Kocham cię życie

Jest dobrze

Ostatnie dni są dla mnie coraz łaskawsze. Dzieci mi dorastają, budzą się coraz rzadziej, pierworodna wciąż tańczy, pochmurne dni spędzamy przy Vivaldim przebrane za baletnice. Drugorodna uskutecznia plan zjedzenia mieszkania. Jest dobrze.

Zbyt cicho

Cisza jest zawsze podejrzana –  wchodzę do pokoju sprawdzić co się dzieje. Najpierw wzrok mój przykuwa góra ubrań, nie jakichś tam szmat czy ręczników do prania, ale czyściutkich, wyprasowanych ubrań dokładnie tych, do wyprasowania których zbierałam się przez ostatni tydzień. Leży sobie i rozsiewa zapach płynu do płukania, pomięta, zhańbiona Hołda ubrań, rzucona z pogardą na zimne panele. Na szczycie hołdy przyklejony i wdeptany flipsik. Ot, taka wisienka na torcie. Jeden dzieć stoi przed szafą i zagląda przez szparę między drzwiami do środka, otwieram szafę i co ja paczę. W szafie, na półce wkomponowany w wolną przestrzeń po wyrzuconych ubraniach – mój drugi dzieć 17 kg zwinięte w kulę niczym jeż. Widzę, że dyszy, że niewygodnie, że twarz już poczerwieniała z wysiłku.

– Wychodzisz z tej szafy?

– Nie

– Kotek, ale przecież ci niewygodnie

– Nie mamo

Wskazuje mi palcem drzwi – mam wyjść. Stoję i patrzę. Młodsza zasuwa drzwi a starsza chowa się na półce. W trakcie dnia chowałam jeszcze z 5 razy ubrania do szafy. Wieczorem poddałam się bo to już nie miało sensu a poziom wygniecenia ubrań prosił się o ponowne wyprasowanie.

Małe radości

Byłyśmy również na spacerze. Dla mnie każde wyjście to wygrana w lotto. Cel jest zawsze ten sam: przetrwać. Pierworodna wyskakuje bez ostrzeżenia z wózka, wypina drugorodną, która nienawidzi butów, w ciepłe dni ubieram jej skarpety ale ostro z nimi walczy, Po 40 minutach jedzie boso, na szczęście biorę zapas onuc ze sobą. Pierworodna już zniknęła z pola widzenia. Czuję zimny pot na plecach i szczypanie na całym ciele, odwracam się i jest. Kazałam jej iść od strony żywopłotu nie od ulicy. Posłuchała, wlazła w żywopłot i stoi. Stoi i je bułkę. Za chwilę znowu znika. Nie ma. Pobiegła zerwać Mleczyk.

Zabawa w „Przetrwanie”

Nadzieja umiera ostatnia.

RUTYNA

Mój dzień wygląda zawsze tak samo. Wstaję rano obdarta ze skóry na twarzy i z włosów w okolicy czoła – robota drugorodnej. Następnie wlokę ciało do kuchni z nadzieją, że mąż idąc do pracy przewinął pierworodną – najczęściej tak jest chyba, że chłopak zaśpi. Do kuchni wchodzę głównie po to żeby się wkurzyć bo tajemnicze skrzaty w  moim domu, które wychodzą z ukrycia pod osłoną nocy robią niemiłosierny syf na blatach w godzinach między 1 a 7 rano. Nikt ich nie widział. Po głośnych westchnieniach szykuję strawę. Ostatnio doszło do zamieszek w kuchni, młodzież czekała cały KWADRANS – można dostać skrętu kiszek w takiej skrajnej sytuacji. W związku z powyższym dziewczyny postanowiły same się obsłużyć, powyciągały gary i talerze, nasypały suchy makaron, mąkę, proszek do prania – zrobiły danie cud. Potem dla równowagi rozniosły posiłek po całym mieszkaniu. Po posiłku pierworodna ma czas na prace manualne 😉 min. malujemy rękoma po sobie ( nie z mojej inicjatywy), potem ulubiona część rutyny artystycznej czyli mycie rąk w misce – ta czynność bije rekordy zainteresowania… W ostatnim czasie furorę robi katalog bon prix. Wycinam z niego obrazki, a młoda przykleja je na kartce robiąc kolarz w stylu pop art, jeżeli pierworodna ma siły to kolejnym zadaniem jest odbijanie wyschniętych pieczątek w ciastolinie. Blok kreatywny zwieńczony jest obieraniem jajka na twardo, które zaraz po myciu rąk jest naszym niezawodnym numerem dwa.

