Wydobyciny, wymontowanie czy eksmisja z macicy?

Głośno ostatnio o wydobycinach i tak się zastanawiam nad synonimem.

 Mam na koncie dwa cięcia cesarskie, ale „wydobyciny” kojarzą mi sie z „wymiocinami”, więc dumam nad semantyką.

 Postanowiłam sięgnąć do słownika synonimów, i teraz mam jeszcze większą zagwozdkę, albowiem jak ja mam postrzegać rzeczone wydobyciny?!

Słownik podpowiada, że wiele zależy od konteksu. Konia z rzędem temu, kto mi podszepnie, który najlepiej oddaje poród, o pardon! – wyjęcie dziecka, bo przecież ja nie rodziłam :

wydobycie – w kontekście wymontowania czegoś, na upartego pasuje, wtedy zamiast urodzin obchodzimy wymontowanie.

wydobycie – w kontekście wydobywania czegoś skądś zamiast urodzin, mamy dzień ekstrakcji.

wydobycie – jako opróżnienie pomieszczenia. Z punktu widzenia lokatora, jest dość trafne. Idąc za ciosem to nawet forma przymusowej eksmisji. Do noworodka mówimy wówczas zamiast „witaj” – „żegnaj”.

wydobycie – odnośnie wypakowania czegoś skądś. Tutaj wturują mi położne, bo każda „ciężarówka” słyszała o rozpakowaniu i byciu zapakowanym 😅

wydobycie – w kontekście siłowego wyciągnięcia czegoś skądś. Nieco przemocowe, ale, ale…przecież samo nie wyszło.

Na koniec zostaje wydobycie w odniesieniu do surowców naturalnych. To podoba mi się najbardziej, bo dziecko to skarb, nieoszlifowany diament, złoto, żywe srebro etc. A po urodzeniu, ups… przyzwyczajenie 😉 po wyjęciu moglibyśmy się chwalić jaki mamy urobek.
A: jak u ciebie? Ja mam 5kg
B: Niezły urobek, u nas skromnie 2500

A może na przekór losowi, zostać przy urodzinach 😉

Reklamy

Co powie tata?

Gdy ciepły dzień, to nawet leń na spacer chciałby iść
Już pora wstać i pobiec w świat. A tata jeszcze śpi.

(„Tato już lato”, Fasolki)

Pewnego pięknego popołudnia, uznaliśmy z małżonkiem, że zaprawdę chłop mój jest dyskryminowany w domu pod względem emocjonalno-muzycznym. Jak pan M słusznie zauważył, nigdy nie słuchamy piosenek o tacie, zawsze o mamie. Myślę sobie – chłop ma rację, znaj pańską łaskę człowieku, znajdę ci piosenki o tacie. Odpalam ju tjuba, i tak po dłuższych poszukiwaniach znajduję ze łzami w oczach – a są to łzy śmiechu – kilka jakże rzewnych tekstów o tacie. Po zapoznaniu się z pieśniami, pan M. uznaje, że w sumie to tak bardzo mu na tym nie zależy, i te piosenki matko-chlebne nie są wcale takie złe.

Nasze zamierzenie było takie, żeby piosenki nie przekazywały stereotypowych podziałów ról, w rodzaju: „ja pobruszę jeszcze 12 godzin, a ty poczywaj mężczyzno na kanapie, boś pewnie zmęczony życiem, masz tu pilota, kotleta i koc „…i co? J I mieliśmy do wyboru:

  1. „Co powie, tata, czy znów się wykręci? Czy dziecko zniechęci? – on śpi.”

2. ” Ach wróć tatusiu, do domu wróć, wróć do mamusi masz przecież klucz”

3. „Trudno napisać jest wiersz nawet krótki. Gdy z pracy wraca, to buzie na kłódki. (…) A kiedy z mamą pokłóci się za nas, potem w fotelu śpi aż do rana.”

4. ” Tato nie pij pójdź już spać”

 

Przekaz jest taki, że większość samców cierpi na bliżej niezbadaną  formę narkolepsji, i po powrocie do domu śpi przez większą część dnia, o ile się nie wyprowadzili. A przecież pełnienie opieki nad potomstwem przez pana samca, autora i wykonawcę potomstwa, to nie jest jakieś tam feministyczno-anarchistyczne fju bździu, zaaranżowane przez wściekłe samice w celu zapuszczenia włosów na nogach i zniewolenie męskiej części społeczeństwa. To bardzo naturalne zachowanie, często występujące w przyrodzie.

