Show me the money!

Miałam napisać jak to mi w boku szczyka, jak mnie łeb boli, jak mi pogoda doskwiera, że depresja jesienna, że buty mi przemakają, że dupa mnie boli…

Zaraz – pomyślałam – a jakby tak na tym hajs zarobić? Przecież ludzie zarabiają na psychoanalizie psów, na odpowiadaniu pytaniem na pytanie, na robieniu zakupów… na wrzucaniu zdjęć skarpety na Instagrama … czemu nie ja?

Krok 1

Analiza SWOT psychofizycznej stagnacji Matki.

Krok 2

Wyniki analizy:

Strengths – słowotok

Weaknesses – słowotok

Opportunities – słowotok

Threats – słowotok

Krok 3

Wnioski z analizy: Przekuj słabe strony w zalety à otwórz Matka&Matka Company Ltd.

Hasło przewodnie: Matka poleca się na przyjęcia.

Masz spotkanie z nielubianym członkiem rodziny? Nachodzą cię upierdliwi znajomi? Nie wiesz jak się pozbyć nachalnego sąsiada? – wypożycz Matkę!

W ofercie:

Narzekanie na

  • ból głowy ( w tym zatokowy, migrenowy i napadowy)
  • ból dupy ( bo sąsiad trafił 5 w Jackpota za pierwszym razem)
  • ból życia (bo wiadomo, że biednemu zawsze piach, wiatr i deszcz w oczy)
  • bóle stawów ( bo pogoda)
  • niestrawność

Klient nasz pan

To nie koniec. W ofercie mamy również poziom narzekania szyty na miarę.

Ponadto, kochani. Matkę można odpowiednio ucharakteryzować.

W ofercie standard do wyboru:

  • Wysypka
  • Zimno
  • Czerwone oko

Dodatkowo Oferta VIP:

  • Przeziębienie
  • Grypa
  • Zapalenie zatok
  • Zapalenie pęcherza

 

Gratis, tylko do końca listopada – schodzący pazur wzbudzający zarazem odrazę i współczucie.

Ofertę kierujemy do osób w kraju i zagranicą, bowiem Matka potrafi biegle narzekać również w językach zagranicznych.

Nie przegap swojej szansy. Pracujemy w systemie Home Office. Kontaktuj się już teraz, Ilość zgłoszeń ograniczona.

 

Reklamy

Boli mnie mózg!

Gdyby moje życie było filmem byłoby….

Latającym cyrkiem Monty Pythona

Oglądam Monty Pythona i właśnie mnie olśniło.

„Przeciwnika z brzoskwiniami należy zwalczyć za pomocą krokodyla (…) z pigwami w dłoniach kryjecie się za boazerią (…) Gdy zagraża ci tłum z malina, wypuść na nich tygrysa”  ( Monty Python, Samoobrona)

Boshe tyle lat się zastanawiałam o co chodzi w tych serialach, a teraz w końcu, po 3 latach spędzonych w towarzystwie niemowląt, okazuje się, że jest to jedyna forma przekazu werbalnego, która trafia do mnie ze zrozumieniem. Mam ochotę przybić im wirtualną, telewizyjną piątkę, szczególnie po dialogu związanym z atakiem owocami.  Bo ludzie, ja takie ataki przeżyłam i to nie raz, i nie tylko pigwami, toszto mnie atakowali truskawką, kiwi we własnej osobie, bananem… a wczoraj zostałam zaatakowana przecierem z buraka, i gdybym tylko miała pod ręką krokodyla albo tygrysa, który rozgoniłby towarzystwo i zjadł wszystkie warzywa i owoce… no ale czasu nie cofnę, najwyżej będę przygotowana na kolejne ataki.

Podobnie jak adepci sztuk walki, ja również przerabiałam już atak jeżynami, granatem, pomarańczą w kawałkach i w całości…

 

Dywagowałam dzisiaj z moim ślubnym na temat zwietrzałych zapachów do kontaktu, które zakupiłam w pobliskim dyskoncie z owadem w logo. I tak rozprawiamy o tym jakie to życie niesprawiedliwe, i jak to nam biednym zawsze wiatr w oczy i piasek w usta, bo nawet cholerny zapach do kontaktu nie pachnie. Ślubny jako samiec Alfa postanowił naprawić, bo przecież pachnieć musi, no i tak rozbroiliśmy rzeczony zapach na części elementarne, żeby jednogłośnie uznać co następuje:

– nie pachnie…

– ano nie pachnie.