ZMIANY

Ostatnio zaczęłam się wysypiać już myślałam, ze to nigdy niej nastąpi. Najwyraźniej organizm się przyzwyczaił. Młodsza śpi coraz lepiej i coraz rzadziej bawi się w nocy. Myślę, że jeszcze miesiąc i sąsiedzi znów zaczną nam mówić dzień dobry. Pomijając fakt, że czoło mam coraz wyższe ( a to za sprawą regularnie ściąganego skalpu o, którym pisałam wyżej) wiele rzeczy jest na plusie. Pierworodna coraz rzadziej próbuje zabić siostrę. Nadal wypycha ją z wózka bliźniaczego na spacerze, ale od kiedy sama wypadła podczas akcji partyzanckiej ( rodzony ojciec, zaaferowany koszykiem wielkanocnym, przejechał po niej wózkiem) pilnuje się i nie wyskakuje tak chętnie, szczególnie gdy tato prowadzi.

MAŁE CELE

Dzielę swój  dzień na małe elementy, dzięki którym mogę zaliczać kolejno etapy aż do wieczornego snu dzieci, czyli do osiągnięcia MOJEGO celu. Nazywam to zabawą dla rodziców pt. „Przetrwanie”. Trzeba uzbierać 10 punktów żeby wygrać.

  1. Wstań i daj im jeść – 1p jeśli uda ci się w ciągu 30 minut od pierwszego okrzyku „ mamooo jeść”, dodatkowo możesz uzbierać punty życia jeżeli przygotowany posiłek będzie pełnoziarnisty.
  2. Przebierz dzieci i posprzątaj Armagedon po śniadaniu – 1p jeśli zrobisz to do lunchu
  3. Zabawy dowolne czyli przetrwaj jak najdłużej bez włączania bajki – 1p jeżeli nie włączysz TV do południa. Opcja punktów życia za planowane zabawy sensoryczne oraz za każdy brak urazów ciała ( przelicznik dotyczy ilości urazów ciała na roboczogodzinę).
  4. Podaj drugie śniadanie – 1p jeżeli to będzie owoc a nie ciastko
  5.  Uśpij drugorodną – 1p jeżeli ci się uda w jakiejkolwiek formie. Punkty życia za ucieczkę z pokoju bez budzenia malucha.
  6. Zabawy kreatywne z drugorodną – wykorzystaj czas drzemki malucha na zabawy rzeczami, których drugorodna nie może zjeść. 1 p jeżeli uda ci się zaangażować 2 latka w jakiekolwiek zabawy przez 30 minut. Punkty życia otrzymasz jeżeli zabawa nie skończy się rwaniem szat i histerią.
  7. Przygotuj obiad i podaj dzieciom – 1p jeżeli to nie będzie słoik
  8. Przebierz dzieci i zabawiaj do 17.30 forma dowolna – 1p jeżeli nikt nie odniesie ran.
  9. Przygotuj kąpiel dla dzieci, wykąp, nakarm, przebierz, połóż spać – 1p jeśli zrobisz to do 19.30 ( w tej konkurencji nie zdobywamy punktów życia ponieważ każde 30 minut snu dzieci to +10p do regeneracji)
  10. Ogarnij rozkładające się jedzeni, zetrzyj wymiociny z kanapy, posprzątaj chociaż jedną izbę – 1p jeżeli zrobisz cokolwiek. Zdobędziesz punkty życia jeżeli się nie rozpłaczesz.

Wyniki:

9-10 punktów – wygrałaś jesteś mistrzem świata

7-8 punktów – to był niezły dzień

5-6 punktów – wszyscy przeżyli i to najważniejsze

3-5 punkty – bywało gorzej

1-2 punkty – każdy ma gorszy dzień

NAGRODY

Nagradzam się. W owczym pędzie zrobiłam zakupy online w Rossmanie i wysłałam niczego nieświadomego męża do sklepu po odbiór zamówienia. Wrócił siny na twarzy z obłędem w oczach. Krople potu błyszczały na siwiejącej skroni.