Pan pingwin na tacierzyńskim

Weźmy na warsztat pingwiny. Samiec pingwin wysiaduje jajo powierzone mu przez panią pingwinową, gdy ta zajmuje się polowaniem. Czy pan pingwin ma z tego powodu poczucie niższości – chyba nie, bo w koło ma kumpli z jajem, tudzież progeniturą, którą należy chronić i ogrzewać.

Nandu, tato na pełen etat

Ptaszki też dzielą się rodzicielstwem. Znacie płatkonogi? Samice tych ptaków nie tylko zwabiają samców, z którymi bezczelnie kopulują, ale po złożeniu jaj w ich gnieździe dają tzn. nogę, znikając sobie na zawsze, najczęściej do innego samca. Pan ptak zajmuje się dziećmi.  Nie dostaje 500+, nie ma alimentów, ale panom ptakom to zupełnie nie przeszkadza. Kto jeszcze w świecie zwierząt zajmuje się potomstwem? Koniki morskie, strusie Nandu, niektóre ryby np. Oriopsis Felis oraz panowie żaby o nazwie Darwin , tu wielki ukłon dla pana żaby bo nie tylko zajmuje się młodymi, „połyka” ikrę, która trafia do specjalnego miejsca w jego ciele o trudnej nazwie – worek rezonacyjny, i pozwala progeniturze opuścić ciepły ojcowski dołek dopiero jak przeistoczą się w małe żabki.  To jest coś drodzy panowie, a przecież nie było palenia staników na stawie, nie było walki płci ani rewolucji feministycznej żab.

Da się? – da się.

A jak wy dzielicie obowiązki rodzicielskie? Jesteście jak strusie Nandu? A może wolicie bardziej tradycyjny podział?

Dajcie znać 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Proza życia

Bycie mamą przedszkolaka to nie przelewki. Wskoczyłam na nowy poziom, i się nie boję. Na mojej twarzy codziennie gości uśmiech. 

Tu nie chodzi o to, że już nie muszę nosić na rękach, czy leżeć godzinami w łóżku. To zupełnie nowy wymiar myślenia. Wymiar do, którego wciąż szukam wejścia.

Co ty wiesz o malowaniu

Mama przedszkolaka nigdy się nie nudzi. Na przykład wczoraj, weszłam do pokoju i zobaczyłam moje dziecię, nagusieńkie jak święty turecki, z markerem w ręku, rysujące sobie to i owo na ciele. Ba! Po bliższym zapoznaniu okazało się, że moja zdolniacha pomalowała się nawet w takich miejscach, gdzie promienie słoneczne nigdy nie dochodzą! To już jest talent. Wrzuciłam młodą do wanny, ale nie szło domyć… niestety pewnych miejsc się nie da wyszorować. Tym sposobem moje dziewczę, poszło dzisiaj do przedszkola z narysowanymi majtkami bikini. Może to i ekonomiczniej, podobno są już ubrania w sprayu.

Co dwie głowy, to nie jedna

Jak wiecie mam na pokładzie panie sztuk dwie.  Życie z takimi dwoma jak one, to ciągła karuzela.  Wchodzisz do pokoju i nie wiesz jeszcze czy będzie dobrze, czy nie, czy dzisiejszy dzień zapisze się na kartach historii waszego rodu jako dzień, w którym zamarzło piekło, czy jako TEN dzień, w którym zapragnęliście mieć kolejne potomstwo.

Małpują

Młodsza latorośl naśladuje starszą siostrę we wszystkim. Ostatnio złapałam dziewczyny jak budowały konstrukcje z plastikowych pudeł w celu wspięcia się na parapet. Żeby było śmiesznie starsza trzymała pudło, młodsza się wspinała – nowicjusz, jeszcze nie wie, że lepiej trzymać pudła. Na szczęście mój pomysłowy małżonek wymienił klamki w oknach na takie z kluczykiem, więc spokojnie, nie wylecimy.

Złudzenie optyczne

Dziewczęta lubią sztuczki. Wczoraj młodsza latorośl biegała po mieszkaniu z rzekomym pokarmem. Kojarzycie żółte, kukurydziane chrupki? Ponieważ ostatnio ma etap krzyku, uznałam, że jeśli paszcza jest zapchana flipsem, a dzieć milczy, to ja sobie zmopuję podłogę, bo przy takiej ekipie mopowanie to moje drugie hobby zaraz po zamiataniu. Patrzę jak ten mój dzieć radośnie mieli tego flipsa, ale coś mi nie pasuje… flips jakoś tak powoli znika, i jeszcze nikomu rozmemłany chrupek się do tyłka nie przykleił, podchodzę zatem bliżej, przecieram oczęta, patrzę, a mój dzieć żuje żółtą kredę. Zjadła pół. Nie wiem co taka kreda ma, dzieć żyje i ma się dobrze. Jednak żółta kreda przejdzie do kroniki rodzinnej, bo dobrze udawała chrupka.