Już małż mój niósł owy wtykacz zapachowy do śmietnika, gdy nagle triumfalnie powrócił skandując

– wiem, wiem, wiem czemu nie pachnie!

– czemu? – Pytam z wypiekami na twarzy,  to przecież najciekawsza rzecz jaka mnie dzisiaj spotkała, nie licząc wybuchu pieluchy,

– to na komary!

Dziękuję, dobranoc. 

 

Myślę, że to nie będzie ostatni wpis o Monty Pythonie 😉

 

A jakim filmem jest wasze życie?

 

Zrób sobie dobrze

Leżeliśmy  obok siebie, zmęczeni, spoceni, dreszcz przebiegał nasze ciała. Zimni i ciepli zarazem, spragnieni i syci, ja obolała, on zadowolony. Nasze usta spierzchnięte, oczy błyszczące, źrenice jak jednocentówki.

 

clem-onojeghuo-143345

Photo by Clem Onojeghuo on Unsplash

Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej. Próbując osiągnąć szczyt spełnienia w jeden z tych ostatnich ciepłych dni jesieni, wybraliśmy się w plener. Zapakowałam torbę, wszystkie gadżety, koce, napoje,  kremy nawilżające. Były również zabawki – pluszowe, gumowe i kilka świecących. Już nie pamiętam kiedy robiliśmy to w plenerze. Przed wyjazdem musieliśmy się odpowiednio ubrać, jak wiadomo zabawy w plenerze wymagają nieco kreatywności.

Zapowiadało się bardzo ciekawie. Wstałam podekscytowana, a każdą czynność przerywała mi nawracająca myśl – co jeszcze ze sobą zabrać, i czy wszystko się uda.

Podróż do celu nie zabrała nam wiele czasu, upatrzyliśmy sobie zaciszny kącik w miejskim parku. Często chodzimy właśnie w to miejsce, ze względu na miłe otoczenie, zieleń, plac zabaw, a co więcej nie ma tam wielu znajomych.

Rozłożyliśmy koce, wyciągnęliśmy zabawki, gadżety, torba z kremem była w pogotowiu.

– Chyba mam wszystko

– To co, zacznij a ja zaraz do ciebie dojdę, powiedział pan M, po czym zniknął za krzakami.

Zanim wrócił, zdążyłam się już dobrze spocić, hrabiny szalały na pikniku, biegały od kamiennego kota do metalowej konstrukcji przypominającej żyrafę, co chwilę przynosiły nowe znalezisko w postaci robala, kamienia lub kapsla po piwie. Swoim jastrzębim okiem widziałam jak pan M targał z bagażnika wózek bliźniaczy, na wypadek gdyby panie uznały, że bolą je nogi.

– Mamy wszystko?

– Z nimi nigdy nie wiesz co będzie potrzebne, powiedzmy, że mamy wszystko o czym pomyśleliśmy. Musiało nam to wystarczyć. Ulubioną zabawką hrabin w tym czasie była gumowa świecąca kula, która po zderzeniu z ziemią potrafiła wywołać oczopląs u zdrowej dorosłej osoby. Zabawa trwała w najlepsze, zjedliśmy kilka kanapek, popiliśmy sokiem, pobiegaliśmy i spociliśmy się jak szczury. Żadna z pań nie zrobiła nam na szczęście niespodzianki, więc krem się nie przydał, no może poza kremem do twarzy.

Już w drodze do domu czuliśmy zgubne skutki biegania bez kurtek. Zanim zaszło słońce, leżeliśmy skuci gorączką na łóżku – 37,5 może termometr się zepsuł –  termometr za całego Jagiełłę nie może się zepsuć, będziemy chorzy… – wydukałam głośno przy tym przełykając – i tak było warto – wyszeptał pan M i zakrył się kocem z polaru.

Cykl roku według Matki

Nadszedł wyczekiwany przez wszystkich piździernik.  W dziesiątym miesiącu roku, większość społeczeństwa poddaje się modzie na infekcje. Ja gorsza być nie chcę, więc również mam swoją.

Gdy nie było hrabin  a mnie zaczynało coś łamać zakopywałam się pod kołdrą z termoforem, ciepłą herbatą, przysmakiem na talerzu i dobrym filmem na DVD. Dobrze, że człowiek ma chociaż co wspominać :-). Dacie wiarę, że wydawało mi się wtedy, że jestem zmęczona?!