– Widziałem tłumy na parkingu, jakby za darmo coś rozdawali, i myślę sobie, Boże GDZIE CI WSZYSCY LUDZIE są?! I wiesz oni wszyscy byli w Rossmanie…

– nom…wiem 😈

zakupy w rossmannie

CARPE DIEM!

Kilka dni temu – najprawdopodobniej jako ostatnia w Internetach – ja, czytaj emeryt slangu miejskiego, a zarazem ignorant postępu, dowiedziałam się, że CARPE DIEM już nie istnieje i teraz jest YOLO… nie mogłam się z tego podnieść przez cały dzień, nie pomógł mi nawet kieliszek wina, musiałam zastosować terapię uderzeniową – tj dwa kieliszki wina na raz.

YO (f*ckn)LO

Kiedy to się stało…

Szłam spać młoda, obudziłam się stara.

Tego się nie da przewidzieć, jeszcze niedawno śmiałam się, że „ przyszło wapno w kwadrat” a teraz zabierają mi CARPE DIEM. Wyobrażacie sobie  tematy maturalne 2018 „Stowarzyszenie umarłych poetów czyli motyw YOLO w kinematografii”

To przez moją ignorancję. Dialogi z siostrzenicą były przepowiednią tego co ma nadejść, i tak przeoczyłam, niepostrzeżenie czas swym zębem nadszarpnął moje językowe ego.

– Czemu Bell to dzwonek?

– Graham Bell wymyślił telefon

– Ciociu ale ty go znałaś?

– YYYY, no nie przecież mówię, że on WYMYŚLIŁ telefon, to było dawno temu

– No tak ale ty mówiłaś , że miałaś sybiradio czyli takie coś przed telefonem

– Nie przed telefonem to ja miałam Łoki Toki hłe, hłe, hłe…

– A co to było?

– Taka komórka ale mogłaś odejść od rozmówcy max do drugiego pokoju

– To miałaś straszne dzieciństwo

To moje pożegnanie z Carpe Diem. Zabieram ze sobą na Internetową emeryturę.  Zbieram słowa i chowam w zakamarkach wspomnień, Carpe Diem miałam wyryte cyrklem na ścianie w pokoju, teraz miałabym YOLO, SWAG, WTF… – przynajmniej mniej do rycia. Horacy miałby niezły LOL…

Quintusie aktualizacja

„Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”

à wersja 2017 „ YOLO stary, gęba na kłódkę, przyszłość nadchodzi więc polej wódkę”

a ja z tej okazji mam niezłego Zonka choć większość osób już nie wie co to jest – starość nadchodzi szanowni Państwo. Doszły mnie słuchy, że w niedługim czasie będziemy się posługiwać  tylko emotikonami ale myślałam o latach 2150 – 2230 a nie teraz …od akronimów do emotikonów już niedaleko a ja nadal nie ogarnęłam tych uśmiechniętych ryjków.

Hej życie to JA w 2030 czy to będą moje dialogi z hrabinami?! – błagam nie!

– Był jakiś konkretny LOL w szkole?

– Jessika – moja BFF – jest fejmem na  ASKu i normalnie miała tyle SWAGu, foty na Insta, wszystko i mama jej zablokowała Internet…

– OMG ale ROLF!

– Z czego ziejesz… ty byś tak nie zrobiła, prawda? 

– No co ty masz mnie za leminga. Wiesz, że ja nie mam żadnej sapy na takie akcje. Teraz musze ASAP lecieć do kuchni bo pierogi lepiej TTYL , 😄

– Lofciam

– 😄   , ❤

Aż mnie zaszczypały pięty. Czas się douczyć. Bierzcie i uczcie się z tego wszyscy. Moje ulubione wyrażenia z otchłani slangu miejskiego poniżej, a tak na marginesie wiedzieliście, że są  słowa na  „Ą” – zdecydowanie przydadzą się podczas gry w Scrabble.

ĄKŁY – stan po melanżu, skacowany

BAMBER – wieśniak

KOŚPYRKI – nogi

ELOOXY – okulary

Na koniec WYWCZAS czyli mega udany odpoczynek czego wam i sobie życzę.

SIEMA.