Proza życia.

Z DZIENNIKA WSPÓŁSPACZA

Podbite oko, stopa między żebrami, palce w nosie i powieki podnoszone wbrew woli właściciela. To nie kadr z filmu Wzgórza mają oczy, a jedynie kadr z życia matki współśpiącej.

 Gdy na początku przygody ze współspaniem, wyobrażałam sobie naszą wspólną drogę, miałam przed oczami sceny z bajek Disneya – ja przeciągająca się beztrosko o poranku (czytaj o 09.00), obok latorośl z zaróżowionymi policzkami pochrumkująca na swojej połowie łóżka. Słodki zapach dziecka, ciepło i malutkie rączki, które okalają moją twarz przed zaśnięciem.

Ta złudna wizja macierzyństwa nie raz już zostawiła mi posmak goryczy w ustach. Moja przygoda ze współspaniem ewaluowała razem z wiekiem moich dzieci. Zaraz po przyjściu ze szpitala ssaki spały blisko… tak blisko, że czasami sklejałyśmy się spoconą  skórą, a odklejenie sprawiało ból.

Gdy zaczęły raczkować, moje umiejętności przetrwania we wspólnym łóżku rozwinęły się jak skrzydła albatrosa.

MATKO PAMIĘTAJ, DZIECKO TWÓJ SKARB

Przerabiałam już kilka opcji. Spanie na gąbce zakupionej w Jysk ( nie polecam), spanie na podłodze sauté, czyli bez niczego – również nie polecam, kolejno spanie na łóżku z jedną ścianą wspomagającą – wszystko zależy od giętkości ciała, jeżeli jesteś w stanie zwinąć się w dużego precla, blokując drogę ucieczki z trzech stron, to znaczy, że sobie poradzisz. Ze względu na moją figurę i umiejętności zwijania się w precla, rzeczona pozycja nie wychodziła mi najlepiej, i porzuciłam spanie na kanapie na rzecz spania w łóżku typu kingsize.

Niestety owe łóżko, ze względu na wielkość pokoju, stało w nietypowej odległości od ścian. W dziurze mieściła się głowa dziecka, a nawet cały tułów, o dziwo moja noga za cholerę tam wejść nie chciała. Drogą dedukcji udało mi się dość do tego jak zablokować nieprzyjemne i niewygodne otchłanie po bokach.  Przypieczętowało to naszą wspólną przygodę ze współspaniem na dobre.

Żadne dziecko nigdy mi nie spadło z łóżka. Zawdzięczam to swoim kocim ruchom, albowiem śpię na tzn. wysokiej czujności niczym lampart, kilka razy udało mi się złapać dziecko w ostatnim momencie, co o 2.00 w nocy nie jest takie oczywiste. Niemniej żadna z latorośli nie opuściła gniazda w trakcie współspania.

W tej chwili gdy dzieci chodzą, a młodsza latorośl prawie opanowała schodzenie z łóżka, bardzo trudno jest je powstrzymać od przemieszczania się. Zauważyłam, że po wspólnych nocach budzę się poobijana jak zawodnik MMA po walce o pas. Zweryfikowałam wypracowane metody blokowania miejsc zrzutu na łóżku, i doszłam do wniosków, że nowa sytuacja wymaga nowej techniki.

MATKO BROŃ SIĘ

Wprowadziłam pozycje obronne, dzięki którym mogę spać  lub odpoczywać w obecności latorośli, bez obaw o własne życie i zdrowie.