Własnie kończę piździernikową infekcję i zastanawiam się kiedy będzie następna, czy będzie spacja, czy może płynnie niczym arabeska przejdę z jednej w drugą. Przynosząc ten ostatni krzyk mody do domu – infekcję z czerwoną gałą ( tak zalało mi gały od kaszlu, ale znalazłam mnóstwo zdjęć w Interentach wskazujących na to, że są ludzie którzy sobie taką gałę tatuują na czerwono, żeby wyglądała jak moja) – niechcący zaraziłam obydwie latorośle. Jakże zastanawiający jest fakt, że gdy sprzedasz choróbsko dziecku to ono bez względu na rodzaj wirusa, zaczyna każdą infekcję od wymiotowania. W ciągu ostatnich czterech dni zostałam obrzygana dokładnie cztery razy. Dochodzę do wprawy – dzisiaj próbowałam złapać pawia w garść, i Jack pot! w ostatniej chwili udało mi się przyjąć go w objęcia.

Najbardziej lubię te momenty gdy po uśpieniu pań skradam się do toalety, gdzie mogę obmyć ciało z brudu codzienności, a kiedy wychodzę na bezdechu kontenta z siebie, pachnąca i namaszczona,  moje drogie panie i tak mnie usłyszą i się obudzą, nawset jeśli przelecę nad przedpokojem niczym Ikar .

Wchodzę do pokoju z nadzieją, że to tylko mamoza nawykowa, ale nie… jak piździernik to piździenrik, więc najpierw jedna pani, potem druga pani, potem zmywam wymiociny z rąk, szyi, dekoltu etc w zależności od ustawienia.

Za oknem orkan, pada, wieje, wilki jakieś, ale ja mam sposób na znalezienie światełka w tunelu. Każdy rok dzielę sobie na partię według towaru na półkach w Biedronce. Aktualnie mamy sezon zniczowy – tak to już! Są znicze małe duże, średnie, całe palety. Po sezonie zniczowym płynnie wchodzi sezon bombkowy – w ciągu jednej nocy znicze zostają zastąpione przez kolorowe ozdoby, uśmiechnięte renifery, zdeformowane maski Chińskiego Mikołaja z liniejącą brodą, czekolady z napisem Merry X-mas oraz pudełka z piernikami.

Co następne, kto zgadnie? No jak to co – sezon na ferie! – kupujemy sanki, dupoślizgi, kaski na snowboard, ocieplane gacie i czekamy na śnieg. Kolejno do akcji wkraczają pisklaki, koszyki, bazie, żonkile, rzeżucha i kolorowe czekoladowe jajka ( ja akurat kupuję je cały rok). Ledwie człowiek zasadzi tą rzeżuchę, jeszcze mu nie zwiędnie, a już mamy weekend majowy i trzeba wyciągać grilla z piwnicy. Nie ważne czy śnieg czy słota, Polak grilluje w każdych warunkach – tak dochodzimy do happy end’u w postaci końca roku szkolnego,  z przerwą na matury i kwitnące kasztany. W czerwcowym katalogu bon prix wybieram stroje kąpielowe i zastanawiam się czemu nie schudłam w zimie, i jak ja teraz nie chcę się odchudzać – bo przecież kto biega gdy pocić sieęmożna siedząc… Pod koniec sezonu zaczynam nienawidzić słońca i czekam na najmniejszy powiew wiatru, na sam widok dyń w Biedronce serce rośnie a dusza śpiewa, bo oznacza to jedno – w końcu będzie chłodniej.. i tak nadchodzi piździernik.  Czekolady, stroje kąpielowe, okulary i kremy z filtrem zastępują fervex, gripex, rutinoskorbin i syrop wykrztuśny. Otuchy dodają palety zniczy ustawione od podłogi pod sam sufit. Na szczęście niedługo znicze wymienią na jemiołę 😉

 

Wydobyciny, wymontowanie czy eksmisja z macicy?

Głośno ostatnio o wydobycinach i tak się zastanawiam nad synonimem.

 Mam na koncie dwa cięcia cesarskie, ale „wydobyciny” kojarzą mi sie z „wymiocinami”, więc dumam nad semantyką.

 Postanowiłam sięgnąć do słownika synonimów, i teraz mam jeszcze większą zagwozdkę, albowiem jak ja mam postrzegać rzeczone wydobyciny?!