Pokaż kotku co masz w środku

Nie dla mnie Versace, nie dla mnie

Matka to najczęściej kobieta, w większości przypadków bo przecież może być też kocica matka, matka niedźwiedzica, matka kwoka, matka czapla i wiele innych matek. W odniesieniu jednak do gatunku ludzkiego matka jest kobietą, i o kobietach dzisiaj prawić będę. W szczególności o kobiecych akcesoriach. Od kiedy ogarniam nieogarnialne przy moich dwóch diabłach tasmańskich porzuciłam uwielbienia do akcesoriów damskich.

Matka ma przechlapane – nie zanurzy ciała w perfumie, bo co rusz dziecko na ręce bierze i drażnić małego nosa nie wypada jakimś tam piżmem czy inną wydzieliną z gruczołów około odbytniczych. Ponadto taki mały bąk liże, tuli się ociera twarzą –  zatem w moim przypadku  perfumy niedługo się przeterminują.

Nie pobłyszczę

Kolczyki, naszyjniki, bransoletki i inne ozdoby – ja jestem typową SROKĄ. Przed hrabinami lubiłam się postroić w biżuterię. Niestety młodzież szarpie, rwie, drze, gryzie, ciągnie i noszenie kolczyków grozi rozerwanym uchem dla nosiciela, a dla ciągnącego często podrapaną buzią np. od bigla. Pierścionki poszły w odstawkę ponieważ ciągle zmieniam komuś kupsko i myje non stop ręce, a podczas mycia rzeczonych rąk, odkładam pierścienie wszelakie na umywalkę, i tym sposobem mogłabym niezamierzenie obdarować kogoś obrączką tudzież pierścionkiem zaręczynowym, co zapewne nie spodobałoby się mojej drugiej połówce.

Jestem obdarta z ozdób, jedynie uśmiech i błysk w oku mi pozostał .

Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się ino sznur

Przy pierworodnej pozbyłam się nawet damskiej torebki. Mam jedną z wyprzedaży w Lidlu – tak dokładnie tą, o którą trzeba było walczyć i trzymać gardę żeby nie oberwać. Zdobyta w pocie czoła i to ba, w asyście.  Nie noszę. Ale mam ci za to szmacianą torbę do której zmieści się cały świat. Mała  i niepozorna. Zdradliwa bestia.

O TORBIE dziś kilka słów będzie moi mili. Torba dla matki, taka idealna torba – jak wygląda, czy ktoś ją widział i czy ktoś coś wie. Kupując TORBĘ dla matki należy się zastanowić w jakim celu matka nosi torbę i tu różnie bywa. Ja  mam np. nerkę do chusty, której nienawidzę bo nie mieści mi się w niej ani portfel ani telefon i noszę nerkę z kilkoma monetami w środku, czyli zupełnie bezsensu bo monety mogę mieć w kieszeni, ostatnio ją noszę dla czystego szpanu bo ma ładny wzór.  Mamy zatem nerkę do chusty lub nosidła.

Kolejna rzecz to torba do wózka. Jak wspominałam przy pierwszej hrabinie nie nosiłam torebki bo wszystko wpychałam do torby na pieluchy, moje wyjście z domu wyglądało jak misja na Marsa, pakowałam się i szykowałam przez godzinę a i tak zawsze czegoś zabrakło. Pewnego razu wyszłam z młodą damą na spacer, zarzuciłam na garb wszystkie torbiska, po zejściu z trzeciego piętra i wytarganiu wózka z piwnicy wyprowadziłam hrabinę na dwór, nie zdążyłyśmy przejść 200 metrów jak dziecięcie zrobiło kupę i poczęło krzyczeć. Najbliżej mam do McDonalda i tam też postanowiłam małą przebrać ale w pojedynkę okazało się to dość trudne, bo co z wózkiem i rzeczami które noszę wyglądając jak emigrant uciekinier z całym dobytkiem przy boku… Hrabina dostała szału w toalecie myślałam, że wyrwie przewijak ze ściany, na koniec nasypała sobie puder do oczu co tylko rozjuszyło ją bardziej… oczywiście kolejka przed toaletą rosła a mój wózek blokował wąski przesmyk między stolikami – toaletą i punktem zamówień. W końcu udało mi się przebrać dziecko i wcisnąć ponownie w kombinezon. Wyszłam spocona jak knur. Chciałam sobie kupić kawę na wynos bo widziałam kilka razy taką „mamę z kawą” ale ponieważ moje dziecko w wózku wytrzymywało w porywach do 25 minut  byłoby to dość trudne….  do nerki się nie zmieści.

