Nie umrzemy z głodu.

Tydzień za mną. Wydaje mi się, że wewnątrz mnie rośnie sałata. Czas zastanowić się nad ćwiczeniami. 

Tydzień #2 

W tym tygodniu junior pełnił funkcję sztangi. 11 kg obciążenia przylgnęło do mnie jak huba do drzewa. Można rzec „fat burner”.

Tydzień #3 

Gdzie jest mięso, ja się pytam?! Gdzie ono jest! ?

Tydzień #4 

Chodzę do fitness clubu. Pełnię tam głównie funkcję rozrywkową. Do moich ulubionych zajęć należą ćwiczenia na piłeczkach. Zapisałam się bo kule dobrze mi się kojarzą: rafaello, maltesers, m&m’sy… wszystko to kule. 

Tydzień #5 

Wiedzieliście, że na piłce można robić planka, pozycje psa z jogi i pompki?! No, ja nie wiedziałam. A szkoda wybrałbym taśmy, to takie tagliatelle do ćwiczeń.

Tydzień#6 

Jem ciastki. Mniom, mniom, mniom.

Tydzień #7 

Trzymam deskę 30 sekund. To mój życiowy rekord. Przydałby mi się taki sprzęt do planka….

 

Zdjęcie: Public domain 

STAY TUNED!

Matkobazgrolnik

Jest. Dla was – od nas. Matkobazgrolnik czyli zbiór zadań z komentarzem – jak urodzić i nie zwariować.

Oferta specjalna. Ściągnij ebook za CAŁKOWITĄ DARMOCHĘ i wykorzystaj ćwiczenia szyte na miarę każdej matki. Dołącz do ELITARNEGO grona zrelaksowanych.

Efekty już po trzech ćwiczeniach* ( w tym przynajmniej jedno z alkoholem). Ściągnij lub przeglądaj online! Zasługujesz na więcej!  Jeśli podoba ci się MATKOBAZGROLNIK napisz nam na fejsbusiu czy ćwiczyłaś 😉