Zasady:

  1. Należy spiąć włosy mało atrakcyjną gumką, najlepiej recepturką albo kawałkiem pończochy w kolorze skóry,  która nie przykuje uwagi latorośli. Brak rozwichrzonych włosów zniechęci  potomka do wyrywania ich z głowy współspacza, szczególności z okolic skroni, gdzie boli najbardziej.
  2. Ukryj twarz. Jeśli to tylko możliwe zakryj nozdrza, usta oraz oczy w dłoniach lub ramionach, pozwoli ci to uniknąć wciskania małych palców zakończonych ostrymi pazurkami we wszystkie szczeliny. Dodatkowo unikniesz wywijania powiek, w celu sprawdzenia czy śpisz.
  3. Połóż się na brzuchu. Skakanie po plecach oraz pośladkach boli znacznie mniej niż skakanie po pęcherzu i żołądku.
  4. Jeżeli latorośl jest wyjątkowo zawzięta i próbuje dostać się w okolice twarzy ryjąc głową w poduszce, spróbuj ułożyć się w pozycji żółwia. Dobrze sprawdza się w tej sytuacji pozycja dziecka oraz krokodyla zapożyczona z jogi.
  5. Jeśli twoja latorośl śpi pod ścianą pozycja boczna ustalona, powinna zniechęcić potomka do znęcania się nad współspaczem.

 

NIE TRAĆ CZUJNOŚCI


Zdarzyło mi się raz o tym zapomnieć, leżąc ze starszą latoroślą na kanapie odpłynęłam w ramiona Morfeusza, palec wsadzony do nosa obudził mnie na tyle szybko, że uniknęłam utraty oka, jednak tamowanie krwotoku zajęło mi dobre kilka minut.

 

Przede wszystkim czerp garściami z tej rozkoszy, jaką daje współspanie z dzieckiem 😉

 Powodzenia!

 

 

 

 

 

 

Matka, kalafior i grafomania.

Nadeszła wiekopomna chwila

Urlop na finiszu, nie tylko ten wakacyjny. Szykują się wielkie zmiany, albowiem matka wraca do pracy. Ten dzień musiał w końcu nadejść. Dzisiaj starsza latorośl debiutowała w przedszkolu – trzy godziny, niemniej były łzy. Głównie moje, a jednak.

Zastanawiam się jak po takiej trzyletniej absencji przygotować się psychicznie do podjęcia pracy. Czy prosić o okres adaptacyjny? Przydałby się. Czas dla pracownika na integrację z zespołem i własnym mózgiem. No właśnie, jeśli o mózgu mowa. Mój kalafior nie ogarnia listy zakupów, a ogarnąć będzie musiał sporo więcej. Może jakieś witaminki? Co polecacie?

I kolejna zagwozdka, bo ja mości państwo w ogóle nie reaguje na własne imię, i zastanawiam się czy nie napisać sobie na koszulince per „Matka” wtedy szybciej się odwrócę, a po takim okrzyku MAMO! czas reakcji będzie krótszy, a kalafior zaktywowany do myślenia.

Kto śledzi bloga ten wie, że prócz starszej hrabiny mamy na pokładzie jeszcze rok młodszą latorośl, która do przedszkola się jeszcze nie kwalifikuje. Pan M postanowił zaoferować swoje usługi opiekuńcze w systemie full time, co mnie niezmiernie cieszy. Postanowiłam nie pisać tym razem opasłej instrukcji obsługi dziecka, bo w końcu to nie jest debiut i pan M to i owo już potrafi ogarnąć. Nadal ma nawyk zakładania koszuli na twarz przy zmianie pieluchy, ale każdy ma swój styl.

Choć niewiele piszę, nie dajcie się zwieść, zazwyczaj cisza jest przed burzą. Prócz mojego zawodowego zmartwychwstania zahaczyłam się również w portalu www.wrolimamy.pl , gdzie będziecie mogli czytać moje wypociny bardziej regularnie, bo w co trzeci wtorek miesiąca. Wiem jak to brzmi, zaraz się okaże, że to będzie co drugi wtorek miesiąca parzystego z literą R w nazwie, ale ja tu zupełnie serio, serio. Najbliższy wpis planuję na 22 sierpnia, więc śledźcie pilnie, a i ja się pochwalę jak będzie gotowy.  To nie koniec. Jak na grafomana przystało, piszę więcej niż jestem w stanie przeczytać, w związku z czym w zaciszu domowego ogniska powstaje książka. Postanowiłam dla odmiany nie umieszczać w niej żadnego wpisu blogowego – szokers bo z tego co się orientuję, większość ludzi z blogiem po prostu wrzuca do książki wpisy z ostatnich kilku lat i jest petarda. Ja, jako płotka blogosfery nie mam ani tylu czytelników, ani takiej historii wpisów, więc w ofercie szanowni państwo, będzie wolumin nigdzie wcześniej nie opublikowanych tekstów w klimacie literatury kobiecej. Będę zdawać relacje z przebiegu prac, a wy motywujcie, bo jak to samozwańczymi  literatami bywa, miewam zastoje w wenie, że nawet wino mi nie pomaga.