Mam tę moc

Przy dwóch paniach przestało mi tak zależeć, albo inaczej – odpuściłam tu i tam. Znam swoje wady, przy jednym dziecku pozwalałam sobie na bycie helikopterem, teraz gdy mam dwie na oku nie mam na to siły i PO PROSTU MI SIĘ NIE CHCE.  Straszne słowa, ale czasami siadam na kanapie, patrzę jak młodsza latorośl tarmosi śliniak z kosza na pranie i maże nim po panelach, a ja siedzę i patrzę aż skończy żeby posprzątać bo interwencja w trakcie przy asyście pierworodnej nigdy nie wychodzi mi na dobre. Podobnie odpuściłam z czystością podczas spacerów. Teraz Pierworodna przechodzi etap   „ KICIA KOCIA MÓWI NIEEEE” i u nas jest identycznie. Spacery często polegają na leżeniu na glebie. Jeszcze rok temu bym oszalała, że położy się na kamień, że pobrudzi kurtkę, że będzie jej zimno teraz odpuszczam. Tłumaczę czemu nie chce żeby leżała ale kiedy leży to już nie czerwienie się jak burak a z uszu nie leci mi para. Ostatnio położyła się na wjeździe do szkoły – przed bramą. Nie chciała iść dalej więc obrysowałam ją kredą i powiedziałam, że nie może wyjść poza linię. Od razu wyskoczyła jak Filip z konopi – no i kto zrozumie dziecko 😉 Nie biorę również torby na pieluchy ze sobą. Biorę torebkę. Jakim cudem dla dwójki biorę torebkę? Hłe, hłe, hłe, mam wózek bliźniaczy, w którym jest sporo „stacjonarnych rzeczy” jak wiaderko z osprzętem do piaskownicy, dwa koce, woda, gryzak i poduszka. Reszta mi niepotrzebna.

Szukam torby idealnej.

Jakie macie torby?

 

BABY Z WÓZKAMI, CYCKAMI I BRZUCHAMI

Już myślałam, że nic mnie dzisiaj zabawnego nie spotka – myliłam się – dziękuje facebooku, dziękuje Pytanie na Śniadanie. Jako matka, do tego dwójki dzieci, które wożę sobie bezczelnie w wózku bliźniaczym, (a co gorsza czasami wózek pusty pcham bo jedna latorośl idzie a druga wisi mi na plecach w nosidle) bywam zepchnięta na margines społeczny, i nie mam dostępu do niektórych usług takich jak np. sklep spożywczy, gabinet fryzjerski czy choćby piekarnia. Niejednokrotnie najzwyczajniej w świecie nie mieścimy się w przejściu lub w drzwiach, że o alejce nie wspomnę, ale co tam wózek bliźniaczy przecież wiadomo, że jak ktoś ma dwójkę małych dzieci to powinien kupić przez Internet tonę ziemniaków i siedzieć w domu aż do lata, najlepiej obierając sobie te ziemniaki żeby nie było, że tylko siedzi i pobiera państwowe piniondze.

Wchodzę dzisiaj niczego jeszcze nieświadoma na facebooka, a tam odniesienie do programu PnŚ, temat: „Matki z wózkami – kogo i dlaczego denerwują” pod postem rzecz jasna komentarze. Większość komentarzy pisały kobiety, i pomyślałam sobie naiwnie, że skoro kobiety to pewnie mają macice, a jak już jest macica to jest szansa, że miały, mają lub mieć będą potomstwo ( choć przymusu ni ma, nie mniej jednak osoba z macicą ma duże szanse na zostanie matką a przynajmniej większe od osoby z np. jądrami).

Na co liczysz od „swoich” ludzi ( czytaj od innych kobiet – potencjalnych matek lub chociaż kobiet co mają matkę) no na jakąś małą „sztamę” – na jakąś hipotetyczną solidarność jajników, nie wiem … piąteczka maciczna, cokolwiek w ramach wsparcia.

Ale NIE. Oczywiście, że NIE.