Słownik podpowiada, że wiele zależy od konteksu. Konia z rzędem temu, kto mi podszepnie, który najlepiej oddaje poród, o pardon! – wyjęcie dziecka, bo przecież ja nie rodziłam :

wydobycie – w kontekście wymontowania czegoś, na upartego pasuje, wtedy zamiast urodzin obchodzimy wymontowanie.

wydobycie – w kontekście wydobywania czegoś skądś zamiast urodzin, mamy dzień ekstrakcji.

wydobycie – jako opróżnienie pomieszczenia. Z punktu widzenia lokatora, jest dość trafne. Idąc za ciosem to nawet forma przymusowej eksmisji. Do noworodka mówimy wówczas zamiast „witaj” – „żegnaj”.

wydobycie – odnośnie wypakowania czegoś skądś. Tutaj wturują mi położne, bo każda „ciężarówka” słyszała o rozpakowaniu i byciu zapakowanym 😅

wydobycie – w kontekście siłowego wyciągnięcia czegoś skądś. Nieco przemocowe, ale, ale…przecież samo nie wyszło.

Na koniec zostaje wydobycie w odniesieniu do surowców naturalnych. To podoba mi się najbardziej, bo dziecko to skarb, nieoszlifowany diament, złoto, żywe srebro etc. A po urodzeniu, ups… przyzwyczajenie 😉 po wyjęciu moglibyśmy się chwalić jaki mamy urobek.
A: jak u ciebie? Ja mam 5kg
B: Niezły urobek, u nas skromnie 2500

A może na przekór losowi, zostać przy urodzinach 😉

Co powie tata?

Gdy ciepły dzień, to nawet leń na spacer chciałby iść
Już pora wstać i pobiec w świat. A tata jeszcze śpi.

(„Tato już lato”, Fasolki)

Pewnego pięknego popołudnia, uznaliśmy z małżonkiem, że zaprawdę chłop mój jest dyskryminowany w domu pod względem emocjonalno-muzycznym. Jak pan M słusznie zauważył, nigdy nie słuchamy piosenek o tacie, zawsze o mamie. Myślę sobie – chłop ma rację, znaj pańską łaskę człowieku, znajdę ci piosenki o tacie. Odpalam ju tjuba, i tak po dłuższych poszukiwaniach znajduję ze łzami w oczach – a są to łzy śmiechu – kilka jakże rzewnych tekstów o tacie. Po zapoznaniu się z pieśniami, pan M. uznaje, że w sumie to tak bardzo mu na tym nie zależy, i te piosenki matko-chlebne nie są wcale takie złe.

Nasze zamierzenie było takie, żeby piosenki nie przekazywały stereotypowych podziałów ról, w rodzaju: „ja pobruszę jeszcze 12 godzin, a ty poczywaj mężczyzno na kanapie, boś pewnie zmęczony życiem, masz tu pilota, kotleta i koc „…i co? J I mieliśmy do wyboru:

  1. „Co powie, tata, czy znów się wykręci? Czy dziecko zniechęci? – on śpi.”

2. ” Ach wróć tatusiu, do domu wróć, wróć do mamusi masz przecież klucz”

3. „Trudno napisać jest wiersz nawet krótki. Gdy z pracy wraca, to buzie na kłódki. (…) A kiedy z mamą pokłóci się za nas, potem w fotelu śpi aż do rana.”

4. ” Tato nie pij pójdź już spać”

 

Przekaz jest taki, że większość samców cierpi na bliżej niezbadaną  formę narkolepsji, i po powrocie do domu śpi przez większą część dnia, o ile się nie wyprowadzili. A przecież pełnienie opieki nad potomstwem przez pana samca, autora i wykonawcę potomstwa, to nie jest jakieś tam feministyczno-anarchistyczne fju bździu, zaaranżowane przez wściekłe samice w celu zapuszczenia włosów na nogach i zniewolenie męskiej części społeczeństwa. To bardzo naturalne zachowanie, często występujące w przyrodzie.

Pan pingwin na tacierzyńskim

Weźmy na warsztat pingwiny. Samiec pingwin wysiaduje jajo powierzone mu przez panią pingwinową, gdy ta zajmuje się polowaniem. Czy pan pingwin ma z tego powodu poczucie niższości – chyba nie, bo w koło ma kumpli z jajem, tudzież progeniturą, którą należy chronić i ogrzewać.