To jak z tymi suplementami, co mi zamieni kalafiora w mózg Magneto z X-men’ów?

Pożoga

​„Porzućcie wszelką nadzieję, ci, którzy [tu] wchodzicie”

                    Dante Alighieri, Boska Komedia

Obdarta z nadziei, brodząc w zgliszczach urlopu, z armią niemowląt u boku, lśniącą od śliny i moczu, niczym miecz rycerza okrągłego stołu, brodzę w zabawkach, karczując przeszkody, niosę dzieci pod prysznic, niosę je do wody…

Jeźdźców Apokalipsy miało być czterech, a tymczasem moja armia dwóch świetnie sobie radzi, pozostawiając za sobą jedynie Armagedon.

Zastanawiałam się, wiele razy, z jakich powodów, po pojawieniu się potomstwa tak wiele związków cierpi na syndrom odstawienia towarzyskiego. Dzisiaj zrozumiałam. Ich poprostu nie stać na wypłaty odszkodowań.

Jesteśmy w „gościach”, w pewnym sensie bo nie u siebie. Mija czwarta doba, poziom zniszczeń jest zatrważający. Począwszy od połamanego łóżka, którego producent nie przewidział ciężaru naszej rodziny szlacheckiej, przez popisane meble, wybrudzone koce, dywany, ściany, porysowane parkiety a skończywszy na odbitych dłoniach gdzie się da. Tej furii nie da się okiełznać. Ręce opadają już na pięć minut przed zdarzeniem, ot tak, na wszelki wypadek. Biegniesz do dziecia, ktory właśnie wyrywa dekoder z półki pod TV a jego skrzydłowy – hrabina puerworodna – już wspina się po stojaku na kwiaty.

Nie jestem gotowa psychicznie, ani finansowo na odwiedziny.

Pozostawiając za sobą zgliszcza, uciekliśmy na plac zabaw,  ale i tam trzeba być czujnym. Gdybym tylko była jak Xavier z X-manów. Ulegam jednak ludzkim pokusom, na przykład dzisiaj, zafrasowała mnie wiewióra, i choć walczyłam ze sobą ciekawość wygrała, podniosłam opuchnięte powieki, spoglądając czerwonymi ślepiami w kierunku uciekającej wiewióry i… hrabina młodsza zaryła twarzoczaszką prosto w zjeżdżalnię,  żeby nie było wiewióra uciekła… zdjęcia nie ma.

A gdyby tak… za konia robić.

Mam jednak pomysł jak temu zaradzić, postanowiłam, że na spacery będę zakładać uprząż dla konia, taką z klapkami na oczy, żeby w polu widzenia mieć dziecia i nic więcej, może wtedy zdołam ogarnąć armię.

Trzymajcie kciuki bo mam jeszcze 36 dni urlopu.

Jak często zdarza wam się odwiedzać inne domy?

Chaos

W tym wpisie nie dowiecie się o tym, że jadłam krokodyla ani, że czekolada z popcornem jest naprawdę smaczna, nie będzie nic na temat rodzajów piwa w Belgii ani o tym, jak przez 16 godzin wracałam autem do domu.

Tym razem zacznę od GRY. Nie od recenzji, dajcie spokój, przecież ja się do recenzji zupełnie nie nadaję. Wyobrażacie sobie, że mam zrecenzować np brzoskwiniowy krem do ciała?!

„ Produkt opakowany jest w pogryzioną plastikowa butelkę, widać odbicia ludzkich zębów. Butelka bez substancji szkodliwych. Dziecko lizało ją 30 minut, bez efektów ubocznych. Balsam świetnie spisał się jako krem do pupy podczas nieoczekiwanego wybuchu pieluchy. Świetnie się wchłania i zostawia lekki filtr na pośladkach”

Dlatego my nie testujemy. Gdyby jednak znalazł się chętny cynik, który pragnie znaleźć 101 zastosowań swojego produktu niezgodnych z przeznaczeniem – polecamy się.

Dzisiaj będzie zupełnie nie na temat. Zacznę od GIER PLANSZOWYCH.

Zastanawiałam się czy istnieją gry planszowe o macierzyństwie? Bo ja z chęcią zakupię taką grę. Najlepiej gdyby zamiast pionków były kieliszki do wina. Jeśli czyta mnie jakiś wydawca planszówek to rzecz jasna polecam się do napisania gry, i z chęcią będę ją testować do UPADŁEGO … z ochotnikami. Od razu założymy grupę na FB „Cy Gie” – czyli Czary Gary.