Czytam komentarz: „ ludzie, którzy na wózku inwalidzkim jeżdżą proszą kogoś z przechodniów żeby im wszedł i zrobił zakupy bo wiedzą dokładnie, że zablokują wszystko i tacy są wyrozumiali” no tak, a te matki pchają się na chama z wózkiem zamiast elegancko ustawić się w kordonie wózków inwalidzkich…

Czytałam kilka razy i uwierzyć nie mogłam, LUDZIE ! czy wy uważacie, że to normalne, że OSOBY na wózkach inwalidzkich  nie mogą wjechać do sklepu?!  Naprawdę?! To ja wam życzę żebyście nigdy nie musieli być w takiej sytuacji, żeby prosić obcą osobę o kupno podpasek, jarmużu albo zwykłych pieluch dla dziecka – i jak to niby ma wyglądać?! że dajesz takiej obcej osobie kartę do bankomatu, podajesz pin i czekasz jak ten pan z Caritasu przed kasą na „co łaska” w ramach empatii społecznej. KU*WA.

Kolejny komentarz:

Te z wózkami nie są najgorsze, najgorsze są bez wózków! Traktują sklep jak salę zabaw. Nie zwracają uwagi na rozwalające wszystko dziecko, często wyjące w niebogłosy, bo mają chwilę spokoju! Tragedia

O tutaj na mój teren ktoś wjechał i nóż w kieszeni chował się i otwierał jak czytałam bo mam dwa szatany, z którymi idąc do klepu wcześniej aplikuję tabletkę na uspokojenie, bo nie wytrzymam i mogę wszystkich pozabijać, ale sprawdziłam z ciekawości i autor komentarza to dość młoda bezdzietna osoba więc NIE MA POJĘCIA CZYM JEST CIEMNA STRONA MOCY .

Mam nadzieję, że w przyszłości osoby, które w tak mało wyrozumiały sposób i zarazem tak niesprawiedliwy oceniają innych, jak już założą rodzinę i wejdą do sklepu samoobsługowego, a ich latorośle wyskoczą nogi rozprostować i wpadną w żelki, to szanowni państwo ukorzą się  i przeproszą za swoją „chwilę spokoju” wszystkich w sklepie a następnie – tak jak ja – posprzątają po swoich potomkach.

A jeżeli trafi im się wymagające i szybkie niczym światło dziecko, które zacznie płakać  w alejce sklepowej i zdecydują się wziąć je na ręce blokując tym samym na chwile przejście to żadna starsza pani do nich nie powie „stoi krowa!” jak mi w Biedronce… i że ktoś im przytrzyma drzwi jak będą wchodzić do przychodni, zamiast nacierać całym korpusem na wózek gdy będą trzymać paluchem od nogi 10 kg wrota, próbując wtoczyć się z dwójka dzieci jednocześnie.

Ciemnogród, powiadam wam. Zrozumiałabym gdyby pisali o tym mężczyźni bo oni na zakupy z dziećmi chodzą o wiele rzadziej, ( statystycznie rzecz jasna) ale to pisały same kobietki.

Kolejny komentarz:

Ja z wózkiem pokłóciłam się z kierowcą autobusu oznajmił, że robię kłopot sobie i wszystkim wokół biorąc dziecięcy wózek” Brawo dla tego pana w autobusie, awans mu się należy! Dobrze, że nie wysunął rampy ani nie pomógł matce z wózkiem bo dopiero by było…

Ja mam propozycję, że skoro wózki tamują ścieżki w sklepach i generalnie zajmują stanowczo zbyt dużo miejsca to powinien być taki odgórny regulamin, który wprowadza zakaz:

ZAKAZ WSTĘPU DLA

GRUBYCH BAB

BAB W CIĄŻY Z DUŻYM BRZUCHEM

BAB Z WÓZKAMI

BAB W NOSIDLE

NIEPEŁNOSPRAWNYCH NA WÓZKACH

OSÓB STARSZYCH Z BALKONIKIEM

Najlepiej gdyby tylko szczupli, zdrowi, bezdzietni, piękni i młodzi mogli wchodzić.

Ale zaraz… a jak to jest z kobietami, które mają miseczkę F?!

Czy baby z wielkimi piersiami mogą wchodzić? Bo one też mogą takim sprzętem narozrabiać np.  na półce z makaronem?