Nandu, tato na pełen etat

Ptaszki też dzielą się rodzicielstwem. Znacie płatkonogi? Samice tych ptaków nie tylko zwabiają samców, z którymi bezczelnie kopulują, ale po złożeniu jaj w ich gnieździe dają tzn. nogę, znikając sobie na zawsze, najczęściej do innego samca. Pan ptak zajmuje się dziećmi.  Nie dostaje 500+, nie ma alimentów, ale panom ptakom to zupełnie nie przeszkadza. Kto jeszcze w świecie zwierząt zajmuje się potomstwem? Koniki morskie, strusie Nandu, niektóre ryby np. Oriopsis Felis oraz panowie żaby o nazwie Darwin , tu wielki ukłon dla pana żaby bo nie tylko zajmuje się młodymi, „połyka” ikrę, która trafia do specjalnego miejsca w jego ciele o trudnej nazwie – worek rezonacyjny, i pozwala progeniturze opuścić ciepły ojcowski dołek dopiero jak przeistoczą się w małe żabki.  To jest coś drodzy panowie, a przecież nie było palenia staników na stawie, nie było walki płci ani rewolucji feministycznej żab.

Da się? – da się.

A jak wy dzielicie obowiązki rodzicielskie? Jesteście jak strusie Nandu? A może wolicie bardziej tradycyjny podział?

Dajcie znać 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Proza życia

Bycie mamą przedszkolaka to nie przelewki. Wskoczyłam na nowy poziom, i się nie boję. Na mojej twarzy codziennie gości uśmiech. 

Tu nie chodzi o to, że już nie muszę nosić na rękach, czy leżeć godzinami w łóżku. To zupełnie nowy wymiar myślenia. Wymiar do, którego wciąż szukam wejścia.

Co ty wiesz o malowaniu

Mama przedszkolaka nigdy się nie nudzi. Na przykład wczoraj, weszłam do pokoju i zobaczyłam moje dziecię, nagusieńkie jak święty turecki, z markerem w ręku, rysujące sobie to i owo na ciele. Ba! Po bliższym zapoznaniu okazało się, że moja zdolniacha pomalowała się nawet w takich miejscach, gdzie promienie słoneczne nigdy nie dochodzą! To już jest talent. Wrzuciłam młodą do wanny, ale nie szło domyć… niestety pewnych miejsc się nie da wyszorować. Tym sposobem moje dziewczę, poszło dzisiaj do przedszkola z narysowanymi majtkami bikini. Może to i ekonomiczniej, podobno są już ubrania w sprayu.

Co dwie głowy, to nie jedna

Jak wiecie mam na pokładzie panie sztuk dwie.  Życie z takimi dwoma jak one, to ciągła karuzela.  Wchodzisz do pokoju i nie wiesz jeszcze czy będzie dobrze, czy nie, czy dzisiejszy dzień zapisze się na kartach historii waszego rodu jako dzień, w którym zamarzło piekło, czy jako TEN dzień, w którym zapragnęliście mieć kolejne potomstwo.

Małpują

Młodsza latorośl naśladuje starszą siostrę we wszystkim. Ostatnio złapałam dziewczyny jak budowały konstrukcje z plastikowych pudeł w celu wspięcia się na parapet. Żeby było śmiesznie starsza trzymała pudło, młodsza się wspinała – nowicjusz, jeszcze nie wie, że lepiej trzymać pudła. Na szczęście mój pomysłowy małżonek wymienił klamki w oknach na takie z kluczykiem, więc spokojnie, nie wylecimy.

Złudzenie optyczne

Dziewczęta lubią sztuczki. Wczoraj młodsza latorośl biegała po mieszkaniu z rzekomym pokarmem. Kojarzycie żółte, kukurydziane chrupki? Ponieważ ostatnio ma etap krzyku, uznałam, że jeśli paszcza jest zapchana flipsem, a dzieć milczy, to ja sobie zmopuję podłogę, bo przy takiej ekipie mopowanie to moje drugie hobby zaraz po zamiataniu. Patrzę jak ten mój dzieć radośnie mieli tego flipsa, ale coś mi nie pasuje… flips jakoś tak powoli znika, i jeszcze nikomu rozmemłany chrupek się do tyłka nie przykleił, podchodzę zatem bliżej, przecieram oczęta, patrzę, a mój dzieć żuje żółtą kredę. Zjadła pół. Nie wiem co taka kreda ma, dzieć żyje i ma się dobrze. Jednak żółta kreda przejdzie do kroniki rodzinnej, bo dobrze udawała chrupka.

Proza życia.