W mojej głowie rysuje się wizja gry idealnej, takiej gdzie w zestawie prócz planszy jest czerwone słodkie i cztery kieliszki. Zaczyna ten, który pierwszy otworzy butelkę bez korkociągu. Zróbmy utrudnienie, niech do wydobycia korka posłuży łyżka, poczujemy się jak w liceum. Plansza musi być spora, bo wiadomo jak taki kielich postawisz, to przecież musi być miejsce i na butelkę jako kluczowy element gry.

Kto by nie zagrał, no kto?!

Zaczynasz od mapy macierzyństwa à start à NIE CZUJĘ DNA, GDZIE JA JESTEM (losujesz kartę z pytaniem „ jak żyć”)

Kolejna kolejka i rzut kostką à ciągniesz kartę życia ( gratulacje urodziłaś trojaczki) w tym momencie dostajesz również plastikowy samochodzik, który zabiera cię do pierwszego przystanku OBŁĘD nie, to nie depresja, to pierwsze oznaki utraty zmysłów.

Karty z pytaniami

Łyk, rzut, łyk, rzut… łyk i lądujesz na zielonym polu, szukasz koniczyny. Zabawa na czas, a jak wiadomo, matka na czas potrafi sikać, myć zęby i bić kotlety, więc z takim zadaniem na czas też sobie poradzi.

Jesteś na polu „Wyzwanie czy pytanie” ( pytanie rzecz jasna z fizyki kwantowej, więc wybierasz zadanie). à Masz 60 sekund na obranie 5 ziemniaków, przebranie pieluchy, zaparzenie i wypicie kawy, ubranie się i przekonanie dwulatka, że w grudniu nie może wyjść w klapkach na zewnątrz.

Kolejny rzut kostką à czekasz jedną kolejkę. Utrudnienie gry polega na tym, że przed każdym rzutem kostka wypijasz wino, a twój kieliszek nigdy nie może zostać pusty. Wygrywa ten kto dotrze do mety z najmniejsza ilością wina w kieliszku. Jednym słowem, dwie pieczenie na jednym ogniu.

Teraz zestaw kart z pytaniami zadawanymi przez dziecko w miejscach publicznych, na które musisz udzielić wyczerpującej odpowiedzi i nie zostać zaatakowana przez przechodniów, pytania  z serii „ Mamo dlaczego”

  • Mamo dlaczego ten pan jest taki gruby
  • Mamo dlaczego ta pani jest taka stara
  • Mamo czy ty umarniesz
  • Mamo czemu słońce jest żółte
  • Mamo co to jest jeans
  • Mamo gdzie lecą te ptaki
  • Mamo czy możemy już oddać dzidziaka?
  • Mamo czy tato też ma mamę?
  • Mamo czy Mikołaj umarnął i nie będzie prezentów?
  • Mamo czy mogę mieć łóżko z czekolady

Przerwa w nadawaniu, teraz pijesz bo chcesz i lubisz, więc nie zważasz na to czy kielich pełny czy pusty do połowy, ważne żeby usta były mokre.

Brzmi jak zwykła rozrywka ale przed nami element karaoke. Stajesz na środku i musisz odśpiewać hymn matki
Czyli mam tę moc!!!!

Cały film

 

A teraz coś zupełnie z innej beczki, tak żeby dzisiejszy wpis był jeszcze bardziej chaotyczny. Otóż mam ci ja taką rozterkę, wróciłam na ojczyzny łono dwa dni temu i nadal się nie rozpakowałam z jednej walizki. Ponieważ za dwa tygodnie znowu wyjeżdżam, zastanawiam się czy JEST SENS w rozpakowywaniu?! bo przecież mogłabym zabrać tą walichę i pozamiatane,  pan M do reklamówki Lidla, i jedziemy.

Miałam napisać opasły wpis w formie relacji z powrotu, ale jest to historia pełna grozy i nijak nie wpisuje się ani w kanony moich sarkastycznych wypowiedzi owianych szaleństwem, ani nawet w bajkę z krańca lasu, więc chyba zachowam ją do wykorzystania w jakimś dark fiction na przyszłość. Zdradzę wam jedynie, że stałam dwa razy w tym samym korku, łącznie 5 godzin bo źle zjechaliśmy z autostrady i zamiast do Polski dojechaliśmy do Holandii. Jest moc.