Dziękuję.

 

 

Być jak Mick Jagger

– Gdybyś mogła być kimś innym, to kim byś była

– Gwiazdą rocka kochana, gwiazdą rocka…

sergio-alejandro-ortiz-110188

Tak. Mam czasami ochotę rzucić te pieluchy, te gary, to całe ognisko domowe i skoczyć w szalejący tłum ze sceny. Ale nie, jeszcze nie teraz, teraz odklejam flipsa z nogawki i ruszam przed siebie, po lepsze jutro, po uśmiech dziecka, po biały uśmiech bo zaraz będzie walka o umycie zębów. Humory dwulatka to sinusoida, jednego dnia myje zęby tak długo, że mięso odchodzi od kości a drugiego postanawia, że już ich nigdy nie umyje. W sumie życie rodzica jest trochę jak życie gwiazdy rocka. Codziennie nowa faza. Dzisiaj faza na makaron i trwa tydzień więc dzieć nie je nic prócz makaronu, za chwilę faza na zielone i młodzież nie ubierze nic co nie jest choć trochę zielone, będzie pić tylko z zielonych kubków i będzie chodzić po mieszkaniu w zimowej zielonej czapce. Tak, wiem, że jest wiosna. Jestem ponad to. Młoda od dwóch dni śmiga w zimowej czapce z warkoczami po mieszkaniu, co rusz ściąga czapkę i dyszy pokazując, że ciepło jej w głowę

– Daj, mama zabierze tą czapkę

– Nie

– no ale jest ci gorąco?

– Tak

– Dasz mi czapkę?

– Nie.

– To jak mogę ci pomóc

– pfuuu, pfuuu ( młoda pokazuje, że mam na nią dmuchać i naciąga czapkę na spocone czoło)

I morał z tego taki, że nie wygrasz z dwulatkiem. Podobnie jak u gwiazdy rocka, w moim domu również często dochodzi do skandali. Biegamy nago goniąc się po izbach – najczęściej w konfiguracji dwie małe nagie hrabiny a ja za nimi. Są też burdy, jak na dom rockmana przystało – np. burda w wannie, że ŁOŁUŚ nie umie pływać i tonie ( biedak jest porcelanową solniczką ale hrabina twierdzi, że to jest przytulanka i z nim śpi, kąpie się i chodzi na spacery ). Czasami  są używki  i odloty – drugorodna miewa mleczne odloty aż się jej uleje z radości, ja miewam odlot ze zmęczenia a hrabina miewa odlot na spacerze wtedy wpada w amok i turla się po asfalcie krzycząc NIE, NIE, NIE! Bywa, że sąsiedzi szepczą za naszymi plecami,

–  O pani  u was to ostatnio chyba jakieś choroby, słychać  dzieci na parterze

– A nie wszyscy zdrowi dziękuję, młodsza wokalizuje, starsza wtóruje.

Ostatnio czujemy się jak prawdziwi celebryci bo nawet obcy nas zaczepiają. Wracamy ze sklepu. Wytaczamy się a auta i podchodzi do nas kobieta i z wyrazem współczucia na twarzy oznajmia, że mieszka bramę obok i nas zna, a konkretniej zna nas ze słyszenia bo jesteśmy strasznie głośno.

Gwiazdy rocka.

KAŻDY MA W SOBIE COŚ Z MISIA

 

BAJKA NIE TYLKO DLA DZIECI

Niedawno rodzina Milusińskich powiększyła się o nowego członka. Mały Milusinek zasilił szeregi mieszkańców Doliny Przyjaźni. Rodzice nie zawsze ogarniają leśną rzeczywistość, mama miewa potargane futro lub zapuści pazury, a tato w tajemnicy wychodzi na miód do starego wilka gdzie ogląda leśną koszykówkę. Historia rodziny Milusińskich to historia o miłości, przyjaźni tęsknocie i absurdzie codzienności. O tym, że czasami czujemy się bardzo samotni stojąc w tłumie a innym razem jesteśmy tak blisko, że futro się elektryzuje.

Jeżeli lubisz bajki to zapraszam serdecznie.  Może i ty czasami czujesz się jak mama Milusińska. Pamiętaj, że każdy ma w sobie coś z misia.